dotb.gif

„TP”, Nr 30 (2820), 27 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2820/wiara01.php

Trzecie pokolenie Sprawiedliwych

Maja Jaszewska


14 lipca mieszkańcy podwarszawskiej miejscowości Sobienie Jeziory przenieśli na teren dawnego kirkutu kilkaset żydowskich macew, którymi hitlerowcy w czasie okupacji (w 1942 r.) wyłożyli teren wokół zajętej na siedzibę Gestapo miejscowej plebanii.

- Nie patrzyłem na finanse i czy ktoś pomoże. Chciałem tylko jednego: jak najszybciej przenieść stąd te macewy. Wolę brodzić w błocie niż chodzić po płytach nagrobnych - mówi ks. Roman Karwacki, który proboszczem parafii w Sobieniach został latem zeszłego roku. Od początku za jedno z najważniejszych zadań uważał powrót płyt nagrobnych na właściwe dla nich miejsce. Ponieważ sprawa nie była jednak tylko wewnątrzkościelna, chciał nawiązać kontakt ze stroną żydowską. - Trzeba było wszystko tak zorganizować, żeby nie popełnić żadnego błędu czy nietaktu. Musieliśmy uwzględnić oczekiwania strony żydowskiej - wspomina ks. Karwacki. Jego inicjatywa spotkała się z zainteresowaniem proboszcza Wojciecha Lemańskiego z Otwocka, współzałożyciela Społecznego Komitetu Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich.

Księża,parafianie i strażacy

- Na początku tego roku przyjechał do mnie ks. Lemański - opowiada proboszcz. - Powiedział, że rozmawiał ze stroną żydowską, która wyraziła pragnienie, żeby macew nie przewozić na cmentarz do Karczewa, ale pozostawić na miejscowym kirkucie. Pozostało na nim jedynie kilka kamieni nagrobnych. Macewy zabrane z niego za okupacji powinny wrócić na miejsce. Ustaliliśmy termin na 14 lipca. Mimo wielkich chęci, nie udało się wcześniej, z powodu dużej ilości obowiązków duszpasterskich i dydaktycznych.

Ks. Karwacki jest profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, wykłada również w Siedlcach i Radomiu. W ostatnim roku przeprowadził remont plebanii i założył ogrzewanie w kościele. Gotowość do pomocy zgłosili miejscowi parafianie. Stroną organizacyjną zajął się wójt Wacław Wirtek, pracowali strażacy z OSP w Sobieniach Jeziorach z komendantem Krzysztofem Karpiszem, pomagał ks. Lemański oraz przewodniczący Społecznego Komitetu Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich - Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny "Więzi". Kilkanaście osób w ciągu ośmiu godzin wykonało pracę ocenianą przez profesjonalne firmy na tydzień. Na dodatek wszyscy pracowali jako wolontariusze. - Koszt całej operacji jedna z firm wyceniła na tysiąc pięćset złotych dziennie. Skąd niby mielibyśmy wziąć te pieniądze? - śmieje się ks. Karwacki.

- Parafianie w naszej gminie są bardzo aktywni. Tak samo księża, którzy czują się prawdziwymi gospodarzami, odpowiedzialnymi za parafie. Spotkałem się z ks. Karwackim na kawie, ustaliliśmy szczegóły i do roboty. Nie zrobiliśmy nic nadzwyczajnego. Przecież ani ja, ani pani nie chcielibyśmy, żeby po nagrobkach naszych bliskich chodzili ludzie i jeździły samochody, prawda? To chyba normalne, że takiego samego szacunku wymagają nagrobki innych ludzi - wójt Wirtek zdaje się być zdziwiony rozgłosem, jaki zyskała cała sprawa. Nie ukrywa jednak zadowolenia, że po tylu latach została wreszcie rozwiązana.

Podobne odczucia ma Krzysztof Karpisz. - Sprawa macew ciągnie się od ponad 20 lat. Wtedy gmina żydowska zaczęła się domagać rozwiązania problemu. Dla naszej społeczności było to bardzo nieprzyjemne. W końcu chodziło o bezczeszczenie pamięci i symboli religijnych sobieńskich Żydów. Bardzo istotne było, że inicjatywę w tej sprawie wykazał proboszcz. Autorytet, jakim darzą go parafianie, podziałał mobilizująco. Oczywiście, jak zawsze znaleźli się tacy, co szukają dziury w całym. Nie dość, że sami nie pomogli, to jeszcze wymyślili, że na akcję z pewnością wydano mnóstwo pieniędzy - komendant OSP śmieje się, ale w tym śmiechu pobrzmiewa trochę smutku. - Przecież myśmy pracowali za darmo. Strażacy zawsze są gotowi do pomocy, jeśli tylko zajdzie potrzeba.

Mieszkańcy Sobieni Jezior są zgodni: macewy trzeba było przenieść. Nie wolno szargać świętości i należy zwrócić cudzą własność. Wielu dodaje jednak, że zwrotu dokonano w imieniu faszystowskich barbarzyńców, bo przecież to nie Polacy wpadli na pomysł zbezczeszczenia kirkutu. Powstaje pytanie - dlaczego trzeba było czekać aż 60 lat? Odpowiedzi są różne, zazwyczaj zamykają się w ogólnej refleksji, że może nie było sprzyjającej chwili, że działał mechanizm przyzwyczajenia i brakowało determinacji. Ważniejszy jednak od szukania przyczyn zwłoki wydaje się być fakt dzisiejszego zaangażowania i gotowości do działania. - Najważniejsze, że wreszcie zlikwidowaliśmy to dwuznaczne, żeby nie powiedzieć gorszące miejsce - podsumowuje Zbigniew Nosowski.

Słysząc o wydarzeniu w Sobieniach Jeziorach, ambasador Izraela Szewach Weiss powiedział: - Polacy mają szczególny stosunek do cmentarzy. Bardzo dużo jeżdżę po Polsce. Często widzę, jak w niedzielę po Mszach ludzie idą z kwiatami na groby bliskich. W wielu miejscowościach obok cmentarzy katolickich jest jakiś stary, zarośnięty i zaniedbany kirkut z resztkami macew. Nieraz zdarza się, że pasą się na nim krowy. Ale ten stan z roku na rok się zmienia. Coraz częściej młodzież polska czyści żydowskie cmentarze. To jest nowe zjawisko, ale coraz bardziej powszechne. Ja się z tego bardzo cieszę. Kiedy spotykam tych młodych ludzi, to im mówię: Wy jesteście trzecie pokolenie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Hołd sąsiadom

Przed II wojną światową Żydzi stanowili większość mieszkańców w Sobieniach Jeziorach. Wokół rynku, przy ulicy Warszawskiej, Koziej i Piwonińskiej prawie wszystkie domy zamieszkane były właśnie przez nich. Stały bożnica i mykwa. Obie spalono w czasie wojny. Nieistniejące już budynki i nieobecni od ponad 60 lat sąsiedzi, przetrwali na starych zdjęciach, od lat pieczołowicie gromadzonych przez Jana Wiganta, miejscowego fotografa-amatora i pasjonata historii Sobieni Jezior. Na jednym z nich, upamiętniającym uroczystość otwarcia szkoły, stoją obok siebie uczniowie polskiego i żydowskiego pochodzenia. Dzieci uczyły się i bawiły razem. W szkole pracowali nauczyciele obu narodowości. Na zdjęciach widać świat, którego już nie ma. Jest jednak nadal obecny w pamięci starszych mieszkańców; - W czasie wojny byłem dzieckiem, ale pamiętam getto - wspomina pan Jan. - Żydów siedzących na schodkach domów.

O dawnych sąsiadach opowiada również Stanisław Syga. Choć w czasie wojny był dzieckiem, niektóre rzeczy odtwarza z fotograficzną pamięcią: - Już po likwidacji getta hitlerowcy znaleźli w żydowskiej łaźni małżeństwo z córką i małym, może dwuletnim chłopcem. Zaprowadzili ich wszystkich na kirkut. Kazali położyć się twarzą do ziemi i strzelali im w głowy. Widziałem, jak ten mały postrzelony chłopczyk jeszcze się zerwał, pobiegł kilka kroków i upadł.

Likwidację getta wspomina również profesor Anna Mońka Stanikowa, prowadząca w Sobieniach w czasie okupacji tajne nauczanie. "Wyprowadzoną z getta ludność na wąską szosę wiodącą do Pilawy ustawiono po osiem osób w poprzek jezdni - pisze w "Szkicach Podlaskich", wydanych w 1996 r. przez Siedleckie Towarzystwo Naukowe. - Z dziećmi na rękach, tobołkami na plecach, poganiani z obu stron uderzeniami żandarmskich pejczów, szli ku swojej zagładzie. Obraz tej maltretowanej kolumny pozostał jak żywy w mojej pamięci. Szczególnie silnie zapadł mi w psychikę jeden niesamowity, a zarazem jakże ludzki szczegół. Skrajem kolumny w jednym z rzędów szedł potykając się stary człowiek. Spadały na niego częste razy niemieckich pejczów, od których miał zakrwawioną twarz i ręce. Widząc to młody człowiek, który szedł w środku szeregu, przeskoczył na jego miejsce, aby przyjąć na siebie spadające ciosy. Był to wstrząsający i niemożliwy do zapomnienia widok. Ta męczeńska kolumna została zagnana do Pilawy, gdzie umieszczono ją w zamkniętych wagonach i wywieziono do Treblinki".

Przeniesienie macew na żydowski cmentarz cieszy panią profesor, która widzi w tym nie tylko poszanowanie grobów, ale również hołd złożony zamordowanym żydowskim sąsiadom.

Co dalej z kirkutem?

Z terenu plebanii udało się przenieść wszystkie płyty. Pozostało jednak jeszcze około stu macew na sąsiedniej prywatnej posesji, która również została zajęta w czasie wojny przez Niemców. Dziś stoi opustoszała, bo spadkobiercy dawnych właścicieli rozjechali się po świecie. Trzeba uzyskać ich zgodę na przeniesienie nagrobków. Sprawą zajął się wójt Wirtek: - Na pewno się z nimi skontaktuję i wtedy sfinalizujemy sprawę.

Macewy przeniesiono na mieszczący się w sosnowym lesie na obrzeżach miasteczka kirkut i ustawiono w kilku miejscach na sztorc. Powstało coś na kształt lapidarium. Osobno ułożono półokrągłe zwieńczenia, którymi hitlerowcy wyznaczyli sobie grządki w ogródku. W ciszy sosnowego lasu, wielkie zwały płyt, na których można rozpoznać hebrajskie napisy (czasem towarzyszą im polskie odpowiedniki), zdobienia i resztki farb robią niesamowite wrażenie. - Nie spodziewałem się, że jest ich aż tak dużo - mówi z zadumą ks. Karwacki. Z obliczeń ks. Lemańskiego wynika, że płyt jest około czterystu. Trzeba było wielkiego starania i ostrożności, żeby ich nie poniszczyć w trakcie przewożenia i składania.

Co dalej? - Trzeba zabezpieczyć i ogrodzić. Postawić jakąś tablicę. W sąsiednim Karczewie cmentarz żydowski został uporządkowany, to i u nas się uda - wójt Wirtek nie traci optymizmu.

Pozostawienie macew na nie ogrodzonym terenie budzi jednak obawy niektórych mieszkańców. Boją się, żeby nie zniszczyli ich wandale. Obawy łagodzi ks. Lemański. Rewaloryzacji żydowskich cmentarzy w Otwocku i Karczewie także towarzyszyły lęki, że mogą być obiektem wandalizmu i antysemickich wybryków; nic takiego nie miało jednak miejsca. Przeciwnie, dziesiątki osób regularnie odwiedzają obie nekropolie. - Mam nadzieję, że podobna atmosfera będzie na sobieńskim kirkucie i że akcja, którą pomogliśmy zorganizować, będzie początkiem długofalowych działań, mających na celu upamiętnienie nieobecnych już sąsiadów - mówi ks. Lemański, zastanawiając się nad formą uczczenia pamięci sobieńskich Żydów. Nadarza się sposobna ku temu okoliczność - 60. rocznica likwidacji getta w Karczewie i Otwocku, przypadająca 19 sierpnia. O przygotowaniach do obchodów rocznicy ksiądz prowadzi rozmowy z rabinem Warszawy i Łodzi Michaelem Schudrichem i przewodniczącym warszawskiej gminy żydowskiej Piotrem Kadlcikiem.

- Żydów w Polsce już nie ma, ale dialog Polaków z judaizmem trwa cały czas. Bo my, Żydzi, jesteśmy częścią waszego życia, kultury i historii. Nasza tożsamość jest nierozerwalnie spleciona. Nas już tu nie ma i pewnie nie wrócimy. W waszych rękach leży pamięć i troska o groby naszych przodków. Nie zapominajcie o nich - prosi Szewach Weiss.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl