dotb.gif

„TP”, Nr 29 (2819), 20 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2819/wiara02.php

Mówić o Bogu

Halina Bortnowska



Mówić młodym o Bogu - to jak skok do wody bez trampoliny, w nieznany nurt, w nadziei, że napotkamy głębię.

Jak mówić młodym o Bogu?

Potrzeba najpierw innego pytania: czy mówić o Nim? Czy mówić o Niewysłowionym? I co począć, gdy jesteśmy niegodni roli Jego świadków?

Gdy Bóg jest nieznany, nie może udzielać mówiącym swojego Autorytetu. Nie funkcjonuje też autorytet instytucji, która nas być może posyła. Kościół sam jest nieuwierzytelniony, więc nie może uwierzytelniać.

W dialogu o Niewysłowionym uczestniczę więc jakby samotnie - staję wobec partnerów mając tylko to, czym jestem. Z początku tylko ja ufam, że On sam wiernie towarzyszy rozmowie o Nim.

Jeśli inni mają uwierzyć, to ja muszę wierzyć, że nie tylko przeze mnie Wielki Temat może przemówić; że sam mówi również do mnie - przez nich.

Skoro tak, to w naszym dialogu powinno być dużo ciszy, dużo mojego milczenia. Aby je przerwać, muszę za każdym razem poprosić o głos.

To jest moment niezwykle istotny. Coraz trudniej się zdobyć na taką prośbę i odczytać odpowiedź: tak, mów. Mówienie o Niewysłowionym zdaje się wymagać intymności, która rzadko jest dana. Wydaje się też, że często wskazana byłaby metoda Akcji Znaków Pokuty: najpierw trzeba przyjąć oskarżenia i odpowiedzialność za zło popełniane przez wierzących, w imię wiary czy pomimo wiary.

*


Aby zacząć mówić, przywołajmy argument: jeśli my będziemy milczeć, kto przemówi? Kogo mają dziś usłyszeć, jeśli nie nas, starszych czy najstarszych? Nie możemy zrzec się zadania: jesteśmy ogniwem, przez które musi przejść "wiara ze słyszenia", jeśli ma trwać jako propozycja dla tych, którzy się dopiero narodzą.

Jeśli teraz mówimy o Bogu do młodych, to mówimy - może tego nie czując - do całego przyszłego świata, także tego, który nadejdzie za stulecia i aż do kresu będzie nadchodził na spotkanie. Nie wiemy, jakie znaczenie będzie miał okruch wiary przekazany dziś, czy i jakim stanie się składnikiem tradycji. Dlaczego mielibyśmy myśleć o tradycji tylko jako o nurcie docierającym do nas od źródeł? Tradycja ma przez nas przepłynąć dalej. Tak przepłynie, jak się nią zdołamy napełnić, odcedzając szlamy.

Nie ufam tzw. "kaskadom" - nie ufam wiedzy, instrukcjom, programom przekazywanym z wysokiego piętra na piętro niższe przez coraz mniej kompetentnych świadków-nieświadków - ludzi, którzy mają do dyspozycji tylko klasyczne "hear-say", relację opartą na czyjejś relacji. Ani sąd nie może brać pod uwagę świadectw z drugiej, z trzeciej ręki, ani nowoczesny umysł nie widzi w nich wystarczającego oparcia. Co więc z wiarą "ze słyszenia"?

Wiara potrzebuje kontaktu ze swymi źródłami. Mówiący o Bogu musi je wskazywać, ujawniać swój z nimi kontakt. Nie jest przecież wierzącym jedynie na zasadzie ostatniego ogniwa kaskady. Gdy zaistnieje, wiara spina wierzącego z Tym, w kogo jest wiarą. To jest obdarowanie bezpośredniością. Nieprzekazywalne, ale niosące nadzieję, że ten, kto poznał ze słyszenia i będzie dalej szukał, pozna też wprost.

*


Jak mówić młodym o Bogu? - Jeśli po chrześcijańsku, to mamy klucz, z którego dziś chyba za mało się korzysta. Po chrześcijańsku - to śladem Jezusa, za Nim - czyli mówić, jak On. Ale to za mało, skoro ten Nauczyciel sam jest Drogą. "Pokaż nam Ojca" - prosi Filip, powołany na Apostoła. I otrzymuje odpowiedź: "Kto mnie widzi, widzi i Ojca". Tak jest, bo są Jednym. Wiedza o tej jedności, to wiedza tych, co poszli za Jezusem i umacniali się wzajemnie w wierze. Mówiąc o Jezusie, o Jego Nauce, mówimy o Niewysłowionym, mówimy, Kim jest Bóg, wskazujemy to, czego powiedzieć się nie da. Dowiadujemy się przez osobę Jezusa, co znaczy nasze niewysłowione podobieństwo do Tego, który nas stworzył "na swój obraz". W człowieku Jezusie odnajdujemy ten obraz niezmącony, wolny od zakrzywienia ku sobie, czyli od grzechu. Widząc Jezusa, widzi się Ojca, przez człowiecze podobieństwo do Stwórcy i przez wiarę, że On i Ojciec są Jednym. Mówić o Bogu po chrześcijańsku to uczyć, byśmy swoje jakieś wyobrażenia o Nim - Stwórcy, Władcy, Sędzim - porównywali z Jezusem. Jeśli to rzeczywiście uczynimy, rozsypią się wszystkie formułki, znikną idole. Gdy zabłyśnie krzak gorejący, Obecność Niewysłowionego, będziemy wiedzieć, że trzeba mówić "Ojcze nasz".

*


Wiedzieć, "jak mówić", to wiedzieć,"o czym trzeba zapewnić".

Mam na uwadze jedno takie zapewnienie, w ścisłej zgodzie z faktem, że to Jezus jest dla nas Obrazem Niewysłowionego. Skoro tak, to może łatwiej świadczyć, że Bóg nie konkuruje z człowiekiem. To jest Bóg, który kocha dlatego, że sam, ze swej istoty, "jako taki", jeszcze bez nas, "zanim nas stworzył", jest Niewysłowioną Miłością, o orientacji rodzicielskiej, darmo dającej z najwyższym szczęściem... Taki Bóg nie każe przenosić Siebie nad człowieka - istotę, którą umiłował dla niej samej i w sobie ją nosi. Objawił nam, że pragnie być odnajdywany właśnie w swym Rodzicielstwie. Ruch odnajdywania drugiego człowieka i odnajdywania Boga jest tym samym ruchem.

Zapewnianie, że tak jest, wydaje mi się bardzo potrzebne. I dla tych, którzy troszczą się o prawa Boga do pierwszeństwa, i dla tych, co przede wszystkim chcą strzec człowieka przed religijnym zniewoleniem. Bóg nie konkuruje!*). Co za radosna nowina, jakie zaproszenie, by ufnie wyglądać dnia, kiedy On Sam będzie wszystkim we wszystkich. Szkoda, że tymczasem ludzie próbują wykorzystywać Boga w swoich konkurencjach i przez to Go obrażają.

*) Jest to dawno zasłyszana ewangeliczna myśl flamandzkiego teologa Edwarda Schillebeeckxa OP, która mnie wciąż zachwyca od przeszło trzydziestu lat. Dziękuję mu i jego współbraciom, którzy wiedzą, że mówić o Niewysłowionym, to contemplata aliis tradere.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl