adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 30 (2820)
27 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Pożegnanie Inkipo

Czesław Miłosz


Inkipo, końskie miasto, gdzie różowe klacze
wyrastając nad ludzi, na przełaj stuleci
biegły, żegnaj, Inkipo, jeśli cię zobaczę
kiedyś, to chyba w książce pisanej dla dzieci:
spoczciwiałe miasteczko, będziesz kalkomanią
odartą z mgły perłowej i chłopcy poklepią
twoje konie po grzbietach, nie zagadasz stajnią
parskającą do przygód, co się wszystkie ślepo
kończyły - zagadkową, karczemną scenerią
albo lasem bez wyjścia... Jakaś nastoletnia
skrytobójczyni, pędząc na skradzionej klaczy,
zmrużyła do mnie oko: tam nie brano serio
nawet zbrodni i człowiek jak las obojętniał;
ptak się z niego naśmiewał: co właściwie znaczy
Inkipo, to nieludzkie urojenie? Żegnaj,
miasto, które sławili mistyfikatorzy!
Ja także zachodziłem między nich onegdaj,
alem ja, brednio moja, zgryzł cię i otworzył
przez pół, pokrętną, stęchłą, jak wnętrze orzecha,
co wysechł. Jeśli o mnie spyta kto w Inkipo,
odpowiedzcie mu prawdę: nawet ten odjechał.

[1940]

Przyzwyczajono nas do wierszy trudnych albo mało zrozumiałych. Są jednak wiersze-zagadki, wiersze-alegorie, które wymagają klucza. Do nich należy wiersz Adama Ważyka "Pożegnanie Inkipo" napisany we Lwowie w roku 1940. Nie wiemy, co znaczy "Inkipo". Próbując coś wyjaśnić, zdobędziemy się na mały traktacik o okolicznościach. W XX wieku dyktator Stalin wpadł pewnego dnia na genialny pomysł: zawrze pakt z dyktatorem Hitlerem, umożliwi mu rozpętanie wojennej awantury, będzie mu cicho pomagał, ale oficjalnie pozostanie neutralny. Europa wyniszczy się wojnami, tymczasem on sam poczeka na sposobny moment, żeby rzucić na nią swoje wojska. Pomysł był genialny, choć niewiele brakowało, żeby doprowadził do podboju Rosji przez Niemcy, dawał jednak znaczne doraźne korzyści: podział łupów, to jest władzę nad całą Europą Wschodnią i rozbiór Polski.

W podbitym przez Sowiety Lwowie ludność zapoznała się z "wielkim strachem". Zapoznała się też z nim grupa literatów polskich, która stanęła przed nie byle jakim problemem. Oficjalnie mówiło się: "Nikakoj Polszy nikagda nie budiet", czyli "żadnej Polski nigdy nie będzie". Stalin jednak hodował plany utworzenia kiedyś "czerwonej" Polskiej Republiki. Przygotowaniem do tych planów było wymordowanie około 24 tysięcy polskich jeńców. A także niektóre zabiegi wobec inteligencji polskiej we Lwowie. Nie dość, że wychodziła gazeta "Czerwony Sztandar", trzeba było jeszcze dostarczyć czegoś umysłom bardziej wybrednym, toteż założono pismo "Nowe Widnokręgi", powierzając redakcję, co było niemal symboliczne, Helenie Usijewicz, córce Feliksa Kona, jednego z trzech, którzy mieli rządzić Polską "czerwoną" w 1920 roku. Niektórzy poeci we Lwowie posunęli się w swoim strachu i służalstwie do pisania utworów śmiesznych w swojej obrzydliwości. Inni, a do nich należał Adam Ważyk, szukali sposobu, jak schlebiać zachowując pewną miarę. Oni to właśnie zasilali "Nowe Widnokręgi".

Wiersz Ważyka znalazłem w "Antologii poezji polskiej na obczyźnie" (choć Lwów - jakaż to obczyzna), prawie nikomu nieznanej, pomimo tego, że ukazała się w 2002 roku nakładem Czytelnika. Nie podano tam, czy wiersz był drukowany w "Czerwonym Sztandarze" albo w "Nowych Widnokręgach".

Co w nim istotne, to chęć pożegnania przeszłości. Ważyk nie był przed wojną komunistą, ale marksizował i, jak później twierdził, oddawał drobne przysługi partii komunistycznej. Być może wyrażona w wierszu chęć zerwania z przeszłością oznacza potępienie przedwojennej Polski i może to wystarczało ówczesnym wielkorządcom Lwowa. Trzeba jednak przyznać, że alegoria jest dość niejasna. Bo co tu robią te "klacze"? Cóż to za dziwny krajobraz? Poza tym, co znaczy "inkipo"? Co to za miejsce? Aluzja do czego? Możemy snuć wszelkiego rodzaju domysły. Czyżby to były odniesienia do "Podróży Guliwera" Swifta? Ale przecież wyspa rozumnych koni była czymś pozytywnym, przeciwstawionym ludzkim szaleństwom? Więc ucieczka z takiej wyspy, rzekomo przedwojennej Polski, byłaby ucieczką od rozumu do szaleństwa, co w żadnym wypadku nie nadawało się do wiersza ortodoksyjnego. Wysuwając różne hipotezy mam nadzieję, że ktoś zabierze głos i wyjaśni tę zagadkę. Jedna z hipotez, a wysuwam ją trochę na chybił trafił, jest następująca.

W "wielkim strachu" we Lwowie najgroźniejszym dla przedwojennych marksizujących literatów było oskarżenie o trockizm. Ważyk nie musiał czuć się zbyt pewnie, bo przed wojną jego brat, dziennikarz Wagman, pracował w syjonistycznym "Naszym Przeglądzie". Jeżeli obracał się w kołach komunistycznych, w których stalinowcy i trockiści wzajemnie obrzucali się obelgami, to był na zarzut trockizmu łatwo wystawiony. A może nazwa "inkipo" ma coś wspólnego z "Prinkipo", nazwą wysepki pod Konstantynopolem, miejsca, w którym Trocki przez kilka lat był przez władze tureckie przetrzymywany. Ale jeżeli wiersz we Lwowie nigdy się nie ukazał, dowodziłoby to, że aluzja była zbyt subtelna, żeby utwór odczytać jako odżegnanie się od Trockiego.

Nic tu jakoś nie pasuje i przypominam ten utwór po to, żeby zastanowić się, czy mogą być w historii literatury wiersze na zawsze już umieszczone w rubryce "niewyjaśniony". Oczywiście, pisząc wiersz w 1940 roku, Ważyk musiał okropnie się bać i miał tak zwane "dobre intencje", ale na przeszkodzie w zamiarze przeobrażenia się w sowieckiego człowieka stały jego nałogi wyniesione z przedwojennej Warszawy, gdzie obowiązywało pewne minimum dobrego smaku. W jego wierszu nie ma ani słowa o świetlanej przyszłości i wodzu światowej rewolucji. A może próbował ten wiersz wydrukować i został on odrzucony jako niezadowalający? Tym mnóstwem znaków zapytania kończę mój mały traktacik.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny