adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 30 (2820)
27 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Spór o tożsamość Europy podzielił zachodnich intelektualistów - i został zignorowany przez polityków

"My, Europejczycy"?

Joachim Trenkner z Berlina


Zewsząd słychać głosy, że Europa nie stała się dotąd w dostatecznym stopniu jednością, aby - przy potencjale gospodarczym i demograficznym, który po rozszerzeniu sięgnie 450. mln ludzi - stać się światową potęgą. Brakuje bowiem kulturowo-psychologicznego elementu masowej identyfikacji, który mieści się w krótkim słowie: "my".

Czy istnieją historyczne doświadczenia, tradycje i zdobycze, które współtworzą u obywateli Europy świadomość wspólnie przeżywanego i kształtowanego losu politycznego? Atrakcyjna, ba, "zaraźliwa" wizja przyszłej Europy nie spadnie z nieba. Dziś może się zrodzić tylko z niepokojącego poczucia bezradności. Może jednak wyłonić ją dokuczliwość sytuacji, w której my, Europejczycy, znów jesteśmy zdani na samych siebie. Wtedy będzie się wyrażać w chaotycznych głosach opinii publicznej. Jeśli ten temat nie znalazł się dotychczas nawet na liście priorytetów, to znaczy, że zawiedliśmy my, intelektualiści.

(z artykułu Jürgena Habermasa i Jacquesa Derridy)
Aby pokryć albo przynajmniej zmniejszyć ów niedostatek, kilku zachodnich intelektualistów postanowiło - w ściśle skoordynowanej akcji - sprowokować debatę wokół tożsamości Europy. Wkrótce po tym, jak w Iraku ustały działania wojenne, niemiecki filozof Jürgen Habermas (lat 74) oraz jego francuski kolega Jacques Derrida (lat 73) opublikowali 31 maja, jednocześnie na łamach dwóch gazet: niemieckiej "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i francuskiej "Liberation", wspólny artykuł-manifest (polskie tłumaczenie tekstu pt. "Europa, jaka śni się filozofom" opublikowała "Gazeta Wyborcza" z 10 czerwca 2003 r.) - uznając, że zalążkiem takiego wspólnego europejskiego myślenia i wspólnej "europejskiej opinii publicznej" jest antyamerykański "front protestu" przeciw wojnie w Iraku, artykułujący się równocześnie w wielu krajach Europy. Autorzy nie kryli, że manifest jest pomyślany jako kontrpropozycja wobec słynnego "listu ośmiu", w którym osiem obecnych i przyszłych krajów Unii, pod kierunkiem Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Polski poparło politykę Stanów Zjednoczonych.

Dokładnie tego samego dnia co tekst Habermasa i Derridy ukazały się także inne głosy: we Włoszech artykuły pisarza Umberto Eco (w "La Repubblica") i filozofa Gianniego Vattimo (w "La Stampa"), a w Hiszpanii tekst Fernando Savatera (w "El Pais"). Nawet z Ameryki nadeszły słowa zachęty: lewicowo-liberalny filozof Richard Rorty, krytyczny wobec prezydenta Busha, na łamach monachijskiej "Süddeutsche Zeitung" wezwał Europejczyków do jedności, argumentując, że powinni stawić czoło rządowi USA, gdyż nie chce on "Europy, której jedność i we własnym zakresie gwarantowane bezpieczeństwo pozwolą postawić pod znakiem zapytania hegemonię Ameryki". Tak zaczął się spór, który trwa do dziś, choć nie w społeczeństwach i nie wśród polityków, lecz tylko w elitach intelektualnych.

"Rdzeń" i "obrzeża"

Największe kontrowersje wywołały tezy Habermasa (on to był autorem tekstu; poważnie chory Derrida podpisał go, solidaryzując się z jego wymową). "Mowa obrończa" na rzecz "odnowy Europy" koncentrowała się na trzech punktach. Po pierwsze, "twardy rdzeń" Europy (niem. Kerneuropa), złożony w pierwszym rzędzie z Niemiec i Francji, powinien zdaniem Habermasa zostać jeszcze bardziej wzmocniony, a nawet przejąć rolę europejskiej "awangardy". W ten sposób miałaby powstać - nie po raz pierwszy już postulowana - Europa "różnych prędkości": Unia Europejska miałaby podzielić się na coraz ściślej i dynamicznie jednoczące się "centrum", którego sile przyciągającej nie mogłaby oprzeć się reszta krajów Unii. Po drugie, wołają Habermas i Derrida, trzeba wzmocnić świadomość europejskiej tożsamości: spajające tradycje i doświadczenia wymagają mobilizacji. Żeby nie było wątpliwości, o jakie doświadczenia chodzi, filozof precyzuje, że to niedawne masowe protesty przeciw wojnie w Iraku - największe od wielu dziesiątków lat, a do tego występujące zgodnie na ulicach europejskich miast w różnych krajach - powinny być dobrym początkiem i punktem odniesienia dla wspólnego europejskiego myślenia.

Po trzecie wreszcie, zrastająca się politycznie Europa może i powinna - zdaniem obu filozofów - w swojej polityce zagranicznej i obronnej podążać własnym kursem, tak aby służyć poszanowaniu prawa międzynarodowego oraz położyć tamę groźnemu, jak uważają Habermas i Derrida, amerykańskiemu unilateralizmowi.

W ten oto sposób pod piórem lewicowych filozofów powróciła stara idea "europejskiego rdzenia", którą przed dziesięciu laty podnosili politycy prawicy chadeckiej z Niemiec: Wolfgang Schäuble i Karl Lamers. Idea ta głosi, że ów "rdzeń" - złożony przede wszystkim z Niemiec i Francji - może dokonać szybszej i dalej (w języku Unii: "głębiej") idącej integracji, aby później pociągnąć za sobą pozostałe państwa, czyli dzisiaj głównie nowych członków ze Wschodu. Mielibyśmy więc "europejski rdzeń" - i "europejskie obrzeża".

Odpór filozofom

Trudno się dziwić, że taka perspektywa dla wielu jest nie do przyjęcia. Z Polski głos zabrał Aleksander Smolar, socjolog i szef warszawskiej Fundacji Batorego: w eseju, opublikowanym na łamach stołecznej "Berliner Zeitung", Smolar przestrzega, że wizja Habermasa to zagrożenie przede wszystkim dla krajów słabych, które formalnie znalazłyby się wprawdzie w Unii, lecz faktycznie na jej peryferiach. A to byłoby zaprzeczeniem całej idei jedności Europy: w końcu nie chodzi tylko o jakieś "rozszerzenie" Unii, ale o ponowne zjednoczenie kontynentu. Smolar zacytował czeskiego pisarza Milana Kunderę, który 15 lat temu napisał, że "my" - ludzie zza "żelaznej kurtyny" - zostaliśmy ponad pół wieku temu "porwani przez Wschód, ale właściwie zawsze należeliśmy do Zachodu".

Ze sceptycyzmem wypowiada się także Günter Grass. Owszem, tezy Habermasa są słuszne w tym sensie, że wobec "wymuszonego okolicznościami, powolnego stylu poruszania się Europy" potrzeba konkretnych impulsów - mówił noblista w wywiadzie radiowym - i takie inicjatywy mogą wychodzić np. z Francji i Niemiec. Lecz - dodał Grass - "instytucjonalizować ten proces czy wręcz widzieć w "rdzeniu" siłę napędową, takie myślenie uważam za błędne". Zamiast instytucjonalizować "rdzeń", Grass domaga się wzmocnienia roli kultury w procesie integracji: to ona stanowi bowiem "najlepszą płaszczyznę, na której może rozwinąć się europejska świadomość"; dlatego kultura powinna być obecna w unijnej konstytucji.

Tezy Habermasa wzięli także na warsztat - z typowo brytyjskim sarkazmem - historyk Timothy Garton Ash oraz socjolog lord Ralf Dahrendorf. W eseju, napisanym wspólnie dla gazet brytyjskich i niemieckich, autorzy (Brytyjczyk i Niemiec, żyjący i wykładający w Anglii) ironizowali: "Można by sądzić, że oto przeżywamy renesans gaullizmu, tylko z dwoma różnicami. Po pierwsze, tym razem nie idzie o chwałę Francji, ale chwałę "europejskiego rdzenia". Po drugie, tym razem to intelektualiści, a nie przywódcy polityczni formułują manifest, w którym europejska tożsamość definiowana jest w opozycji do Ameryki. Habermas i Derrida są natomiast podobni do prezydenta Francji de Gaulle'a w tym, że zachętę dla swych projektów znaleźli na ulicy: na antyamerykańskich i antybushowskich demontracjach w europejskich stolicach podczas tej wiosny".

Także Ash i Dahrendorf twierdzą, że odnowa Europy jest konieczna. Ale nigdy nie będzie ona wynikiem mozolnego samookreślenia się kontynentu jako "Anty-Ameryki". Wystąpienie "rdzenia" - opór Francji i Niemiec przeciw polityce USA - nie przysłużyło się zjednoczeniu Starego Kontynentu, ale sprowokowało jego nowy podział. Siłą napędową europejskiej odnowy musi być natomiast "Oświecenie praktycznie stosowane", które połączy Amerykę i Europę - i przez sukces oraz umiejętność przekonywania pozyskiwać będzie coraz więcej ludzi i państw. To czytelne nawiązanie do pozytywnych skutków tzw. globalizacji.

Hegemon Habermas

Debata osiągnęła punkt kulminacyjny, gdy dwa tygodnie temu Adolf Muschg - szwajcarski pisarz i świeżo upieczony prezes berlińskiej Akademii Sztuk - zorganizował publiczną debatę z Habermasem. W letni wieczór gmach Akademii pękał w szwach; przyszli głównie ludzie młodzi, by przysłuchiwać się dyskusji na nieco bezradnie (i w innych okolicznościach także banalnie) brzmiący temat: "Europa - dokąd?".

Subtelnemu Muschgowi Akademia mogła wydać się agorą refleksji, moderować przyszło mu jednak niespójną grupę dyskutantów. Obok "postnacjonalisty" Habermasa znalazł się w niej "mózg" niemieckiej prawicy chadeckiej Wolfgang Schäuble - zwolennik tego, by Niemcy stały się częścią europejskiej federacji, pozostając jednak państwem narodowym, tak jak Francja miałaby zostać francuska, a Polska - polska. W gronie dyskutantów zasiedli też pani prezes Goethe-Institut Jutta Limbach, która w federacji europejskiej widzi model do naśladowania dla innych kontynentów, i Polak Zdzisław Krasnodębski, profesor uniwersytetu w Bremie, który walczył o interesy "nowych" Europejczyków.

Zagaił Muschg. Uznał, że akcja intelektualistów ze "starej" Europy była jak "uderzenie w werble": zwróciła uwagę na historyczną konieczność. Czyli na zaległą od dawna refleksję nad pytaniem: kim jesteśmy my, Europejczycy? Czym żywi się nasza tęsknota, gdy chcemy wracać do Europy, jeśli opuścimy nasz kontynent? Tu wkroczył Habermas: tłumaczył, że odczucia takie muszą zostać "upolitycznione" i "ujęte w słowa".

Jednak droga do takich słów, jeśli mają być dla nas jasne, i do jednoznacznych definicji jest daleka. "Europa - gdzie?". Tak raczej powinien brzmieć temat berlińskiego spotkania, przez które stale przewijały się pytania o to, na jakiej podstawie mielibyśmy kogoś zaliczać, a na jakiej wykluczać z naszego kontynentu. I jeśli w wystąpieniach wracało pojęcie "rdzenia", to jako źródło obaw, że w Unii pojawią się "członkowie drugiej kategorii".

Także idea, żeby Europę silną i zjednoczoną budować po to, by miał kto kontrolować "hegemonię" Stanów Zjednoczonych, nie znalazła aprobaty. Przykładowo, dla Polski przełamanie podziału Europy jest celem ważniejszym niż - jak chciałby Habermas - rola kontynentu jako przeciwwagi dla USA. Polska w końcu nie po to zmierza do Europy, by troszczyć się, żeby "Struck [niemiecki minister obrony] mógł być równorzędnym partnerem dla Rumsfelda" - argumentował ostro Krasnodębski. Ideę "rdzenia" - której obecni protagoniści Habermas, Derrida, Eco i inni przypisują intencje antyhegemonialne - Krasnodębski odebrał właśnie jako hegemonialną, i to także na arenie europejskiej.

W istocie, wizja Habermasa zawierała element "hegemonialny": zakładała przecież, że polityka prowadzona przez kraje należące do "europejskiego rdzenia" ma być uniwersalną normą, na której powinni wzorować się inni. Oznacza to, że obok oddolnego impulsu (demonstracje pokojowe) mamy do czynienia z wizją, za którą kryje się aspiracja o charakterze intelektualnym. Temu właśnie nie dowierza Krasnodębski, który - powołując się na doświadczenia Polski z okresu komunizmu - przedkłada jasno wyrażany interes nad mgliste pryncypia ("Lepiej z Ameryką za wojną, niż z Rosją i Chinami za pokojem").

Polski dyskutant tak gwałtownie zwalczał ideę "rdzenia", że w końcu Habermas poszedł na ustępstwo i słowo "rdzeń" nazwał metaforą, przyznając pojednawczo, że "bez Pragi, Budapesztu i Warszawy nie sposób wyobrazić sobie Europy".

Granice,czyli kultura i wartości

Jednym z najbardziej interesujących głosów było wystąpienie na łamach "Frankfurter Allgemeine" Hansa-Ulricha Wehlera, historyka wywodzącego się z tzw. (lewicowej) "szkoły z Bielefeld". Mimo że uważany za człowieka lewicy, Wehler zatytułował swój esej wezwaniem: "Pozwólcie Ameryce być silną!". Pacyfizm, dowodzi historyk, nie jest wystarczającym źródłem legitymizacji, a przeciw jedynemu na świecie supermocarstwu Europa może ryzykować jedynie ograniczone konflikty, w żadnym zaś razie długotrwały antagonizm.

Wehler powtórzył też stare-nowe pytanie: gdzie powinny przebiegać przyszłe granice Europy? Czy Europa winna sięgnąć poza granice powiększonej wkrótce Unii? W wystąpieniu Habermasa granice te pozostały nieokreślone - pisze Wehler, wskazując, że tylko na północy i zachodzie nie ma z nimi problemu. Co do południa, dotąd nikt na serio nie poddawał w wątpliwość linii odgradzającej kraje europejskie i arabskie (choć ostatnio pojawiać zaczęły się na Zachodzie głosy, postulujące włączenie do Unii Izraela).

Najtrudniej jest na wschodzie i południowym wschodzie: tu Unia musi "po dekadach bumelanctwa" zdobyć się na wytyczenie swych granic. Wehler, przeciwnik przyjęcia Turcji, granice Europy chce definiować w oparciu o wartości, wykształcone w procesie historycznym: "Białoruś, Ukraina, Mołdawia, Rosja czy wreszcie Turcja nigdy nie były częścią Europy. Nie żywią się dziedzictwem judaistycznym, greckim, rzymskim, które do dziś obecne jest w Europie. Nie doprowadziły do końca rozdziału Kościoła od państwa, bądź - po bolszewickim [w Rosji] czy kemalistowskim [w Turcji] intermezzo - znoszą ten rozdział. Nie przeszły reform i, co ważniejsze, w ich historii nie było epoki Oświecenia. Nie stworzyły europejskiego mieszczaństwa, europejskich wolnych miast, europejskiej szlachty, europejskiego chłopstwa. Nie miały udziału w największym osiągnięciu kultury politycznej Europy: stworzeniu państwa socjalnego. Kulturowe rozbieżności są zbyt głębokie".

Ważny to głos, zwłaszcza dziś, gdy w społeczeństwach Zachodu wiedza i świadomość historyczna - także u polityków - są rzeczami rzadkimi. Olbrzymia strefa wolnego handlu od Atlantyku po Władywostok i od Laponii po granicę z Irakiem i Syrią wydaje się Wehlerowi czymś przerażającym. Historyk (powtórzmy: o poglądach lewicowych) polemizuje tu nie tylko z Habermasem, ale także z pomysłami polityków - także z szefem niemieckiej dyplomacji, Joschką Fischerem, który koniecznie chce integrować Turcję z Europą, oraz z nieobliczalnym premierem Włoch i obecnie przewodniczącym Rady Europejskiej, Silvio Berlusconim, który w przyszłej Unii widzi Białoruś i Izrael. Na takie wizje Wehler ripostuje: "Tylko historycznie wyrosła Europa - pod postacią poszerzonej Unii, a w niedalekiej przyszłości powiększonej także o niektóre kraje bałkańskie - ma fundament wspólnych tradycji i doświadczeń, które po wygaśnięciu wewnątrzeuropejskich wojen domowych XX wieku umożliwiają kontynentowi wzmocnienie wspólnej tożsamości".

Trójka odpowiedzialnych

Formuła "europejskiego rdzenia" rozpala umysły polityków i teoretyków - politologów, teraz także filozofów - nie od dziś. Tym razem dyskutują teoretycy, i to europejscy - można odnieść wrażenie, że opinia amerykańska nie dostrzegła tej dyskusji... Także praktycy - czyli europejscy politycy - nie zabierali w niej głosu, trzymając się z daleka. Inna sprawa, czy dlatego, że dla jednych wizja Habermasa była zbyt absurdalna, a dla innych zbyt kusząca? A może zadecydował nadmiar spraw bieżących: Irak, rozszerzanie Unii, kłopoty gospodarcze, rozbudzone sporem o wojnę emocje narodowe? Jeśli Habermas i pozostali uczestnicy tej akcji zamierzali osiągnąć coś więcej niż tylko kolejny spór intelektualny, to się zawiedli. "Reakcje - a raczej ich brak - ze strony europejskich mężów stanu pokazują, że wpływ nawet najbardziej prominentnych europejskich intelektualistów na politykę jest dziś niemal zerowy" - konstatował jeden z obserwatorów debaty.

Był jeden wyjątek. Głos zabrał polityk, który meandry brukselskiej polityki zna z pierwszej ręki: unijny komisarz Günter Verheugen, dyplomatyczny "ojciec" powiększonej Unii.

Kto jak kto, ale Verheugen dostrzega, że wraz z rozszerzeniem punkt ciężkości i rozkład sił w nowej Unii przesuwają się na wschód. Dlatego nie wierzy on w model, wedle którego to Niemcy i Francja miałyby stanowić "awangardę" integracji, a pozostałe kraje miałyby podążać z tyłu ich śladem: "Niemcy i Francja są nadal w stanie działać jako motor integracji" - mówił Verheugen w wywiadzie prasowym, dodając jednak zaraz: "Integracyjny motor funkcjonowałby lepiej, gdyby zaproszono do niego Polskę. Jeśli te trzy kraje potrafią się porozumieć, wtedy przyłączy się większość pozostałych. To ta trójka ponosi szczególną odpowiedzialność za Europę".

Przełożyli Wojciech Pięciak i Marek Zając

Joachim Trenkner - były reporter amerykańskiego tygodnika "Newsweek" i korespondent niemieckiej telewizji w krajach Europy Wschodniej. Stale współpracuje z "TP".


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny