dotb.gif

„TP”, Nr 30 (2820), 27 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2820/felkrol.php

Festyn na wsi

Marcin Król


Mniej więcej co dwa tygodnie na wsi odbywa się festyn z okazji lub bez okazji. Wszyscy walą na szkolne boisko, gdzie ryczą bliżej nieznane zespoły, a ludzie nie tańczą, tylko snują się z piwem w plastikowych półlitrowych szklankach. My na szczęście mieszkamy daleko, ale nieszczęśnicy mieszkający w samej wsi nie śpią naturalnie co najmniej do drugiej w nocy. Za poprzedniej władzy obstawa festynu upijała się równo lub szybciej niż goście, teraz jest porządek. Ale co sprawia w tym wszystkim komukolwiek przyjemność? Oto pytanie, na które nie da się udzielić odpowiedzi.

Niewątpliwie gmina trochę zarabia, niewątpliwie przyjemnie jest na lekkim rauszu popędzić motorem kilometr wte i kilometr wewte, niewątpliwie w okolicznych zaroślach dokonuje się proces rozrostu polskiego społeczeństwa, ale do tego festyn nie jest szczególnie potrzebny, a już na pewno nie jest niezbędny. Siadam sobie z piwem pod domem i słyszę z odległości "Czy mnie jeszcze...", ale ja nie chcę jeszcze, nie chcę słyszeć. Powstaje zatem pytanie, czy ludziom potrzebne są takie rozrywki w dobie telewizji oraz wielu innych możliwości spędzania czasu (komputer niemal w każdym domu). Tym bardziej, że kiedy idę po rzeczone piwo do sklepu przez wieś, to widzę, a raczej czuję, że u wszystkich poważniejszych gospodarzy śmierdzi nieubłaganie grill, a zimna wódeczka opala się w promieniach słonecznych. A zatem oni na festyn nie poszli. Policja też specjalnie się nie interesuje, bo stanęłaby przed dramatycznym dylematem: albo kolejno zabrać prawa jazdy wszystkim kierowcom i spowodować masowe spieszenie ludności, albo machnąć ręką. Kto by nie wolał machnąć ręką? Więc hulaj dusza, strachu nie ma. Ksiądz też nic o festynach nie mówi, bo i co miałby powiedzieć, a aktualny ksiądz jaki jest, taki jest, ale jest realistą, więc woli milczeć niż nie być wysłuchanym.

Czy z festynem wjedziemy do Unii Europejskiej? Nie jestem pewien, bo uczestniczyłem przypadkiem w wielu takich imprezach w Austrii, na Słowacji i na Węgrzech, o czym zresztą już na tychże łamach pisałem. Tam jest kultura i ktoś lokalny się popisze lokalnym talentem, ale nikomu to nie przeszkadza, a nawet jest miło. Tu jest piwo, potem po cichu wóda i zespół na przykład z Parczewa, który śpiewać umie tylko cudze przeboje, a ja już tych kormoranów nie mogę.

Czy z festynem jest jak z weselem, gdzie jeszcze panują całkiem sztucznie podsycane obyczaje typu oczepiny? Nie, bo festyn ma to do siebie, że nie wytwarza żadnej tradycji, nie jest produktem tradycji i nie mieści się w ciągłości ludzkiego życia, jego ciągłość to tylko niedzielne kiepskie samopoczucie, ale w niedzielę nie wolno przecież nic robić, więc jak głowa boli, to nawet nie szkodzi, bo z bolącą głową jest łatwiej nic nie robić niż na trzeźwego. Z tym nic nie robieniem jest zresztą we wsi straszny kłopot, który tylko po części rozwiązuje pójście do kościoła. Wprawdzie mój sąsiad urządził sobie boisko do siatkówki i z odległości pół kilometra słyszę radosne okrzyki, ale to jest wyjątkowy wyjątek. Inni stoją oparci o płot i tęsknym wzrokiem wyczekują, czy coś się zdarzy. Ale u nas pod lasem nic się nie zdarza, najwyżej sarna przeleci, a psy spróbują podjąć beznadziejny wysiłek, żeby ją dogonić. I co tu robić, w co się bawić? Najlepiej więc znowu pójść na festyn. Może zagrają "zachodni wiatr..."

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl