adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 30 (2820)
27 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



38. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Karlowych Warach

Okna Pana Boga

Wojciech Kuczok


Festiwal w Karlowych Warach zwraca uwagę mediów przede wszystkim konkursem fabuł, ale w tym roku już po pierwszej, pobieżnej lekturze katalogu wiedziałem, że nie lada gratka szykuje się w sekcji dokumentalnej.

Bo oto Ulrich Seidl, autor "Upałów" - jednego z najwybitniejszych, ale i najbardziej kontrowersyjnych debiutów ostatnich lat - osobiście przywiózł do Czech pełnometrażowy dokument pod obiecującym tytułem "Jezu, ty wiesz". Przybył, pokazał i zwyciężył.


Kadr z filmu "Babunia" Lidii Bobrowej
"Podróż do wnętrza wiary"?

Austriacki skandalista, wprawiający dotychczasowym dorobkiem w konfuzję nie tylko kinowych filistrów, namiętny krytyk drobnomieszczańskich narowów, lekką ręką posługujący się w swojej sztuce elementami zarówno skrajnej przemocy, jak i twardej pornografii - wywiózł z Karlowych Warów laurkę następującej treści: "Nagroda za śmiałą podróż do wnętrza ludzkiej wiary, za perfekcyjne zrównoważenie estetyki i treści filmu". Wydawałoby się, że wraz z nadejściem epoki reality shows nie ma już dziedziny ludzkiej intymności, do której nie wtargnęłaby kamera ku uciesze podglądaczy. A jednak dla Seidla nie ma rzeczy niemożliwych: przez półtorej godziny sześcioro wiernych zatapia się w gorliwych modłach, zanosząc prośby i rozważając najbardziej osobiste problemy swych żywotów... wprost do kamery.

Poza pierwszym odruchem sprzeciwu, bo pachnie to wszystko łamaniem tajemnicy spowiedzi (wystarczy jednak rozróżnić umowną intymność modlitwy od bezwzględnej intymności konfesjonału), "Jezu, ty wiesz..." wydał mi się nie tyle "podróżą do wnętrza wiary", co studium antropologicznej bezradności filmowca-ateisty. Seidl jest bez wątpienia zadziwiony paradoksem dialogu, w którym tylko jeden z uczestników mówi, zaś samo istnienie drugiego jest zaledwie możliwe. Przygląda się więc szóstce swoich bohaterów, starannie wyselekcjonowanych drogą castingu, i pochyla się raczej nad fenomenem dyskursu modlitewnego niż nad wiarą. Z zewnątrz, dziwiąc się jej raczej niż pojmując.

Reżyser potrafi z genialną intuicją wyzyskać kościelne przestrzenie - tak akustycznie (echo szeptów, nerwowych przełknięć śliny, ale też chóralne psalmy), jak i kadrowo (operatorska analiza ołtarzy). "Jezu, ty wiesz..." ma hipnotyczną siłę, ale trudno, by było inaczej, skoro figurę Ukrzyżowanego zastępuje tu równie nieruchoma i milcząca kamera; ba, modlitwy kierowane bezpośrednio do obiektywu stwarzają iluzję Jego obecności gdzieś za kamerą, a i widzowie onieśmieleni są tym, że spoglądają na postaci z perspektywy okna pana Boga... Sprytny, po Seidlowsku przewrotny to zabieg. Zapytany, jakie tabu naruszy następnym razem, Seidl odrzekł, że zamierza zrobić film o... masowej turystyce. Znając jadowitą antymieszczańskość "Upałów", wiem już z grubsza, na co się przygotować - i będę tego filmu oczekiwał niecierpliwie...

Bez konkurencji: Ferzan Ozpetek...

Konkurs główny był właściwie bez historii; z każdym kolejnym dniem stawało się bardziej oczywiste, że dwa filmy pokazane w początkowej fazie festiwalu: "Okno naprzeciw" Ferzana Ozpeteka i "Babunia" Lidii Bobrowej nie mają w tym roku konkurencji.

Ozpetek, turecki emigrant na stałe związany z włoską kinematografią, znany jest w Polsce tylko z komediodramatu o "ponowoczesnym" trójkącie "On, ona i on". I w najnowszym filmie, nagrodzonym w Karlowych Warach Kryształowym Globem, a także laurami za reżyserię i główną rolę żeńską, opowiada o kryzysie tradycyjnego modelu rodziny i wikła swoich bohaterów w relacje, by tak rzec, wielokątne.

Giovanna, niespełna trzydziestoletnia Rzymianka, zdążyła się zmęczyć rolą żony i matki, dorabiającej do pensji pieczeniem ciastek; spoziera więc wieczorami w okno atrakcyjnego sąsiada z naprzeciwka i oddaje się... rojeniom. Oczekiwanie na przełom w zatęchłej codzienności znajduje spełnienie w dniu, kiedy tajemniczy i na pozór bezradny staruszek, przyprowadzony przez męża, przedłuży za namową Giovanny nieoczekiwaną wizytę w stałą gościnę. Dzięki obecności dziwnego gościa (ostatnia rola zmarłego niedawno Massimo Girottiego, weterana włoskiej kinematografii) Giovanna nie tylko pozna osobiście faceta z okna, ale też wda się w pasjonujące próby odkrywania kolejnych tajemnic przeszłości starszego pana. Ozpetek dopisuje swoim filmem istotny rozdział do voyeurystycznego kanonu kina z "Oknem na podwórze" Hitchcocka czy "Krótkim filmem o miłości" Kieślowskiego na czele. A przy okazji bije rekordy popularności tak wśród krytyki (pełna garść włoskich nagród filmowych), jak i publiczności (rewelacyjne wyniki w kinach Italii, euforyczne przyjęcie widowni karlowarskiej).

...i Lidia Bobrowa

Projekcji "Babuni" Bobrowej towarzyszyły rzęsiste łzy i takież owacje. Zaczyna się to wszystko w bez mała sielskiej tonacji, na cudnej wsi rosyjskiej, z udziałem naturszczyków, sekwencją festynu wiejskiego zrealizowaną z dokumentalnym rozmachem. Tytułowa babunia nie ma jednak szczęścia: od śmierci córki nie ma się gdzie podziać na dłużej. Mimo że całe życie harowała na dzieci, mimo że całą emeryturę ulokowała w nieruchomości wnuków - nagle brak dla niej miejsca. Bobrowa daje kapitalny przekrój przez wszystkie warstwy społeczne współczesnej Rosji, a pretekstem ku temu staje się żałosna podróż babuni w poszukiwaniu kawałka podłogi u bliskich. Pełna współczucia młoda reporterka (zrobiła karierę w Moskwie, ale nie odcina się od korzeni) i zakochany w niej wiejski "kaowiec" (wirtuoz ludowych instrumentów, chłop prosty, ale uczuciowy) obwożą babunię od domu do domu, wszędzie spotykając bezduszne wnuczęta, reprezentujące różne podgatunki Nowych Ruskich i dalekie od chęci przygarnięcia staruszki na salony. Dopiero najbardziej poharatany przez życie wnuk, który miał pecha i postawił dom w okolicach Groznego, a teraz mieszka z rodziną w wynajętej klitce, będzie gotów przyjąć babunię pod dach. Właśnie obchodzą z żoną najsmutniejsze urodziny swojej córki, która popadła w stupor po przeżytym szoku wojennym. Tym razem sama babka nie zechce być dodatkowym kłopotem i odejdzie w mroźną noc, mówiąc prawnuczce, że "aniołek ją już powołał".

Świetne portrety ludzkie, kilka zmyślnie naszkicowanych historii, które wystarczyłyby na osobne fabuły, i rewelacyjne połączenie sztuki ludowej, amatorskiej, z profesjonalnym aktorstwem - a nad wszystkim unosi się i przejmuje do szpiku kości biały śpiew... Gratulacje dla Bobrowej, która zyskała specjalną nagrodę Jury, ale i moje osobiste hołdy za umiejętność szczerego wzruszania garbatym losem prostych ludzi.

Przeciętność i nieobecność

Znaczna część pozostałych filmów walczących o Kryształowy Glob miała tę zaletę, że ich mierność dało się rozpoznać po pierwszych kwadransach projekcji i można się było bezkarnie ewakuować w ciekawszym kierunku. Do wyjątków należał z pewnością duński film Natashy Arthy "Stare, nowe, pożyczone, niebieskie", pierwsza komedia romantyczna z... certyfikatem Dogmy 95. Film uroczy, choć niefrasobliwy - mówiąc w skrócie chodzi o półtorej godziny dobrej zabawy zmierzającej ku temu, że panna młoda ucieka sprzed ołtarza z (uwaga): chorym na AIDS byłym chłopakiem swojej obłąkanej siostry... Przyjechał też do Karlowych Warów Alain Corneau, który już z górą dziesięć lat głowi się nad tym, jakim sposobem choćby zbliżyć się do poziomu swojego arcydzieła: "Wszystkich poranków świata". "Strach i drżenie" wbrew tytułowi jest komedią, choć opisuje rzeczywistość z europejskiego punktu widzenia koszmarną. Bohaterka, Belgijka ze znakomitymi referencjami, postanawia zrobić karierę w wielkiej japońskiej firmie, co okazuje się przedsięwzięciem zgoła samobójczym. Hierarchie i kodeksy panujące w japońskim koncernie z góry skazują ją na stopniową degradację; jedyne, co jej pozostaje, to ze spokojem znosić kolejne upokorzenia, do przełożonych zwracać się ze "strachem i drżeniem", a w duchu traktować to wszystko jako materiał na... powieść. Jak u Amelii Nothomb, autorki bestsellerowej książki, wedle której Corneau swój film nakręcił.

"Puppendo", ostatnia realizacja faworyta gospodarzy, Jana Hrebejka, też niestety nie ma siły jego ostatniego przeboju "Musimy sobie pomagać". Choć reżyser starał się jak mógł, by niewesoły los artysty wykluczonego przez komunistyczny reżim opowiedzieć z czeską swadą, choć główną rolę kreuje obdarzony nieodpartą vis comica Boleslav Polivka, film okazał się zbyt przeciętny, by dostać od jurorów choćby wyróżnienie.

Porażka czeskiego filmu w Karlowych Warach jest jednak słodka w porównaniu z przykrą nieobecnością polskiego kina we wszystkich sekcjach konkursowych. Raz jeszcze nasz honor ratował wyświetlany w bloku poświęconym wschodnioeuropejskim kinematografiom "Edi". Zgarnął całkiem pokaźną sumkę od jury sponsora festiwalu, które w orzeczeniu werdyktu uznało debiut Piotra Trzaskalskiego za symptom "długo oczekiwanego odrodzenia polskiego kina"...

Pokłosie Cannes i Berlina

Tradycyjnie największą frajdę widzom mniejszych festiwali, siłą rzeczy stanowiących zaplecze Cannes, Berlina czy Wenecji, sprawiają przeglądy konkursowego pokłosia tych imprez. Mogłem się tedy naocznie przekonać, że po kilku latach hołubienia tradycyjnego modelu kina, canneńska Złota Palma wreszcie dostała się artyście poszukującemu nowych środków wyrazu i znużonemu narracyjnymi schematami. Gus van Sant stawił się na festiwalu osobiście i potwierdził, że jego rozstanie z hollywoodzkim systemem produkcji zapowiada się na trwałe. Reżyser jest już wyczerpany układami zależności w jankeskiej fabryce snów i poświęca się teraz produkowaniu i reżyserowaniu filmów autorskich, takich jak "Gerry" czy znakomity "Słoń".

Na fakcie niezrozumiałej zbrodni, jakiej dokonało przed kilku laty dwóch licealistów w amerykańskim liceum Columbine, van Sant buduje dzieło sztuki filmowej bez ambicji analitycznych i psychospołecznych. Tym dał upust Michael Moore w oscarowym dokumencie poświęconym tej samej tragedii. Van Sant kapitalnie przekłada niepojętość mordu na język obrazów - film jest zmontowany z zaledwie sześćdziesięciu ujęć, kamera wykonuje długie jazdy w ślad za bohaterami, jakby szukała właściwej postaci, jakby nie wiedziała, na czym skupić uwagę, a nawet ostrość. Mottem swego filmu uczynił reżyser przypowieść o ślepcu, który ocenia rozmiar słonia po tej części jego cielska, której dotknął. I w "Słoniu" dotyka po omacku przyszłych ofiar, katów, ale i przypadkowych świadków tragedii, wespół z operatorem Harrisem Savidesem zagęszczając nastrój zagrożenia do maksimum.

Na przebój jesieni w polskich kinach zapowiada się nagrodzony w Berlinie "Good Bye, Lenin" Wolfganga Beckera. Wiele już o tym filmie pisano w naszej prasie, także w "Tygodniku", ale nikt chyba dotąd nie zwrócił uwagi na fakt, że to pierwsza w pełni udana próba twórczego wykorzystania fascynacji "Amelią". Przypieczętowana muzyką Yanna Tiersena, który w jednej z kulminacyjnych scen wprost cytuje swój motyw z filmu o dobrej duszce z Montmartre. Bohater Beckera staje na głowie, żeby nie zepsuć nastroju swojej matce, która miała nieszczęście zapaść w komę tuż przed upadkiem muru berlińskiego, ocknęła się zaś ze sfatygowanym sercem już po zjednoczeniu. Nie może przeżyć morderczego szoku, syn robi więc wszystko, by utrzymać ją w błogiej nieświadomości. Inscenizowanie NRD w sercu stolicy połączonych Niemiec jest zadaniem karkołomnym, ale od czegóż magia kina i pomysłowość scenarzysty... To najbardziej błyskotliwa komedia ostalgiczna w nowym kinie niemieckim, być może w ogóle najważniejszy film o cudzie 1989 roku i jego konsekwencjach.

Jednym z najmocniejszych filmów pominiętych przez jurorów festiwali w ciągu minionego roku wydała mi się "Lilia 4-ever" Lucasa Moodysona. Młody Szwed z filmu na film dojrzewa do namaszczenia, którego u progu kariery udzielił mu sam Ingmar Bergman. Tym razem z dokumentalnym pietyzmem opowiada przygnębiającą historię nieletniej Rosjanki, skazanej przez los na wędrówkę przez kolejne kręgi piekła. Opuszczona przez matkę, pozbawiona mieszkania i środków do życia, Lilia poznaje księcia z czerwonym BMW zamiast białego konia. Zawierza mu bez reszty, naiwnie daje się przemycić do Szwecji, gdzie kończy we władzy polskiego alfonsa jako obwoźna prostytutka. Film zagrany rewelacyjnie (Oksana Akinszina!), w całości po rosyjsku, jest dobijający, nie pozostawia cienia nadziei - jakby na przekór dominującemu we współczesnym kinie panhedonizmowi.

*


Niejako na uboczu zapchanych sal z wyświetlanymi nowościami odbywała się w Karlowych Warach retrospektywa Yasujiro Ozu, jedynego mistrza kina, na którego filmy można się było dostać bez przepychanek. Ten przegląd przenosi się teraz do Cieszyna, i nie będzie to jedyny łącznik między pierwszoklasowym festiwalem karlowarskim a trzecią edycją Nowych Horyzontów. Impreza Romana Gutka wyrasta obok festiwalu warszawskiego na największe w Polsce święto sztuki filmowej, okazję dla widzów zirytowanych opieszałością i tchórzostwem większości polskich dystrybutorów. I tam trzeba pojechać.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny