adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 30 (2820)
27 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz


Komentarze

Krzysztof Burnetko
Konfrontacja


Zarządzone po raz pierwszy przez sejmową komisją śledczą do wyjaśnienia afery Rywina konfrontacje świadków przyniosły efekt trojakiego co najmniej rodzaju.

Po pierwsze, dały przesłanki podbudowujące hipotezę o świadomym i drobiazgowo zaplanowanym sfałszowaniu projektu ustawy o radiofonii i telewizji. Komisja nie bez powodu skierowała do prokuratury wniosek o wszczęcie śledztwa w tej sprawie. Po drugie, udowodniły, jak wielka jest przypadkowość procesu tworzenia prawa w III RP - i jakie możliwości manipulacji daje nieprzestrzeganie procedur. Po trzecie wreszcie, i równie ważne, pokazały, jak różne może być pojmowanie roli urzędnika państwowego: od drobiazgowego realizowania swoich zawodowych powinności po drobiazgowe realizowanie woli swoich szefów. Przy okazji okazuje się, że nie bez powodu właśnie Rządowe Centrum Legislacji bywało przedmiotem bezpardonowych zakusów polityków - choćby wtedy, kiedy jego status prawny ustalono tak, by przy zatrudnianiu pracowników nie obowiązywały szczególne wymagania właściwe dla urzędów podległych ustawie o służbie cywilnej (a zwłaszcza otwarty nabór i konkursy na stanowiska kierownicze). Szczęśliwie są jeszcze urzędnicy tacy, jak pani Bożena Szumielewicz.

Agnieszka Sabor
Prawo i emocje


Wydawało się, że o sprawie instalacji Doroty Nieznalskiej wszyscy zdążyli już zapomnieć. Że kiepskie dzieło sztuki umarło śmiercią naturalną. I to byłoby najlepsze rozwiązanie. Gdyby "Pasja" (praca, której częścią była fotografia męskich genitaliów umieszczona na krzyżu) została rzetelnie (a więc negatywnie) skrytykowana, a potem po prostu zapomniana, młoda artystka - właśnie poprzez takie, trudne dla każdego twórcy doświadczenie - miałaby szansę osiągnięcia wewnętrznej dojrzałości, a więc niezależnego, ale i odpowiedzialnego rozwoju. Tymczasem gdański sąd skazał ją na "prace społeczne pod nadzorem" za "obrazę uczuć religijnych".

To niebezpieczny precedens. Po pierwsze, galeria zadbała o to, by kontrowersyjną pracę oglądać mogła wyłącznie publiczność przygotowana merytorycznie do oceny. Zapewne, gdyby nie manipulowana histeria, "Pasja" nigdy nie wyszłaby poza mury galerii i nie doszłoby do domniemanej obrazy. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że większość z tych, którzy czują się obrażeni, wcale pracy nie widziała, a Nieznalska jest jedynie pretekstem do darmowej promocji niektorych ugrupowań politycznych. Jeśli tak, szkoda, że bierze w tym udział niezawisły sąd. Po drugie, nic tak nie pomaga kiepskiej sztuce, jak skandal, o czym raz po raz przekonują nas media. Oby młoda artystka nie doszła do wniosku, że droga, którą wskazali jej działacze polityczni (na sali sądowej byli obecni posłowie LPR, Gertruda Szumska i Robert Strąk), prowadzi do sukcesu. Tym bardziej, że powstaje pytanie, na ile w tej historii współuczestniczą oni w instrumentalizacji religii. I wreszcie kwestia najważniejsza: jakie są ściśle prawne kryteria oceny obrazy religijnej - zwłaszcza jeśli jej źródłem miałoby być dzieło sztuki? Czy każdy obrażony będzie miał w kieszeni korzystny dla siebie wyrok? Przecież doprowadziłoby to do absurdu, zwłaszcza że prowokacja jest wpisana w dzieje sztuki.

Tadeusz Jagodziński z Londyn
Śmierć urzędnika


Osoba Davida Kelly'ego, brytyjskiego mikrobiologa i doradcy ministerstwa obrony ds. irackich programów zbrojeniowych pierwszy raz zelektryzowała opinię publiczną na początku lipca. To wtedy wyszło na jaw, że Kelly bez wiedzy przełożonych rozmawiał z dziennikarzami BBC, którzy następnie informowali o podkoloryzowaniu przez rząd raportów wywiadu na temat irackiego zagrożenia. Rzecz jasna w podtekście tych doniesień krył się zarzut o parcie do wojny z Irakiem za wszelką cenę - nawet wyolbrzymiania bądź fałszowania dowodów. Bezpośrednie oskarżenia w tej sprawie media kierowały pod adresem głównego doradcy prasowego premiera, Alastaira Campbella, który kategorycznie je odpierał, przystępując jednocześnie do frontalnego ataku na BBC. Podczas takiej "wojny na górze" ujawniono nazwisko doktora Kelly'ego jako informatora mediów. W tak gorącej atmosferze składał on w ubiegłym tygodniu zeznania przed komisją Izby Gmin. Sprawiał wtedy wrażenie człowieka zgnębionego ( z późniejszych doniesień wynikało, że grożono mu śledztwem o naruszenie tajemnicy państwowej oraz utratą urzędniczej emerytury...), choć twierdził, że nie sądzi, aby to jego informacje miały być głównym źródłem zarzutów pod adresem rządu. Kilka dni później przyszedł szok: najpierw doniesienia o zaginięciu naukowca, później o jego samobójstwie. Brytyjska "wojna na górze" miała więc pierwszą najprawdziwszą ofiarę. Premier Tony Blair niemal natychmiast powołał specjalną komisję dochodzeniową, deklarując, że sam złoży przed nią zeznania. W najbliższych tygodniach przed komisją przewinie się więc czołówka politycznego i medialnego establishmentu Wielkiej Brytanii. Pytania, na które trzeba będzie odpowiedzieć, można mnożyć bez końca: do jakiego stopnia polityczni przełożeni gotowi byli zaszczuć człowieka, aby zwycięsko wyjść ze starcia z mediami?; czy w starciu z władzą o koloryzowanie raportów z kolei same media nie podkoloryzowały przypadkiem stwierdzeń swego poufnego informatora?; jak wysoko w obu przypadkach powinna sięgać odpowiedzialność?

Prace komisji mają trwać około sześciu tygodni, ale już teraz wielu obserwatorów twierdzi, że nikomu, kto otarł się o tę sprawę nie uda z niej wyjść z czystymi rękami.

Andrzej Łukowski
Rosja się boi (wojny atomowej)


"Położone na Dalekim Wschodzie prowincje Federacji Rosyjskiej mogą już pod koniec br. znaleźć się w strefie dotkniętej skutkami użycia broni nuklearnej na Półwyspie Koreańskim" - podały 18 lipca agencje, powołując się na wiceministra spraw zagranicznych Rosji Aleksandra Łosiukowa. Sygnał z rosyjskiego MSZ należy umieścić w szerszym kontekście międzynarodowym. Od dawna toczą się rozmowy na linii Phenian-Waszyngton. Amerykanie starają się za obietnicę pomocy ekonomicznej wydębić od koreańskiego przywódcy przerwanie programu atomowego. Bez skutku. W kwietniu br. do dialogu - z inicjatywy USA - włączono drugą Koreę, Chiny i Japonię. Rosja miała nadzieję, że też dostanie zaproszenie. Ale się nie doczekała. Wykorzystuje zatem każdy pretekst (tym razem była to wymiana ognia w strefie zdemilitaryzowanej między dwiema Koreami), aby przypomnieć o swoim akcesie. Jednak nawet Słońce Korei, wielki wódz Kim Dzong Il nie pali się do dopraszania Rosji. Wprawdzie swego czasu wymieniał płomienne pocałunki i uściski z oschłym na ogół prezydentem Putinem, jednak w sprawie wsparcia gospodarczego woli wrogie, ale bogate USA niż przyjazną, ale słabą Rosję. W kontekście katastroficznej wypowiedzi rosyjskiego dyplomaty warto również zastanowić się nad realnym zagrożeniem ze strony Phenianu. W zeszłym roku Korea Płn. dokonała udanej próby z rakietą, która mogłaby dosięgnąć celów w Japonii (choćby baz amerykańskich). Ostatnio władze Korei oświadczyły, że nie mogą zamknąć programu jądrowego, gdyż mając broń atomową będą mogły oszczędzać na wydatkach na broń konwencjonalną, a zdobyte w ten sposób pieniądze przeznaczyć na żywność. Amerykańscy eksperci twierdzą, że Korea nie ma jeszcze wystarczających środków, by zbudować bombę, ale może sprzedać materiały rozszczepialne terrorystom. Dlatego prewencyjne uderzenie Stanów jest jak najbardziej możliwe. Na marginesie przypominają jeszcze, że do powstania koreańskiej bomby mogli się w niedalekiej przeszłości przyczynić dwaj sąsiedzi reżimu - Rosja i Chiny.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny