dotb.gif

„TP”, Nr 30 (2820), 27 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2820/kraj02.php

Polska mniejszość w Mołdawii

"Pan Bóg też jest analfabetą"

Tekst i Zdjęcia: Andrzej Meller z Kiszyniowa


Matki opowiadały im, że na skraju świata jest taki piękny kraj, gdzie mieszkają tylko Polacy, i gdzie nikt nie wyśmiewa za mówienie we własnym języku. Dla mołdawskich Polaków ojczyzna przodków to raj. Przez lata musieli ukrywać swą polskość. Teraz mogą się do niej otwarcie przyznawać. Więcej: polskość w Mołdawii - byłej sowieckiej republice, która od 12. lat jest niepodległym państwem - jest dzisiaj modna.


Panorama Styrczy - "małej Warszawy" - mołdawskiej wsi, zamieszkanej głównie przez mniejszość polską
Barbara krząta się po kuchni kiszyniowskiego mieszkania, dosypuje kolejne składniki do tradycyjnych mołdawskich placków zwanych placyntami. Na kuchennych półkach ręcznie malowane pocztówki: Barbara maluje je, od kiedy kilka lat temu straciła pracę architekta miejskiego w Kiszyniowie, stolicy Mołdawii. Czasami sprzeda parę pocztówek zagranicznym turystom albo wyśle znajomym do Niemiec. Ale i tak ledwie starcza na życie. Mąż Walik stracił pracę po rozpadzie ZSRR, jest ochroniarzem w supermarkecie. Kiedyś budował domy, teraz domów nie potrzeba, bo setki tysięcy obywateli Mołdawii wyemigrowało, a nowe budują tylko "nowobogaccy". Dzieci, Krystyna i Aleksander, studiują w Polsce. Barbara i Walik liczą, że gdy ukończą studia, pomogą rodzicom. Ale pewnie nieprędko.

Barbara przyjechała do Kiszyniowa na studia. Miała 17 lat, naiwna dziewczyna z prowincji. Na tle Styrczy, jej rodzinnej wsi, wszystko było tu nieznane. Brakowało też ziomków: styrczańskich Polaków. Studenckie życie, choć skromne, wydawało się idyllą. Przedtem jednak należało dostać się na uczelnię, a to nie było proste. Dla Mołdawian przydzielonych było 70 proc. miejsc, 25 proc. dla Rosjan i Ukraińców, 3 proc. dla Żydów. Dla "obcych narodowości" (Niemców, Bułgarów, Ormian, Gagauzów, Greków i Polaków) zostawało 2 proc. - Nie dostałam się od razu na architekturę, bo byłam Polką - Barbara przewraca placynty na drugą stronę. - Dobrze się uczyłam, do głowy mi nie przyszło, by zadeklarować się jako Rosjanka czy Mołdawianka. Zresztą gdybym podała inną narodowość, tata wygnałby mnie z domu.

Na kursach przygotowawczych jeden z profesorów, który doceniał talent Barbary, wziął ją na bok: - Dlaczego skoro jesteś taka czarniutka, nie zapiszesz się jako Mołdawianka? Będzie Ci łatwiej - zapytał. Była oburzona. Dostała się za drugim podejściem. Wielu Polaków, zwłaszcza tych z miast, podawało inną narodowość: łatwiej było dostać się na studia, znaleźć pracę, robić karierę w partii komunistycznej.

Ale pozostanie przy polskiej narodowości też miało dobre strony. Barbara: - W pracy koledzy odnosili się do mnie z szacunkiem, tłumaczyłam im "Kino" i "Szpilki", tam były "plotki o paniach i panach", ich to ciekawiło. W pracy dawali mi jeden dzień wolny w tygodniu, żebym te pisma mogła przetłumaczyć. Dzięki gazetom nie zapomniałam polskiego, to było moje okno na świat. Ale jak ktoś chciał mi dogadać, mówił: "Eta poljaczka!".

"Mała Warszawa"

Styrczę nazywano niekiedy "Małą Warszawą". Założona w 1896 r. (wtedy w Cesarstwie Rosyjskim, potem z ZSRR), jest kluczem do poznania Polaków nad Dniestrem.

Twórcą wsi był Michał Wojewódzki, który zebrał 34 osoby, głównie z Chocimia i Kamieńca Podolskiego. Wspólnie kupili 502 dziesięciny ziemi. W szczytowym okresie rozkwitu, czyli w latach 30. XX wieku, wieś liczyła 800 osób. Potem jej mieszkańcy powoli rozpraszali się po całym kraju. Spotykając Polaka z Mołdawii można założyć, że albo jest ze Styrczy, albo ma tam krewnych, albo przynajmniej zna jakiegoś polskiego styrczaniana.

Gdy w Styrczy budowano domy i dzielono ziemię, Mołdawię zamieszkiwało już kilkanaście tysięcy Polaków. Pod koniec XIX w. podjęli szereg inicjatyw społeczno-kulturalnych. W 1889 r. w Kiszyniowie powołano Towarzystwo Dobroczynności; w 1901 r. przy Towarzystwie powstała szkółka polska. Po rewolucji 1905 roku w Imperium Rosyjskim zaczęły powstawać Domy Polskie - w kiszyniowskim Domu Polskim znalazło się miejsce dla biblioteki, szkółki i Towarzystwa Dobroczynności.

Tego ożywienia Polonii nie przerwał rozpad państwa carów, po którym Besarabię przyłączono do Rumunii. W okresie międzywojennym swobodnie rozwijało się polskie szkolnictwo, powstawały kluby sportowe. Polacy bez przeszkód kultywowali tradycję, a polscy lekarze nauczyciele, inżynierowie i właściciele ziemscy stanowili miejscową elitę.

Dopiero zajęcie Besarabii przez Armię Czerwoną w 1940 r. - jeden ze skutków paktu niemiecko-sowieckiego z sierpnia 1939 r. - radykalnie zmieniło sytuację Polaków. Zaczęły się represje, wywózki, głód, indoktrynacja. Niektórzy ulegali wynarodowieniu: stawali się Rosjanami, Ukraińcami, Mołdawianami czy "ludźmi radzieckimi", bez narodowości. Nad Prutem jest parę wiosek, których mieszkańcy z braku księdza przeszli na prawosławie i uważają się dziś za Ukraińców. Mimo to w większości Polacy przetrwali - i przy pierwszych oznakach pierestrojki w latach 80. podjęli wysiłek, by odrodzić polskie życie w Mołdawii. Dziś żyje tu do 20 tys. osób przyznających się do polskich korzeni. Rozdziela ich jednak granica na Dniestrze, między Mołdawią a Republiką Naddniestrzańską, skrawkiem ziemi nad Dniestrem, zamieszanym w większości przez Rosjan, którzy na początku lat 90. nie uznali władz w Kiszyniowie i przy pomocy stacjonujących tam wojsk rosyjskich przetrwali jako samodzielne quasi-państewko.

W żyłach polska krew

Najstarszy mieszkaniec Styrczy, 90-letni Piotr Ludwikowicz Gorodziecki wie, dlaczego Polacy przetrwali: - Szlachcice - tak Gorodziecki określa Polaków - broń Boże nie brali nigdy chłopki. Jak ktoś tę zasadę naruszył, rodzice się do niego nie przyznawali. Dziecko z mlekiem matki już wiedziało, że my żyjemy wśród swojej narodowości, że nie należy swego pochodzenia stracić - tłumaczy. - U nas dopiero w 1936 r. pierwsza dziewczyna wyszła za Mołdawianina. A po wojnie to już poszło...

Mieszkańcy Styrczy wspominają, że kiedy dochodziło do romansów z nie-Polakami, społeczność styrczańska starała się nie dopuścić do małżeństwa: - Małżeństwa mieszane zaczęły się, gdy chłopcy zaczęli służyć w Armii Radzieckiej. Jak jakiś przywoził dziewczynę, to go po całej wsi ganiali! - opowiada Eleonora z Polskiego Domu w Bielcach. Za to długoletnia endogamia - czyli zawieranie małżeństw w obrębie własnej grupy - spowodowała, że w Styrczy wszyscy są spokrewnieni.

Jak większość mieszkańców Styrczy, Gorodzieccy mają poczucie, że są ze szlachty, Jednak mało kto pamięta, co to znaczy. Zwłaszcza, że w komunistycznej frazeologii słowo "szlachta" było kojarzone negatywnie. Teraz może budzić zdumienie, kiedy chłop w walonkach i kufajce przedstawia się jako szlachcic: to reminiscencje dawnych różnic społecznych i ekonomicznych między Polakami a prawosławnymi Mołdawianami i Ukraińcami.

- Uważaliśmy się za szlachtę. To znaczyło, że jesteśmy lepsi od nich. Wiedzieli, że Styrcza to szlachta - dowodzi Gorodziecki. - Oni, choć się z nimi przyjaźniliśmy, to byli mużyki [chłopi - red.], bez kultury. Polskość i katolicyzm są tu synonimami. - Polacy-niekatolicy? W Polsce chyba nie ma takich. Może tutaj gdzieś są, bo po prostu nie było latami ani księdza, ani kościoła. Tu nie wierzą ci, którzy byli w partii i bali się, że nie zrobią kariery - mówi pani Bronisława, Polka ze Styrczy.

Choć przez kilkadziesiąt lat Polakom utrudniano praktykowanie religii, to chrzcili dzieci, brali kościelne śluby i starali się chodzić do kościoła. Jeździli nawet aż na Ukrainę do Czerniowiec albo zapraszali księdza do domu. Wszystko dyskretnie.

Powszechne stało się więc praktykowanie podwójnego życia: jednego w miejscu pracy, drugiego w domu.

W Styrczy, gdzie komuniści zdewastowali kościół - zakładając w nim szkołę nauki jazdy na maszynach rolniczych - niektórzy szli do cerkwi w sąsiednich Gladjanach, aby pokłonić się Bogu. Jednak w nastawieniu do prawosławnej świątyni panowała nieufność. Pani Emilii, dziś 90-letniej staruszce, wizyty w cerkwi wybił z głowy ojciec. - W szkole śpiewałam w chórze i batjuszka powiedział: masz ładny głos, będziesz przychodzić do cerkwi śpiewać Bogu. Zapisał mnie. W domu mówię, że będę śpiewać w cerkwi, a tata: "Szczo? Ja tebe dam cerkwu, klękaj przed obrazem i módl się, nie ma cerkwi żadnej!"...

Prywatna wojna pana Jabłońskiego

Ksiądz Henryk Soroka, duszpasterz z Naddniestrza, uważa, że katolickość i polskość przetrwała tam, gdzie był przywódca, który potrafił wszystko utrzymać w swoim ręku. Nie wiadomo więc, jak wyglądałaby dziś Styrcza, gdyby nie charyzmatyczny Jabłoński, który jako rosyjski jeniec wojenny trafił tutaj po I wojnie światowej.

Postawa Jabłońskiego w czasach sowieckich spowodowała, że wielu styrczan odsunęło się od niego, z obawy przed represjami ze strony władz. Dziś natomiast większość docenia jego zasługi dla zachowania polskości. - Wszystko robił jak ksiądz - wspomina Eleonora z Bielc - I modlitwy, i jakby litanie prowadził, wszystko odmawiał, nawet pogrzeb na cmentarzu odprawiał, jak ksiądz. Wioska żyła polskimi tradycjami i kulturą, on to podtrzymywał, i nawet za komunizmu przez całe lata dostawał gazety z Polski.

Część mieszkańców jednak odsunęła się od charyzmatycznego przywódcy i zdaniem jego wnuczki, Jabłoński wiele wycierpiał także od rodaków. Zdarzali się donosiciele, którzy aby podlizać się miejscowym władzom ściągali na niego milicję. Wnuczka wspomina: - Chował cenne świece, chorągwie kościelne, krzyże i obrazy na sam spód szafki. Mniej cenne modlitewniki zawijał w "Dziennik Polski", w którym były reklamy damskiej bielizny. Przychodziła milicja i robiła rewizję. Mówili: "Będzie nam pan mówił, że wierzy w Boga, a gołe kobiety kolekcjonuje". A dziadek na to: "Proszę nikomu nie mówić, bo to grzech, ja to tak lubię tę polską gazetę i te zdjęcia kobiet... To jest mój grzech. Bardzo proszę nikomu nic nie mówić". Na drugi dzień cała wioska wiedziała, że Jabłoński zbiera "takie obrazki" i nie wierzy w Boga. Wnuczka: - A on to robił specjalnie, żeby więcej nie znaleźli. Milicjanci śmiali się z niego, ale już nie szukali. A tam pod spodem były rzeczy, które teraz stoją w kościele.

Modnie być Polakiem

Mimo wszystko, już przed II wojną światową w Mołdawii język polski zaczął zanikać. Polacy zaczynali porozumiewać się między sobą dialektem ukraińskiego, który nazywają chochlackim, od chachoł (Ukrainiec). - Żaliłam się księdzu, że nie czytam po polsku, bo jestem analfabetką, a ksiądz mi powiedział, że Pan Bóg też jest analfabetą. Ważne, żeby dusza była do Boga - wspomina pani Franciszka.

W mieście używali urzędowego rosyjskiego, wielu znało mołdawski. Polski stał się językiem Kościoła - i domowej konspiracji. Jeśli rodzice chcieli, żeby dzieci ich nie rozumiały, mówili po polsku. Ale zdarzały się rodziny, które nie przerwały rozmawiania w domu po polsku. - Troszkę nas uczyła mama, ale powtarzała, żeby języka nie wynosić z domu, bo się będą nas czepiali - wspomina pani Eleonora.

Dzisiaj coraz więcej mołdawskich Polaków uczy się języka przodków. Ma to związek z odrodzeniem, które ostatnio przeżywa tutejsza Polonia. W ośrodkach, gdzie mieszkają Polacy powstały polskie klasy bądź kursy polskiego. Na tle sennej, borykającej się z wieloma problemami Mołdawii, Polskie Domy mają wiele do zaoferowania: kontakt z polską kulturą, postrzeganą jako zachodnia, poczucie wspólnoty i jedności środowiska, wreszcie wyjazdy do Polski stanowią o sile oddziaływania tej instytucji.

Kasia uczy się polskiego od paru lat, dwa razy była na koloniach na południu Polski. - Oni nam trochę zazdroszczą, że mamy Polski Dom, że jeździmy do Polski, że w kościele ksiądz rozdaje humanitarkę - mówi. - Bo co tu można robić? Żadnych perspektyw, młodzi nie uczą się, nie pracują. A u nas jest ciekawie, coś się dzieje. Można się uczyć, pojechać do Polski na wycieczkę albo na studia.

Pani Wanda, nauczycielka z Polski: - Starzy byli dumni, że są Polakami, natomiast średnie pokolenie było niepewne, mówili, że nie wiedzą, kim są i było bardzo mało osób, które od razu powiedziałyby: "Jestem Polakiem". Dopiero jak się Polonia zaczęła odradzać, to poczuli się Polakami. Teraz przychodzą z dokumentami, że mają polskie pochodzenie, że chcą się uczyć. Od trzech-czterech lat bycie Polakiem uchodzi za coś modnego.

Raj nad Wisłą

Mąż Barbary wrócił właśnie z pracy i marzy o obiedzie. - Jak Polak głodny, to zły - mówi i uśmiecha się, nalewając wina. Barbara boi się, że najzdolniejsza młodzież opuści Mołdawię i zostanie w Polsce, jak być może jej dzieci: - Nie wiem, gdzie będą mieszkać: w Mołdawii czy w Polsce. Mnie starczyło sił do życia dzięki polskości, bo ona wiązała się z pokorą. Wielu moich kolegów ze studiów zgubiło samych siebie, mimo że byli z rodzin mołdawskich, rosyjskich. Zgubili własne sumienie. Moi dziadkowie uciekali kiedyś z Polski nie dlatego, że nie lubili tego kraju. Przeciwnie, uciekali na skraje Rosji, żeby schronić swoje dzieci. Zostawiali mieszkania, majątki, bo w Polsce prześladowali ich Rosjanie. Pamięć - i obraz współczesnej Polski jako kraju zachodniego: wizyty w ojczyźnie przodków mogą zakończyć się zostaniem nad Wisła, ale umacniają też tożsamość. Polska - to kraj europejski. Najczęściej jej wyidealizowany obraz powstaje na podstawie obserwacji poczynionych z okien autokaru wycieczkowego. Częstochowa, Wawel, Łazienki, kolumna Zygmunta, film "Ogniem i mieczem" stają się ogromnym przeżyciem, które kreuje myślenie o kraju.

- Jak za pierwszym razem pojechałam do Polski, nie odchodziłam od okna autobusu - wspomina Barbara w swej kiszyniowskiej kuchni. - Kierowca się pytał: "Skąd pani przyjechała, że tak patrzy?". Takie wszystko porządne, domki i ogródki rozplanowane, jak kiedyś w Styrczy. Najbardziej mnie zdziwili rolnicy, jak wracali autobusem z pola wszyscy czyści, ładnie ubrani. I nie śmierdzieli, jak u nas.

Jednak obraz Polski Barbara wyniosła nie tylko z podróży: - Polska jest dla mnie krajem rajskim. Mama opowiadała nam, jakby bajkę, że na kraju świata jest taki piękny kraj, gdzie mieszkają tylko Polacy. Wszyscy rozmawiają po polsku. Nikt im w tym nie przeszkadza, nie mówi, że to źle czy śmiesznie. I w mózgu dziecka zostało to wyobrażenie kraju, jak u Boga...

W Polsce Barbara nabrała do woreczka trochę przydrożnej ziemi. Zawiozła ją mamie. Na grób.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl