adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 30 (2820)
27 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Wspomnienie o ks. Marcinie Popielu

"Zawsze lubiłem nowinki"

Izabela Jaruzelska


Marcin Popiel urodził się w 1904 r. w Kurozwękach (woj. krakowskie). Zgodnie z praktyką rodzin ziemiańskich, najpierw uczył się w domu. Później skończył Gimnazjum Klasyczne Nowodworskiego w Krakowie. Studiował leśnictwo w Wiedniu i Nancy, a po powrocie do kraju nostryfikował dyplom i stopień leśnika w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Służbę wojskową zakończył jako podporucznik rezerwy. W 1937 r., po konsultacji z kierownikiem duchownym i przyjacielem domu ks. Konstantym Michalskim, wstąpił do sandomierskiego seminarium. Przygotowania do kapłaństwa przerwała wojna: musiał opuścić seminarium i zająć się rodzinnym majątkiem. W czasie okupacji pomagał wielu ludziom, także ukrywającym się Żydom. Dekret PKWN z września 1944 r. wygnał rodzinę z majątku w Kurozwękach. Marcin wrócił do seminarium, które ukończył w 1945 r. W następnym roku został skierowany do Szewnej, gdzie pozostał do końca życia. Zmarł 12 lat temu, 22 lipca 1991 r. "Nieprzebrana rzesza wiernych żegnała swego pasterza i opiekuna, który całe życie poświęcił wiernej służbie" - pisał wówczas Jerzy Turowicz.

Mojego Wuja, Marcina Popiela, cechowała niezwykła otwartość. Powtarzał często: "Zawsze lubiłem nowinki". Do Szewnej k. Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie pracował, przyjeżdżały znakomitości Kościoła zachodniego, np. Jean Vanier. Po pobycie Jacquesa Loewa mówił o nim "notre cher Jacques" (nasz drogi Jacques). Loew, działający wśród dokerów w Marsylii, stykał się z lewicowymi kręgami, dlatego był zainteresowany skomunizowanym środowiskiem ostrowieckim. Wuj sprowadził też Małe Siostry, zgromadzenie założone z inspiracji Karola de Foucauld. Zachwycał się ich przełożoną, małą siostrą Madeleine. W jej samochodzie, prawdopodobnie o nazwie "Étoile" (Gwiazda), znajdował się Najświętszy Sakrament. "Kto jej pozwolił?" - komentował pełen podziwu.

Rozmówców traktował po partnersku. Ta postawa imponowała mi od początku, gdy w latach 70. po raz pierwszy przyjechałam do Szewnej jako licealistka. Z uwagą wysłuchiwał moich poglądów, wówczas krytycznych wobec Kościoła. Zakładał, że każdy może mieć coś ważnego do przekazania mu od Boga.

Jego pokoik odzwierciedlał pragnienie ubóstwa; biurkoobwieszone obrazkami i fotografiami, łóżko i półki z książkami. Za oknem, o ile pamiętam, rósł słonecznik. Cela pustelnika. Na tak niewielkiej przestrzeni można było rozmawiać tylko wtedy, gdy jedna osoba siadała na krześle, a druga na łóżku. Pokój harmonizował z wytartą sutanną, która zawsze kojarzyła mi się z pokorą Wuja.

Lubił wykładać własne zasady funkcjonowania parafii. Podkreślał, że wzorował się na ks. Alim Fedorowiczu. Od początku parafialnej "kariery" zawsze był w Szewnej - z parafianami łączyła go "wspólnota losu". Znał ich po imieniu, odwiedzał w domach - także poza kolędą. Budował kaplice, by ułatwić im udział w liturgii. Uważał, że odległość do kościoła nie powinna przekraczać dwóch kilometrów. Doskonale rozumiał znaczenie uczestnictwa w Eucharystii, a równocześnie był wrażliwy na ludzki trud. Pragnienie przybliżenia ludziom Boga odzwierciedla też fakt, że - jak pisał ks. Jan Pałyga w książce "Wyprzedził swój czas" - jako pierwszy wprowadził soborowy ołtarz zwrócony do ludzi.

Jego chrześcijaństwo było wcielone. Rozumiał wagę problemów życia małżeńskiego, stworzył pierwszą w Polsce poradnię życia rodzinnego. Wielokrotnie mówił o konieczności współpracy sióstr i księży, podkreślając, że mężczyźni i kobiety uzupełniają się nawzajem. Dlatego sprowadził do parafii urszulanki. To było ujmujące, gdyż czynił tak ze względu na walory kobiety, a nie w celu posiadania personelu do obsługi parafii. Pierwszą przepuszczał mnie przez drzwi i podawał płaszcz, tłumacząc, że takie są zasady dobrego wychowania.

Nie uważał się za właściciela parafii. Mówił, że proboszczem jest Maryja. Wikarzy mogli swobodnie rozwijać swe umiejętności w organizowaniu życia parafialnego - każdemu powierzył jedną z kaplic. Wuj pragnął kształtować we współpracownikach brak przywiązania do spraw materialnych przez ustalenie stałych pensji; chciał uniknąć rywalizacji w przyjmowaniu intencji, udzielaniu ślubów i prowadzeniu pogrzebów.

Na drzwiach plebani nie było informacji o godzinach urzędowania, bo - zdaniem Wuja - ksiądz powinien być do dyspozycji w każdej chwili. Ta dyspozycyjność osiągnęła wymiar heroiczny, kiedy w czasach "Solidarności" trwał kryzys i za pośrednictwem cioci Maryni Popiel z Lyonu do Szewnej trafiły transporty z lekami. Wuj, choć w podeszłym wieku, zrywał się z łóżka, gdy ktoś przychodził po lekarstwa.

Lubił zakładać nogę na nogę. Ten salonowy gest był bardzo zabawny w kontekście wytartej sutanny i nie wyczyszczonych butów. Pamiętam też powiedzenie Wuja o stawianiu kroków tak daleko, jak mamy ziemi pod stopami, co wyrażało jego głęboką wiarę i niezachwianą ufność. Ciągle się zastanawiał, czy jest wierny natchnieniom. Podkreślał, że trzeba je poddawać ocenie spowiednika. Pamiętam, jak w płaszczu stał przed domem i czekał na s. Władysławę, która zabierała go samochodem do spowiedzi.

Był człowiekiem modlitwy, rozumiał jej wartość i sens. Gdy był młodszy, modlił się nocami w kościele. Uważnie studiował Biblię: miał kilkutomowe wydanie Pisma św. z komentarzami po francusku, w którym pełno było podkreśleń. Opowiadał mi o powołaniu, które poczuł kiedyś przy tabernakulum, jakby słysząc wezwanie: "Jeśli chcesz, to przyjdź i pomóż Mi".


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny