dotb.gif

„TP”, Nr 30 (2820), 27 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2820/felmusierow.php

List z ogrodu

Małgorzata Musierowicz


Ohydny Typ z Warszawy - nasz uważny Czytelnik i wnikliwy krytyk - wyznaje, że nie nadesłał zgryźliwej uwagi w sprawie przerobienia przez korektę "TP" nazwy "Anima Europae" na: "Anima Europea" w felietonie "Światło rozumu", przede wszystkim z tego powodu, że teksty "o tematyce filozoficzno-polityczno-martyrologicznej" czyta ostatnio "mniej uważnie". Żeby odmienić ten stan rzeczy, zaleca mi przejście w lżejszą tonację, bardziej zgodną z porą roku. Usłucham jak najchętniej tego głosu rozsądku! Jakże inaczej można pisać, siedząc pośrodku trawnika, u schyłku pięknego letniego dnia? Wokół odbywają się fantastyczne spektakle - przepływają chmury, kołują ptaki, nieustannie i cicho wzrastają drzewa, a rabata pachnących róż - żółtych i ognistych - zamyka widok na grupę cisów. Jest ciepły, spokojny wieczór i w powietrzu unosi się zapach dziesiątek lilii "African Queen". Zaraz będę to wszystko podlewać. Jestem całkowicie szczęśliwa.

Oczywiste jest chyba, że nie mamy tu telewizora! Radio jest, ale używamy go do słuchania "Dwójki" lub do odtwarzania płyt CD. Gazet w sklepiku zawsze brakuje, ale nikt z tego powodu nie ubolewa. Jeśli chodzi o lektury, zaopatrzeni jesteśmy obficie. Minionej nocy - bezsennej z powodu upału, świerszczy i księżyca - przeczytałam "Roczniaka" Marjorie Kinnan Rawlings (w przekładzie Adama Galisa, "Nasza Księgarnia" 1959). Notabene, dawno już nie widziałam w książce dla dzieci ilustracji tak mistrzowskich, jak te syntetyczne, lekkie, pozornie niedbałe szkice piórkiem - dzieło artysty, który już wtedy był wielki, Józefa Wilkonia.

Kupiłam tę książkę niedawno, w antykwariacie. Nie czytałam jej nigdy dotąd, wiedziałam jednak, że powinna się znaleźć w wielkiej kolekcji najlepszych dzieł literackich dla dzieci i młodzieży (zbieram je od lat). Mam w tej kolekcji prawdziwe skarby. Nie domyśliłam się, że i "Roczniak" jest skarbem - postanowiłam go przeczytać w wakacje, bo tuż przed wyjazdem obejrzałam w TV film, nakręcony według tej powieści, w którym rolę Penny'ego grał Gregory Peck. Bardzo lubiłam tego aktora i z żalem przyjęłam wiadomość o jego śmierci. On sam mówił o sobie: "Chciałbym, żeby ludzie, którzy kiedyś zobaczą w telewizji mój film, czuli się tak, jakby wpadł do nich w odwiedziny stary przyjaciel". Na pewno tak jest i długo będzie. Peck - bardzo przystojny, męski, powściągliwy i nieco oschły - miał w sobie szlachetność i prawość, wzbudzające zaufanie. To dlatego był tak przekonujący w roli adwokata Atticusa (w filmie "Zabić drozda"), która przyniosła mu sympatię milionów widzów.

Ale jak można było obsadzić go w roli Penny'ego Baxtera w "Roczniaku"! - autorka powieści na pewno nie raz przewróciła się w grobie. Penny, ojciec Jody'ego, jest mały, cherlawy i słaby, cierpi na reumatyzm. W książce Rawlings nikt nie jest przystojny, nienaganny, szlachetny. Ludzie są tu wiecznie brudni, utytłani błotem, głodni, dzicy i śmiertelnie zmęczeni zmaganiem z przyrodą, walką o przetrwanie. Nieustannie polują, zastawiają sidła, bronią się przed wilkami, gromadzą zapasy żywności, harują na roli. "Zabij, albo giń z głodu!". Tę powieść, powstałą w innym świecie i w czasach innych niż nasze, cechuje brutalna szczerość, choć autorka nie musi w tym celu przekraczać granicy dobrego smaku. "Roczniak" napisany jest znakomicie. Ma klarowną, bezbłędną konstrukcję, styl prosty i wysmakowany, pełen umiaru, język celny, plastyczny i bogaty, charaktery soczyste i żywe. Trafne i funkcjonalne opisy dzikiej puszczy na Florydzie, ledwie kilka pokoleń temu opuszczonej przez Hiszpanów, zapierają dech w piersiach. "Roczniak" to jedna z tych nieśmiertelnych powieści dla młodzieży, które chwytają za serce, poruszają wyobraźnię i uczą świata, opowiadając najzwyklejsze, proste historie. Te bowiem okazują się najlepszym środkiem do przekazania prawdy o życiu, stają się swoistymi po nim przewodnikami. Marjorie Kinnan Rawlings opowiedziała taką prostą, tragiczną historię. Jej talentowi, sercu, umysłowi i cechom charakteru zawdzięczać należy, że napisała arcydzieło.

Prosta historia jest taka: żyjący w puszczy chłopiec, syn farmera, znalazł osieroconego jelonka. Zaprzyjaźnił się z nim - i była to przyjaźń wierna i bezwarunkowa, lecz (bardzo to prawdziwe) - jednostronna: przyjaźń altruisty z egoistą. Kiedy zwierzę dorosło, sprawy się skomplikowały. Powódź i huragan zniszczyły zbiory, a oswojony jelonek zaczął zjadać nowe zasiewy. Rodzice nakazali Jody'emu, by zabił jelonka, ale chłopiec nie wykonał polecenia. Wtedy matka sięgnęła po strzelbę - lecz chybiła. Jody sam musiał skrócić męczarnie rannego przyjaciela, i zrobił to, patrząc mu w przerażone oczy, po czym, zszokowany i zrozpaczony, uciekł z domu. Doświadczywszy tułaczki, bliski śmierci głodowej, wrócił na farmę, gdzie zastał ojca postarzałego i schorowanego, i gdzie zrozumiał, że przyszła jego kolej na wzięcie odpowiedzialności za byt rodziny. "Ale to nie szkodzi. On, Jody, poradzi sobie sam".

"Zaczął nasłuchiwać, czy nie usłyszy jelonka, jak biega dokoła domu lub porusza się na mchu w rogu izby... Nie, już nigdy go nie usłyszy. Ciekaw był, czy matka przykryła czymś zwłoki Flaga, czy też myszołowy poradziły sobie z jego martwym ciałem. Flag... Jody nie wierzył w to, by mógł kiedyś równie silnie pokochać kogoś, mężczyznę, kobietę lub własne dziecko, jak kochał tego jelonka. Chciał być zawsze sam. Lecz prawdziwy mężczyzna przyjmuje swój los i idzie naprzód. Przed zaśnięciem Jody zawołał:
- Flag!
Lecz nie był to jego własny głos. Był to głos chłopca. Gdzieś poza kotliną, za magnolią, pod dębami biegli tuż obok siebie - ów chłopiec i roczniak - i znikli na zawsze...".

Tak się kończy książka pani Rawlings. Nic o niej nie wiem. Kim była ta osoba, która znała okrutny świat na wylot, a jednak potrafiła go kochać? Spod jej pióra wyszła jedna z najpiękniejszych książkowych rozmów ojca z synem - tak wiele mówiąca o niej samej, o autorce. Kiedy Jody wraca na farmę, najpierw wita się z ojcem i zaspokaja głód, a potem, symbolicznie, zmywa z siebie wielodniowy brud tułaczki. Wtedy ojciec zwraca się do niego:
,,Chcę pogadać z tobą jak mężczyzna z mężczyzną. Myślałeś, że straciłem serce do ciebie, ale oto jest rzecz, której musi się dowiedzieć każdy mężczyzna. (...) Chłopcze, to samo życie odwróciło się od ciebie, zemściło się na tobie. (...) Przekonałeś się, jak się rzeczy mają w świecie dorosłych. Widziałeś ludzi podłych i złych, zaglądałeś w oczy śmierci i jej zasadzkom, siedziałeś z nią przy jednym stole. Każdy człowiek chciałby mieć życie przyjemne i spokojne. Życie jest piękne, bardzo piękne, chłopcze, ale niespokojne. Bije w człowieka, zwala go z nóg, człowiek wstaje na nogi i znów pada pod jego ciosem. Ja nie zaznałem nigdy spokoju. (...) Serce boli mężczyznę, gdy widzi swe dziecko w niezgodzie ze światem, wie bowiem, co je czeka, gdyż sam to przeżywał. Chciałem ci oszczędzić tych trosk tak długo, jak tylko się dało. Chciałem, byś się radował swym roczniakiem. Wiedziałem, że był towarzyszem twej samotności, ale każdy człowiek jest samotny. Więc cóż ma czynić? Cóż ma czynić, gdy życie zwala go z nóg? Przyjąć swoją dolę i robić dalej swoje". Czy dzisiejsi ojcowie potrafią uczyć synów tego najprostszego męstwa? - zastanawiam się. Jeśli potrafią, niech nie czytają synom tego lata "Roczniaka". Jeśli nie - cóż, będą musieli pochodzić po antykwariatach.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl