adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 30 (2820)
27 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Polska mniejszość w Mołdawii

"Pan Bóg też jest analfabetą"

Tekst i Zdjęcia: Andrzej Meller z Kiszyniowa


Matki opowiadały im, że na skraju świata jest taki piękny kraj, gdzie mieszkają tylko Polacy, i gdzie nikt nie wyśmiewa za mówienie we własnym języku. Dla mołdawskich Polaków ojczyzna przodków to raj. Przez lata musieli ukrywać swą polskość. Teraz mogą się do niej otwarcie przyznawać. Więcej: polskość w Mołdawii - byłej sowieckiej republice, która od 12. lat jest niepodległym państwem - jest dzisiaj modna.


Panorama Styrczy - "małej Warszawy" - mołdawskiej wsi, zamieszkanej głównie przez mniejszość polską
Barbara krząta się po kuchni kiszyniowskiego mieszkania, dosypuje kolejne składniki do tradycyjnych mołdawskich placków zwanych placyntami. Na kuchennych półkach ręcznie malowane pocztówki: Barbara maluje je, od kiedy kilka lat temu straciła pracę architekta miejskiego w Kiszyniowie, stolicy Mołdawii. Czasami sprzeda parę pocztówek zagranicznym turystom albo wyśle znajomym do Niemiec. Ale i tak ledwie starcza na życie. Mąż Walik stracił pracę po rozpadzie ZSRR, jest ochroniarzem w supermarkecie. Kiedyś budował domy, teraz domów nie potrzeba, bo setki tysięcy obywateli Mołdawii wyemigrowało, a nowe budują tylko "nowobogaccy". Dzieci, Krystyna i Aleksander, studiują w Polsce. Barbara i Walik liczą, że gdy ukończą studia, pomogą rodzicom. Ale pewnie nieprędko.

Barbara przyjechała do Kiszyniowa na studia. Miała 17 lat, naiwna dziewczyna z prowincji. Na tle Styrczy, jej rodzinnej wsi, wszystko było tu nieznane. Brakowało też ziomków: styrczańskich Polaków. Studenckie życie, choć skromne, wydawało się idyllą. Przedtem jednak należało dostać się na uczelnię, a to nie było proste. Dla Mołdawian przydzielonych było 70 proc. miejsc, 25 proc. dla Rosjan i Ukraińców, 3 proc. dla Żydów. Dla "obcych narodowości" (Niemców, Bułgarów, Ormian, Gagauzów, Greków i Polaków) zostawało 2 proc. - Nie dostałam się od razu na architekturę, bo byłam Polką - Barbara przewraca placynty na drugą stronę. - Dobrze się uczyłam, do głowy mi nie przyszło, by zadeklarować się jako Rosjanka czy Mołdawianka. Zresztą gdybym podała inną narodowość, tata wygnałby mnie z domu.

Na kursach przygotowawczych jeden z profesorów, który doceniał talent Barbary, wziął ją na bok: - Dlaczego skoro jesteś taka czarniutka, nie zapiszesz się jako Mołdawianka? Będzie Ci łatwiej - zapytał. Była oburzona. Dostała się za drugim podejściem. Wielu Polaków, zwłaszcza tych z miast, podawało inną narodowość: łatwiej było dostać się na studia, znaleźć pracę, robić karierę w partii komunistycznej.

Ale pozostanie przy polskiej narodowości też miało dobre strony. Barbara: - W pracy koledzy odnosili się do mnie z szacunkiem, tłumaczyłam im "Kino" i "Szpilki", tam były "plotki o paniach i panach", ich to ciekawiło. W pracy dawali mi jeden dzień wolny w tygodniu, żebym te pisma mogła przetłumaczyć. Dzięki gazetom nie zapomniałam polskiego, to było moje okno na świat. Ale jak ktoś chciał mi dogadać, mówił: "Eta poljaczka!".

"Mała Warszawa"

Styrczę nazywano niekiedy "Małą Warszawą". Założona w 1896 r. (wtedy w Cesarstwie Rosyjskim, potem z ZSRR), jest kluczem do poznania Polaków nad Dniestrem.

Twórcą wsi był Michał Wojewódzki, który zebrał 34 osoby, głównie z Chocimia i Kamieńca Podolskiego. Wspólnie kupili 502 dziesięciny ziemi. W szczytowym okresie rozkwitu, czyli w latach 30. XX wieku, wieś liczyła 800 osób. Potem jej mieszkańcy powoli rozpraszali się po całym kraju. Spotykając Polaka z Mołdawii można założyć, że albo jest ze Styrczy, albo ma tam krewnych, albo przynajmniej zna jakiegoś polskiego styrczaniana.

Gdy w Styrczy budowano domy i dzielono ziemię, Mołdawię zamieszkiwało już kilkanaście tysięcy Polaków. Pod koniec XIX w. podjęli szereg inicjatyw społeczno-kulturalnych. W 1889 r. w Kiszyniowie powołano Towarzystwo Dobroczynności; w 1901 r. przy Towarzystwie powstała szkółka polska. Po rewolucji 1905 roku w Imperium Rosyjskim zaczęły powstawać Domy Polskie - w kiszyniowskim Domu Polskim znalazło się miejsce dla biblioteki, szkółki i Towarzystwa Dobroczynności.

Tego ożywienia Polonii nie przerwał rozpad państwa carów, po którym Besarabię przyłączono do Rumunii. W okresie międzywojennym swobodnie rozwijało się polskie szkolnictwo, powstawały kluby sportowe. Polacy bez przeszkód kultywowali tradycję, a polscy lekarze nauczyciele, inżynierowie i właściciele ziemscy stanowili miejscową elitę.

Dopiero zajęcie Besarabii przez Armię Czerwoną w 1940 r. - jeden ze skutków paktu niemiecko-sowieckiego z sierpnia 1939 r. - radykalnie zmieniło sytuację Polaków. Zaczęły się represje, wywózki, głód, indoktrynacja. Niektórzy ulegali wynarodowieniu: stawali się Rosjanami, Ukraińcami, Mołdawianami czy "ludźmi radzieckimi", bez narodowości. Nad Prutem jest parę wiosek, których mieszkańcy z braku księdza przeszli na prawosławie i uważają się dziś za Ukraińców. Mimo to w większości Polacy przetrwali - i przy pierwszych oznakach pierestrojki w latach 80. podjęli wysiłek, by odrodzić polskie życie w Mołdawii. Dziś żyje tu do 20 tys. osób przyznających się do polskich korzeni. Rozdziela ich jednak granica na Dniestrze, między Mołdawią a Republiką Naddniestrzańską, skrawkiem ziemi nad Dniestrem, zamieszanym w większości przez Rosjan, którzy na początku lat 90. nie uznali władz w Kiszyniowie i przy pomocy stacjonujących tam wojsk rosyjskich przetrwali jako samodzielne quasi-państewko.

W żyłach polska krew

Najstarszy mieszkaniec Styrczy, 90-letni Piotr Ludwikowicz Gorodziecki wie, dlaczego Polacy przetrwali: - Szlachcice - tak Gorodziecki określa Polaków - broń Boże nie brali nigdy chłopki. Jak ktoś tę zasadę naruszył, rodzice się do niego nie przyznawali. Dziecko z mlekiem matki już wiedziało, że my żyjemy wśród swojej narodowości, że nie należy swego pochodzenia stracić - tłumaczy. - U nas dopiero w 1936 r. pierwsza dziewczyna wyszła za Mołdawianina. A po wojnie to już poszło...

Mieszkańcy Styrczy wspominają, że kiedy dochodziło do romansów z nie-Polakami, społeczność styrczańska starała się nie dopuścić do małżeństwa: - Małżeństwa mieszane zaczęły się, gdy chłopcy zaczęli służyć w Armii Radzieckiej. Jak jakiś przywoził dziewczynę, to go po całej wsi ganiali! - opowiada Eleonora z Polskiego Domu w Bielcach. Za to długoletnia endogamia - czyli zawieranie małżeństw w obrębie własnej grupy - spowodowała, że w Styrczy wszyscy są spokrewnieni.

Jak większość mieszkańców Styrczy, Gorodzieccy mają poczucie, że są ze szlachty, Jednak mało kto pamięta, co to znaczy. Zwłaszcza, że w komunistycznej frazeologii słowo "szlachta" było kojarzone negatywnie. Teraz może budzić zdumienie, kiedy chłop w walonkach i kufajce przedstawia się jako szlachcic: to reminiscencje dawnych różnic społecznych i ekonomicznych między Polakami a prawosławnymi Mołdawianami i Ukraińcami.

- Uważaliśmy się za szlachtę. To znaczyło, że jesteśmy lepsi od nich. Wiedzieli, że Styrcza to szlachta - dowodzi Gorodziecki. - Oni, choć się z nimi przyjaźniliśmy, to byli mużyki [chłopi - red.], bez kultury. Polskość i katolicyzm są tu synonimami. - Polacy-niekatolicy? W Polsce chyba nie ma takich. Może tutaj gdzieś są, bo po prostu nie było latami ani księdza, ani kościoła. Tu nie wierzą ci, którzy byli w partii i bali się, że nie zrobią kariery - mówi pani Bronisława, Polka ze Styrczy.

Choć przez kilkadziesiąt lat Polakom utrudniano praktykowanie religii, to chrzcili dzieci, brali kościelne śluby i starali się chodzić do kościoła. Jeździli nawet aż na Ukrainę do Czerniowiec albo zapraszali księdza do domu. Wszystko dyskretnie.

Powszechne stało się więc praktykowanie podwójnego życia: jednego w miejscu pracy, drugiego w domu.

W Styrczy, gdzie komuniści zdewastowali kościół - zakładając w nim szkołę nauki jazdy na maszynach rolniczych - niektórzy szli do cerkwi w sąsiednich Gladjanach, aby pokłonić się Bogu. Jednak w nastawieniu do prawosławnej świątyni panowała nieufność. Pani Emilii, dziś 90-letniej staruszce, wizyty w cerkwi wybił z głowy ojciec. - W szkole śpiewałam w chórze i batjuszka powiedział: masz ładny głos, będziesz przychodzić do cerkwi śpiewać Bogu. Zapisał mnie. W domu mówię, że będę śpiewać w cerkwi, a tata: "Szczo? Ja tebe dam cerkwu, klękaj przed obrazem i módl się, nie ma cerkwi żadnej!"...

Prywatna wojna pana Jabłońskiego

Ksiądz Henryk Soroka, duszpasterz z Naddniestrza, uważa, że katolickość i polskość przetrwała tam, gdzie był przywódca, który potrafił wszystko utrzymać w swoim ręku. Nie wiadomo więc, jak wyglądałaby dziś Styrcza, gdyby nie charyzmatyczny Jabłoński, który jako rosyjski jeniec wojenny trafił tutaj po I wojnie światowej.

Postawa Jabłońskiego w czasach sowieckich spowodowała, że wielu styrczan odsunęło się od niego, z obawy przed represjami ze strony władz. Dziś natomiast większość docenia jego zasługi dla zachowania polskości. - Wszystko robił jak ksiądz - wspomina Eleonora z Bielc - I modlitwy, i jakby litanie prowadził, wszystko odmawiał, nawet pogrzeb na cmentarzu odprawiał, jak ksiądz. Wioska żyła polskimi tradycjami i kulturą, on to podtrzymywał, i nawet za komunizmu przez całe lata dostawał gazety z Polski.

Część mieszkańców jednak odsunęła się od charyzmatycznego przywódcy i zdaniem jego wnuczki, Jabłoński wiele wycierpiał także od rodaków. Zdarzali się donosiciele, którzy aby podlizać się miejscowym władzom ściągali na niego milicję. Wnuczka wspomina: - Chował cenne świece, chorągwie kościelne, krzyże i obrazy na sam spód szafki. Mniej cenne modlitewniki zawijał w "Dziennik Polski", w którym były reklamy damskiej bielizny. Przychodziła milicja i robiła rewizję. Mówili: "Będzie nam pan mówił, że wierzy w Boga, a gołe kobiety kolekcjonuje". A dziadek na to: "Proszę nikomu nie mówić, bo to grzech, ja to tak lubię tę polską gazetę i te zdjęcia kobiet... To jest mój grzech. Bardzo proszę nikomu nic nie mówić". Na drugi dzień cała wioska wiedziała, że Jabłoński zbiera "takie obrazki" i nie wierzy w Boga. Wnuczka: - A on to robił specjalnie, żeby więcej nie znaleźli. Milicjanci śmiali się z niego, ale już nie szukali. A tam pod spodem były rzeczy, które teraz stoją w kościele.

Modnie być Polakiem

Mimo wszystko, już przed II wojną światową w Mołdawii język polski zaczął zanikać. Polacy zaczynali porozumiewać się między sobą dialektem ukraińskiego, który nazywają chochlackim, od chachoł (Ukrainiec). - Żaliłam się księdzu, że nie czytam po polsku, bo jestem analfabetką, a ksiądz mi powiedział, że Pan Bóg też jest analfabetą. Ważne, żeby dusza była do Boga - wspomina pani Franciszka.

W mieście używali urzędowego rosyjskiego, wielu znało mołdawski. Polski stał się językiem Kościoła - i domowej konspiracji. Jeśli rodzice chcieli, żeby dzieci ich nie rozumiały, mówili po polsku. Ale zdarzały się rodziny, które nie przerwały rozmawiania w domu po polsku. - Troszkę nas uczyła mama, ale powtarzała, żeby języka nie wynosić z domu, bo się będą nas czepiali - wspomina pani Eleonora.

Dzisiaj coraz więcej mołdawskich Polaków uczy się języka przodków. Ma to związek z odrodzeniem, które ostatnio przeżywa tutejsza Polonia. W ośrodkach, gdzie mieszkają Polacy powstały polskie klasy bądź kursy polskiego. Na tle sennej, borykającej się z wieloma problemami Mołdawii, Polskie Domy mają wiele do zaoferowania: kontakt z polską kulturą, postrzeganą jako zachodnia, poczucie wspólnoty i jedności środowiska, wreszcie wyjazdy do Polski stanowią o sile oddziaływania tej instytucji.

Kasia uczy się polskiego od paru lat, dwa razy była na koloniach na południu Polski. - Oni nam trochę zazdroszczą, że mamy Polski Dom, że jeździmy do Polski, że w kościele ksiądz rozdaje humanitarkę - mówi. - Bo co tu można robić? Żadnych perspektyw, młodzi nie uczą się, nie pracują. A u nas jest ciekawie, coś się dzieje. Można się uczyć, pojechać do Polski na wycieczkę albo na studia.

Pani Wanda, nauczycielka z Polski: - Starzy byli dumni, że są Polakami, natomiast średnie pokolenie było niepewne, mówili, że nie wiedzą, kim są i było bardzo mało osób, które od razu powiedziałyby: "Jestem Polakiem". Dopiero jak się Polonia zaczęła odradzać, to poczuli się Polakami. Teraz przychodzą z dokumentami, że mają polskie pochodzenie, że chcą się uczyć. Od trzech-czterech lat bycie Polakiem uchodzi za coś modnego.

Raj nad Wisłą

Mąż Barbary wrócił właśnie z pracy i marzy o obiedzie. - Jak Polak głodny, to zły - mówi i uśmiecha się, nalewając wina. Barbara boi się, że najzdolniejsza młodzież opuści Mołdawię i zostanie w Polsce, jak być może jej dzieci: - Nie wiem, gdzie będą mieszkać: w Mołdawii czy w Polsce. Mnie starczyło sił do życia dzięki polskości, bo ona wiązała się z pokorą. Wielu moich kolegów ze studiów zgubiło samych siebie, mimo że byli z rodzin mołdawskich, rosyjskich. Zgubili własne sumienie. Moi dziadkowie uciekali kiedyś z Polski nie dlatego, że nie lubili tego kraju. Przeciwnie, uciekali na skraje Rosji, żeby schronić swoje dzieci. Zostawiali mieszkania, majątki, bo w Polsce prześladowali ich Rosjanie. Pamięć - i obraz współczesnej Polski jako kraju zachodniego: wizyty w ojczyźnie przodków mogą zakończyć się zostaniem nad Wisła, ale umacniają też tożsamość. Polska - to kraj europejski. Najczęściej jej wyidealizowany obraz powstaje na podstawie obserwacji poczynionych z okien autokaru wycieczkowego. Częstochowa, Wawel, Łazienki, kolumna Zygmunta, film "Ogniem i mieczem" stają się ogromnym przeżyciem, które kreuje myślenie o kraju.

- Jak za pierwszym razem pojechałam do Polski, nie odchodziłam od okna autobusu - wspomina Barbara w swej kiszyniowskiej kuchni. - Kierowca się pytał: "Skąd pani przyjechała, że tak patrzy?". Takie wszystko porządne, domki i ogródki rozplanowane, jak kiedyś w Styrczy. Najbardziej mnie zdziwili rolnicy, jak wracali autobusem z pola wszyscy czyści, ładnie ubrani. I nie śmierdzieli, jak u nas.

Jednak obraz Polski Barbara wyniosła nie tylko z podróży: - Polska jest dla mnie krajem rajskim. Mama opowiadała nam, jakby bajkę, że na kraju świata jest taki piękny kraj, gdzie mieszkają tylko Polacy. Wszyscy rozmawiają po polsku. Nikt im w tym nie przeszkadza, nie mówi, że to źle czy śmiesznie. I w mózgu dziecka zostało to wyobrażenie kraju, jak u Boga...

W Polsce Barbara nabrała do woreczka trochę przydrożnej ziemi. Zawiozła ją mamie. Na grób.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny