adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 29 (2819)
20 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Potrzeba sensownej krytyki Kościoła

Zbigniew Nosowski


Pisał w 1992 r. ks. Józef Tischner: "Kościół, który poddaje radykalnej krytyce ten świat, z natury rzeczy prowokuje krytykę. Ale bywają puste i bywają sensowne krytyki Kościoła. Sensowna krytyka Kościoła to taka krytyka, która wcześniej czy później musi stać się afirmacją Kościoła - musi przerodzić się w jego obronę. Bronić Kościoła znaczy: pokazywać, czym on naprawdę jest". Ze stwierdzeniem tym zgodzą się wszyscy, którzy odnajdują się w Kościele. Może ono natomiast dziwić lub oburzać wiele osób, na których Tischnerowi tak zależało: poszukujących, stojących na obrzeżu Kościoła i wadzących się z nim, laickich myślicieli.

Dla nich krytyka Kościoła ma zapewne sens wtedy, gdy jest uzasadniona; stawianie jakichkolwiek warunków kojarzy się raczej z praktyką towarzyszy partyjnych, którzy w ramach PZPR dopuszczali jedynie krytykę "konstruktywną". Cóż dopiero, gdy tym warunkiem mają być afirmacja i obrona Kościoła... Czyżby nawet z Tischnera wyjrzał na chwilę homo sovieticus?

Krytyka Kościoła, krytyka nas samych

Nie jestem najlepszym egzegetą tekstów Księdza Profesora, bo trochę się z nim spierałem, a to nie pozwala widzieć rzeczy do końca obiektywnie. Dlatego nie chciałbym zastanawiać się nad tym, co Tischner krytykował w Kościele, dlaczego i jak to czynił. Spróbuję raczej - częściowo korzystając z jego refleksji, częściowo samodzielnie - pokazać, czym jest krytyka, którą ten filozof nazwałby sensowną.

Autor "Nieszczęsnego daru wolności" nie miał wysokiego mniemania o krytyce, jaką obdarzano Kościół w Polsce w pierwszej połowie lat 90. "Nie jest to krytyka specjalnie wyszukana. Nie pada w niej żaden poważny argument" - mówił w "Tygodnikowej" dyskusji "Granice krytyki Kościoła". W rozróżnieniu na krytykę pustą i sensowną chodziło mu zapewne o podkreślenie, że "pustej" krytyki Kościoła mamy pod dostatkiem, trudniej zaś o "sensowną". Jak pisała Anna Karoń-Ostrowska, Tischner "odróżniał pytania rzetelne od nierzetelnych. Pyta się, bo chce się poznać prawdę, albo jedynie po to, żeby zanegować". Podobnie z krytyką Kościoła. Można ją uprawiać tylko po to, żeby zanegować Kościół; można też poprzez krytykę przybliżać Kościół do prawdy o nim samym. Krytyka "pusta" zadowala się wskazaniem grzechów, win i słabości. "Sensowna" pokazuje, czym Kościół jest w swej istocie, tym samym - wedle słów Tischnera - stając się jego obroną.

A czym jest naprawdę Kościół? Jaką prawdę o nim ma odsłaniać sensowna krytyka? Oddajmy ponownie głos Patronowi Dni Tischnerowskich: "Czym jest Kościół? Jest głosem Transcendencji, która mówi do nas. (...) Bóg mówi do nas, wcielając się w głosy tego świata - w szmery, szumy, wołania ludzkie. Na tym polega paradoks obecności Boga wśród nas: głos, którym mówi Bóg, jest zarazem głosem, który przygłusza Boga. Taki jest Kościół: głosem i szumem, śpiewem i zgrzytem. Krytyka Kościoła polega na tym, że się rozróżnia szum od śpiewu. Trzeba tak słuchać, aby w głosach, które brzmią po ludzku, usłyszeć idącą przez dzieje wielką pieśń Boga".

Sensowna krytyka Kościoła miałaby zatem pokazać, że Kościół ma oblicze i ludzkie, i Boskie; że jest w nim i grzech, i świętość; że słychać w nim ludzkie szmery, ale także Boską melodię. W tekście papieskiego aktu skruchy z 12 marca 2000 r., wyrażającego rachunek sumienia Kościoła, Kościół został nazwany Oblubienicą, której oblicze zostało "zeszpecone" przez ludzkie grzechy. Krytyka ma ujawniać to zło i zeszpecenie, a tym samym odsłaniać dobro i piękno Oblubienicy ukryte pod zasłoną grzechów. Skoro w Kościele jest dobro i zło - pisał Jerzy Turowicz - "krytyka płynąca z miłości do Kościoła ma prawo, a nawet obowiązek ujawniać owo zło, demaskować je, wykazywać, że nie ma ono nic wspólnego z tym, czym Kościół jest naprawdę".

Tischner mówił, że sensowna krytyka Kościoła "musi przerodzić się w jego obronę". Dobrze pojęta obrona Kościoła to bowiem nie tylko odpieranie zarzutów. To także uczciwe przyjęcie krytyki. Jak zauważył Cezary Gawryś, zdarza się, że ludzie fałszywie bronią Kościoła, "z miłości do niego i w najlepszych intencjach, za cenę nie tylko prawdy historycznej (...) ale, co gorsza, za cenę teologicznej prawdy o samym Kościele. Kościół bowiem, który nie chce uznać swojej grzeszności, jest nie tylko odpychający dla ludzi, ale też oddala się od Chrystusa. (...) Gdy jednak Kościół wyznaje swoje grzechy, zaczyna stawać się piękny, za sprawą Tego, który jest pięknem samym".

Myślę, że nie ja jeden doświadczyłem głębokiej prawdziwości tych słów dzięki ks. Tomaszowi Węcławskiemu, dzięki jego szlachetnemu i mężnemu świadectwu zmagania o poszerzenie miejsca dla dobra w Kościele. Czytając jego rozmowę z anonimowym dziennikarzem, opublikowaną w "TP", miałem poczucie wyzwolenia, współuczestniczenia w oswabadzaniu Oblubienicy Chrystusa z niewoli grzechu, ze szpecących ją win i odsłanianiu jej piękna. Był to dla mnie podręcznikowy przykład takiej krytyki Kościoła, która nie tylko wypływa z miłości do Kościoła, ale też prowadzi do jego głębszego umiłowania.

Takie podejście krytyczne staje się wyrazem troski o to, aby Kościół był skutecznym znakiem zbawienia. Im bardziej go miłuję, tym więcej od niego wymagam, tym bardziej jestem wobec niego krytyczny i tym lepiej go rozumiem. Im bardziej jestem krytyczny, tym bardziej czuję się wezwany do miłości. Takiej miłującej, sensownej krytyki bardzo Kościołowi w Polsce dzisiaj potrzeba.

Gdy mówię: "potrzeba sensownej krytyki Kościoła", myślę jednocześnie, że oznacza to potrzebę sensownej krytyki nas samych. Przecież Kościół to my, a nonsensem byłoby sprowadzanie zagadnienia krytyki Kościoła do krytyki poczynań hierarchii. Owszem, adresatem krytycznych uwag w Kościele jest często hierarchia, ale nie wyłącznie! Ostatecznie potrzeba zatem takiej krytyki Kościoła, która - broniąc nas przed samymi sobą, przed tym, co w nas liche, złe czy podłe - prowadziłaby do aprobaty nas samych.

Usensownić krytykę "pustą"

Taka interpretacja nie likwiduje jednak podstawowego zastrzeżenia. Dlaczego w ogóle Tischner mówi o afirmacji Kościoła jako warunku krytyki sensownej? Przecież krytyka formułowana z zewnątrz ex definitione nie może prowadzić do afirmacji Kościoła. Afirmacja to uznanie za prawdę orędzia o zbawieniu, które Kościół głosi, a orędzie to można przyjąć tylko przez wiarę. Wiadomo, że istnieją zewnętrzni krytycy Kościoła otwarci na transcendencję i rozumiejący religijne potrzeby człowieka. Jeśli jednak krytykują oni Kościół jako niewierzący, to nie po to, aby go afirmować...

Myślę, że w swoich uwagach, będących punktem wyjścia tych rozważań, Tischner formułuje wyzwanie zarówno dla laickich krytyków, jak i dla wiernych dzieci Kościoła. Tym pierwszym każe się zastanowić, dlaczego on - "swój chłop", z którym właściwie we wszystkim się zgadzają - chce afirmację Kościoła uczynić warunkiem sensowności jego krytyki. Z drugiej strony jest to apel do wierzących, aby dzięki krytyce Kościoła dostrzegali ludzkie fałsze, jakimi napełniamy Boską symfonię. W tym sensie także krytyka zewnętrzna może prowadzić do afirmacji Kościoła, nawet wbrew intencjom osoby wypowiadającej tę krytykę. Wszystko zależy od tego, jak ją przyjmą ludzie Kościoła.

Wielką sztuką jest umieć dostrzec pod pozorami krytyki pustej tęsknotę za Bogiem. Tischner to potrafił. W ten sposób "usensawniał" i "wypełniał" krytykę "pustą". Pamiętam, że nie martwił się zbytnio nawet, gdy w pierwszej połowie lat 90. niesprawiedliwie atakowano Kościół. Miałem o to do niego żal, bo sądziłem, że powinien częściej wykorzystywać swój autorytet, aby ukazywać bezsensowność niektórych zarzutów. On zaś uśmiechał się z mądrością doświadczonego duszpasterza, jakby chciał powiedzieć: "Byłoby gorzej, gdyby byli obojętni. Bo obojętność jest przeciwieństwem miłości. Jak ktoś krytykuje, to znaczy, że mu zależy na tym, co krytykuje".

Katolicy wobec krytyki Kościoła

Ks. Tischner walczył o kształt polskiej wiary. Przypominał, że Kościół w Polsce nie przeszedł jeszcze przez niezbędną mu poważną krytykę wewnętrzną. Niech i mnie będzie wolno - odchodząc od egzegezy Tischnerowskiego tekstu - skoncentrować się nad dylematami osób, które do Kościoła należą i utożsamiają się z nim, a są też krytyczne wobec różnych aspektów jego życia i działania.

Teoretycznie sprawa wydaje się jasna. Tischner zgodziłby się nawet z o. Tadeuszem Rydzykiem, gdy ten otwarcie mówi: "Katolik musi widzieć dobro i zło w Kościele. Nie może być bezkrytycznym. (...) krytyka, zwracanie uwagi i ich przyjmowanie to może być wyraz wielkiego wzajemnego zaufania. (...) Krytyka to jest forma dialogu". Kłopoty pojawiają się jednak w praktyce. Każde właściwie środowisko co innego uważa bowiem za szczególnie groźny przejaw rozpanoszenia się zła w Kościele i niewierności Ewangelii, o sobie zaś ma tendencję myśleć jako jedynym depozytariuszu autentycznej interpretacji postawy prawdziwie katolickiej.

Zastanówmy się zatem bardziej generalnie nad nastawieniami polskich katolików wobec krytyki Kościoła. Pisano już wiele na ten temat. Warto sięgnąć zwłaszcza do tekstu ks. Henryka Seweryniaka, "Krytyka Kościoła - i w Kościele". Autor rozróżnił tam pięć postaw, ale zajmował się jedynie analizą postaw katolików wobec zewnętrznej krytyki Kościoła w pierwszej połowie lat 90. Warto zaś postawić łącznie pytanie o postawę zarówno wobec krytyki zewnętrznej, jak i tej, którą można samemu formułować.

Pod tym względem wyróżniłbym cztery typy postaw. Są to, rzecz jasna, typy idealne - próba uporządkowania i zrozumienia różnych pojawiających się odpowiedzi na pytania: czym jest krytyka Kościoła; jak na nią reagować; czy samemu należy głośno krytycznie mówić o swoim Kościele; jeśli tak, to w jaki sposób? Dominującymi nastawieniami są, jak sądzę, kolejno: odrzucenie, ostrożność, roztropność i akceptacja.

1) Odrzucenie. Prawie zawsze krytyka działań Kościoła jest wyrazem (jawnej lub ukrytej) walki z Kościołem, a co najmniej braku miłości. Trzeba ją przyjmować podejrzliwie czy wręcz wrogo. Samemu nie należy krytycznie zabierać głosu w sprawach Kościoła. Owszem, grzech istnieje w Kościele, ale publiczne pranie brudów zazwyczaj nie wychodzi na dobre. 2) Ostrożność. Krytyka jest dopuszczalna, bo Kościół tworzą ludzie grzeszni. Trzeba być jednak bardzo ostrożnym, bo łatwo można dać się wmanipulować, albo być wykorzystanym w celach odległych od własnych, nawet najlepszych intencji. Czasami pełne bólu milczenie jest reakcją bardziej wymowną niż otwarta krytyka. Jedynie w sytuacjach drastycznych trzeba dać świadectwo prawdzie i zabrać głos, piętnując zło.

3) Roztropność. Krytyka jest potrzebna, pomaga Kościołowi być bardziej wiernym Ewangelii. Bywa jednak także krytyka niesprawiedliwa. Trzeba zatem być roztropnym, czyli z jednej strony odważnym, uczciwym, sprawiedliwym i odpowiedzialnym w wypowiadaniu swojej krytyki, a z drugiej strony bezkompromisowym w polemizowaniu z krytyką niesprawiedliwą. 4) Akceptacja. W Kościele jest wiele grzechu, a krytyka zawsze prowadzi do oczyszczenia. Trzeba ją przyjmować z pokorą, bo jest wyrazem troski o Kościół. Jeśli zdarza się krytyka niesprawiedliwa, nie trzeba z nią polemizować - cnota obroni się sama... Własną krytykę należy zaś wyrażać jasno i bez ogródek - w trosce o wiarygodność Kościoła. Jakie są wady czy zagrożenia opisanych postaw?

Postawa totalnego odrzucenia krytyki wydaje się całkowicie sprzeczna ze stanowiskiem Papieża. Jej podstawowy błąd to wzięcie cząstki rzeczywistości za całość - owszem, istnieją wrogowie i nieprzyjaciele Kościoła, ale nie można ich widzieć wszędzie. Kierowanie się zasadą "kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam", to skazywanie się na funkcjonowanie wewnątrz zamkniętego kręgu ludzi przekonanych o słuszności swoich racji. Oznacza to rezygnację, właściwie na własne życzenie, z możliwości przemiany świata.

Postawa ostrożności zwraca słusznie uwagę na to, że publiczne wypowiedzi ludzi Kościoła bywają wykorzystywane wbrew ich intencjom. Pułapką dla tej postawy może być zachowywanie milczenia wobec wielu przejawów zła. Cienka linia dzieli bowiem milczenie pełne bólu od milczenia wynikającego z prostego oportunizmu czy lęku przed narażeniem się. Zagrożeniem dla postawy roztropności może być przesadna kościelna dyplomacja - ciągłe wahanie się i wyważanie argumentów, utrudniające zajęcie stanowiska, a nawet przedkładanie dyplomacji ponad nakazy sumienia. Tę postawę najłatwiej też opacznie rozumieć - gdy w poczuciu odpowiedzialności powtarza się "z jednej strony A, ale z drugiej strony B", nietrudno o komunikaty niejasne.

Zwolennicy postawy pełnej otwartości na krytykę mają skłonność do zapominania, że Kościół ma nie tylko przyjaciół, ale także wrogów. Postawa ta bagatelizuje, jak sądzę, znaczenie grzechu pierworodnego, zakładając, że ludzie właściwie są z natury dobrzy. Wiara w siłę prawdy, która ma się zawsze sama obronić, może łatwo przerodzić się w zwykłą naiwność.

Słowa-wytrychy

Rozmowa o krytyce Kościoła jest w Polsce bardzo trudna. Wydaje się, że wciąż za mało jest w niej rzeczowości. Ciągle pojawiają się natomiast pewne pojęcia-wytrychy, które same w sobie są (lub często bywają) słuszne, ale sposób ich używania (raczej nadużywania) podważa ich znaczenie. Przykładowo przytoczę kilka takich, zbyt często powtarzanych, sformułowań.

1) "Kościół jest jak matka, a matki się nie krytykuje..."
Te słowa zazwyczaj pojawiają się w intencji zamknięcia ust osobom, które wypowiedziały jakieś uwagi krytyczne. Odwołanie do emocjonalnie nacechowanej rzeczywistości macierzyństwa ma uniemożliwić dalszą rozmowę o błędach i słabościach Kościoła.

To prawda, że zasadniczo matki się nie krytykuje. Nie można jednak nie przyznać, że w sytuacjach ekstremalnych, takich jak fizyczne znęcanie się nad dziećmi lub wykorzystywanie seksualne, za słuszne uznajemy, gdy prawo wkracza w wewnętrzne sprawy rodziny. Zdarzają się sytuacje, że skrzywdzone dziecko nie jest w stanie z miłością mówić czy myśleć o rodzicach. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostają oni jego rodzicami. Jak powiedział Tomasz Wiścicki podczas debaty "TP" o granicach krytyki Kościoła, "nie mogę krytykować własnej rodziny tak, jakby mnie to w ogóle nie dotyczyło". Jeśli ktoś ze swobodą i bez widocznego bólu mówi o słabościach i błędach rodziców, to fakt ten świadczy także o tym, że nie utożsamia się ze swoimi najbliższymi, a zatem nie jest jeszcze człowiekiem w pełni dojrzałym.

Kościół jest Matką, lecz to wcale nie znaczy, że wszystko w nim jest godne pochwały. On jest jak dobra i mądra matka, która mówi do dzieci: "ponieważ każdy człowiek jest grzeszny, to proszę, abyście mówiły mi, gdy zauważycie w moich słowach czy postępowaniu błędy; wiecie, że chcę dobrze, ale nie zawsze mi się udaje - pomóżcie mi być dobrą...". Wiem ze swojego ojcowskiego doświadczenia, że takie uczciwe stawianie sprawy wobec dzieci nie tylko nie obniża rodzicielskiego autorytetu, lecz go umacnia.

2) "Co jest złego w Kościele? Ja i ty"
Te piękne słowa Matki Teresy a Kalkuty są słusznie często przywoływane. Jednak, moim zdaniem, nieuczciwe jest używanie ich z a m i a s t rzeczowej krytycznej analizy; one mogą i powinny być jej uzupełnieniem. Można by snuć pewną analogię ze słynnym zaleceniem św. Ignacego Loyoli: "Postępuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie; pamiętaj, że wszystko zależy od Boga". W naszym przypadku oznaczałoby to: "z głębokim zaangażowaniem piętnuj przejawy zła w Kościele, a z największą pasją zwalczaj je w sobie". Taką postawę dobrze wyraża ewangelicka modlitwa (propagował ją swego czasu Jan Turnau), której refrenem są słowa "Panie, odnów swój Kościół", zaś kończy się ona pokornym wyznaniem: "i zacznij ode mnie…"

3) "Nie chcą nas słuchać, obrażają się na krytykę"
Takie narzekanie można z kolei usłyszeć od katolików głęboko zaangażowanych, którzy doświadczyli odtrącenia przez hierarchię (najczęściej będzie to własny proboszcz, ale może być też biskup). Odtrącenie polegało na tym, że ludzie przyszli z jakimś dobrym pomysłem, którego nawet nie próbowano realizować; zachęceni naukami Soboru, powiedzieli lub napisali, co myślą o nieudanym kazaniu, a w zamian usłyszeli, że nie rozumieją tajemnicy Kościoła, że są "katolikami, ale...". Przykłady można by mnożyć.

Tacy ludzie są autentycznie zranieni. Myślę jednak, że mogliby od siebie wymagać nieco więcej. Zbyt często wpadają w zgorzkniały ton, jednoznacznie potępiający polskie duchowieństwo. Nie odnajdując się w życiu parafialnym, budują własne "kapliczki" bardziej prywatnej pobożności. Narzekają na los odrzuconych krytyków, ale czy ktokolwiek obiecywał, że krytykom będzie w Kościele łatwo? Jeśli sami mają odwagę krytykować, to muszą się liczyć z tym, że i oni również będą krytykowani (także przez tych chrześcijan, którzy w ręku noszą pastorał). Krytykowi potrzeba i odwagi, i pokory. W końcu nie krytykujemy po to, żeby nas potem w nagrodę głaskano po głowach...

Krytyk a pokusy

Sytuacja człowieka, który będąc w Kościele, krytykuje różne przejawy życia Kościoła, to także wyzwanie o charakterze duchowym. Na krytyka czyhają bowiem rozmaite pokusy. Tytułem przykładu powiem o trzech.

Pokusa mentalności Kalego - kiedy ja krytykować innych, to dobrze; ale jeśli inni krytykować mnie, to niedobrze... Jest naturalnym odruchem, że na krytykę swojej osoby reaguje się oburzeniem. Zauważmy jednak: skoro wielu słusznie przypomina, że umiejętność przyjmowania krytyki powinna być cechą Kościoła, który tak wiele wymaga od innych i jest krytyczny wobec świata; to analogicznie w przypadku wewnętrznych krytyków Kościoła sposób reagowania na krytyczne uwagi wyrażane wobec nich przez innych chrześcijan świadczy o poziomie ich duchowej dojrzałości.

Pokusa monopolizowania "słusznej" krytyki Kościoła - tylko my (moje środowisko) krytykujemy Kościół mądrze i z troską, a inni albo w ogóle nie krytykują, bo się boją, albo czynią to niemądrze. Z takim myśleniem można się spotkać zwłaszcza w środowiskach bardziej liberalnych, które czasami nie przyjmują do wiadomości, że również w kręgach nastawionych konserwatywnie czy tradycjonalistycznie mamy do czynienia z surową krytyką Kościoła. A tam nawet biskupi są krytykowani bardzo ostro i bardzo stanowczo.

Pokusa budowania własnej tożsamości na krytyce. Niekiedy może pojawiać się pragnienie tworzenia frakcji "katolicyzmu krytycznego". Gdyby jednak jakaś grupa chciała budować swoją tożsamość wyłącznie na kontestowaniu działań hierarchii, zabrnie w ślepą uliczkę. Krytycyzm to za mało, aby twórczo zmieniać rzeczywistość. Do tego niezbędny jest program pozytywny.

Krytycyzm nie jest zatem wartością sam dla siebie. Chodzi o wierność Ewangelii, Chrystusowi, przykazaniom. Właśnie w imię tej wierności mogę się czasem czuć zobowiązany do publicznego wypowiadania słów gorzkich - gdy widzę, że mój Kościół nie jest wierny misji zleconej mu przez Pana. Chodzi zatem o krytyczną wierność czy nawet krytyczną ortodoksję (o tym, "Jak być katolikiem współczesnym, krytycznym, a zarazem ortodoksyjnym?", pisałem w "TP" nr 36/92).

Jaka jest krytyka sensowna? Skoro na potencjalnych krytyków Kościoła czyha tyle pokus i wytrychów, to jaka ma być ta sensowna krytyka Kościoła? Pewne sugestie odnajdziemy w nauczaniu Vaticanum II. W konstytucji "Lumen gentium" czytamy wskazówkę dotyczącą prezentowania przez świeckich swego zdania hierarchii kościelnej: "Stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i autorytetu mają możność, a niekiedy nawet obowiązek ujawniania swojego zdania w sprawach, które dotyczą dobra Kościoła. Odbywać się to powinno, jeśli zachodzi potrzeba, za pośrednictwem instytucji ustanowionych w tym celu przez Kościół i zawsze w prawdzie, z odwagą i roztropnością, z szacunkiem i miłością wobec tych, którzy ze względu na swe święte posłannictwo reprezentują Chrystusa". W konstytucji "Gaudium et spes" mamy zaś zachętę do osób z wykształceniem teologicznym (którą jednak swobodnie można rozciągnąć nie tylko na dyplomowanych teologów): "trzeba przyznawać wiernym, czy to duchownym, czy świeckim, należytą wolność badania, myślenia oraz wyrażania pokornie i odważnie swego zdania w sprawach, których znajomością się odznaczają".

Uwzględniwszy te myśli, można sformułować swoisty dekalog zasad sensownej krytyki Kościoła.

1) W duchu wolności. To jest fundament - człowiek wierzący, na mocy chrztu i bierzmowania, współtworzy Kościół i współodpowiada za niego. Nie musi zatem pytać o pozwolenie na wypowiedzenie słów krytyki. Powinien z tego prawa po prostu mądrze i odpowiedzialnie korzystać. Mądrze i odpowiedzialnie - albowiem wolność jest nierozerwalnie związana z odpowiedzialnością.

2) Odważnie. O odwadze mowa jest w obu cytowanych dokumentach soborowych. Kościół nie potrzebuje chrześcijan zalęknionych, nie potrzebuje też zalęknionych krytyków. Chrześcijanin jest człowiekiem wolnym, także od zasad kościelnej dyplomacji.

3) Pokornie. Kościół nie potrzebuje też krytyków pysznych - przekonanych, że dogmat o nieomylności powinien właściwie dotyczyć ich samych. Połączenie odwagi z pokorą wydaje mi się sprawą o fundamentalnym znaczeniu. Przykładem takiej postawy mogą być losy o. Yves Congara, najpierw odsuniętego od nauczania i zmuszonego przez władze kościelne do milczenia, a następnie docenionego (przed śmiercią otrzymał nawet kapelusz kardynalski!). Sama odwaga bez pokory prowadzi do postaw, których symbolem może być sytuacja wybitnego niewątpliwie teologa, Hansa Künga, który przez swoje nastawienie antypapieskie traci możliwości twórczego działania w Kościele. Do czego prowadzi sama pokora bez odwagi - poznał zapewne każdy z nas, gdy czuł, że powinien był coś w jakiejś sprawie zrobić, ale z lęku nic nie uczynił...

4) Zawsze w prawdzie i kompetentnie. Jeśli chcemy, aby głos krytyki brzmiał sensownie, musimy mówić ze znajomością rzeczy, a nie tylko powtarzać zasłyszane opinie czy stereotypy. Krytyka ma dokonywać się w prawdzie - to także oczywiste. Chodzi o prawdę zarówno w sensie klasycznym (jako zgodność z rzeczywistością), jak i w sensie "Tischnerowskim" (jako dostrzeganie także dobra, które tkwi w człowieku). "W prawdzie", to znaczy więcej niż tylko w zgodzie z własnym sumieniem. Nie negując w niczym znaczenia nakazu sumienia, chcę podkreślić wagę uprzedniego spojrzenia na daną sprawę innymi oczyma. Zanim kogoś skrytykuję, warto, bym spróbował go zrozumieć, bym przyjrzał się problemowi z perspektywy osoby, którą będę krytykował.

5) Z szacunkiem i miłością. Sama prawda może boleć. Dlatego najlepiej, gdy mówi się prawdę z miłością. W Kościele jakość wewnętrznego dialogu powinna być szczególna, zatem i w krytyce nie należy zapominać o przykazaniu miłości bliźniego. W sposób szczególny dotyczy to stosunku do hierarchii - nie ze strachu, lecz w przekonaniu, że biskupi to dużo więcej niż konkretni, grzeszni ludzie, którzy swe funkcje pełnią czasowo. Prof. Stefan Swieżawski w eseju "Miłość Kościoła, krytyka Kościoła" zwraca uwagę, że "jedna z wielkich świętych wczesnego XVI wieku (chyba św. Aniela Merici), klęcząc na audiencji przed tak niegodną osobą, jaką był papież Aleksander VI, miała wielkie przeżycie mistyczne, widząc w zachwyceniu całą wspaniałość tajemnicy Kościoła i papiestwa".

6) Bez uproszczeń i uogólnień. Jeśli chce się nie tylko wyrazić negatywną opinię o jakichś wydarzeniach, lecz także dać świadectwo myślenia chrześcijańskiego, krytyczne uwagi powinny być zawsze konkretne. Należy przywoływać najważniejsze wartości ewangeliczne jako źródło swych ocen i opinii. Nie wolno generalizować. Nie należy także upraszczać sobie zadania, dzieląc rzeczywistość na dwa obozy. To akurat lubił robić ks. Tischner (takie prawo proroków...), mnie jednak taki dwudzielny podział zawsze denerwuje, zakłada on bowiem, że jedna strona jest zła, a druga dobra. Poza tym nie daje szansy krytykowanym.

7) Trafnie i głęboko. Najtrafniejsze uwagi krytyczne to te, które docierają do najgłębszych poziomów czyjejś wrażliwości. Do tego nie trzeba słów ostrych, lecz trafnych i głębokich. Z tego punktu widzenia szczególnie ważne jest, aby nie poprzestawać na płaszczyźnie oskarżania zachowań konkretnych osób czy wskazywania ich błędów, lecz także nazywać mechanizmy, które sprawiają, że w świętym Kościele grzech ma się niekiedy całkiem dobrze, a wręcz mogą w nim powstawać "struktury grzechu".

8) Z bólem i troską o jedność. W sensownej krytyce można wyczuć nie satysfakcję z demaskacji zła, lecz ból, że Kościół cierpi z powodu grzechu. W przebiegu wewnątrzkościelnych sporów powinniśmy pamiętać o fundamentalnej jedności Kościoła. Chodzi o to, by w świadomości spierających się chrześcijan to, co ich łączy jako członków tego samego Kościoła, było większe i ważniejsze od tego, co ich dzieli i różni. W wielu sprawach właściwym wyrazem troski o jedność powinno być respektowanie ukazanego przez Chrystusa porządku upomnienia braterskiego (Mt 18,15-17).

9) W duchu dialogu. Krytyka formułowana w duchu dialogu nie może zakładać, że jej autor ma zawsze rację. Dialog zakłada wzajemność. Inni zazwyczaj lepiej widzą nasze wady niż my sami, zatem korzystajmy z ich pomocy. Krytyczny dialog może być znakomitą okazją do własnego rachunku sumienia, do oczyszczania myśli i uczuć. Dialog zakłada zatem także gotowość do przyjęcia krytyki, do zmiany własnego stanowiska, gdy to okaże się zasadne, a także do uczciwego przyznania się do popełnionych błędów - zwłaszcza gdy pojawiły się one w publicznie formułowanej krytyce pod adresem innych.

10) Rozróżniając ziarno od plew. Drogowskazem w tej sprawie pozostają dla mnie Jana Pawła II do polskich biskupów z roku 1991 i 1997 (powtarzanie tych samych słów przez Papieża jest bardzo znamienne). Zachęcał on biskupów, by w reakcjach na krytykę Kościoła posługiwali się umiejętnością rozróżniania: "O ile sytuacja dawniejsza zyskiwała Kościołowi ogólne uznanie - nawet ze strony osób i środowisk 'laickich' - to w sytuacji obecnej na takie uznanie w wielu wypadkach nie można liczyć. Trzeba raczej liczyć się z krytyką, a może nawet gorzej. Trzeba zdobywać się na discernimento: akceptować to, co w każdej krytyce może być słuszne. A co do reszty, jest rzeczą jasną, że Chrystus będzie zawsze znakiem sprzeciwu".

Papież powiedział nawet więcej niż ks. Tischner. Stwierdził mianowicie, że w każdej krytyce Kościoła może być coś słusznego. Nawet w krytyce wypowiadanej przez osobę, którą mam od dawna zaszufladkowaną jako kogoś, kto zupełnie nie rozumie Kościoła jako misterium, może być coś, co otworzy nam oczy na zło niedostrzegane albo takie, do którego już zdążyliśmy się przyzwyczaić i traktujemy je jako nieusuwalne. Duch wieje, kędy chce, może zatem przemawiać - powtórzmy - także przez "pustą" krytykę Kościoła.

Ale jednocześnie nie wolno zapomnieć o drugiej stronie medalu: że w każdej krytyce może też być coś, czemu trzeba się sprzeciwić. Te dwie postawy nie powinny być sobie przeciwstawiane; najlepiej, gdy są połączone w spójnym myśleniu. Kluczowe znaczenie ma tu discernimento, umiejętność rozróżniania.

Krytyka przed nami

Nie ma co się łudzić, że zawsze krytyka Kościoła będzie spełniała wszystkie zasady wyżej opisane. Było, jest i będzie inaczej. Nie da się choćby ściśle przestrzegać ewangelicznego porządku upomnienia braterskiego, gdy chodzi o fakty czy wypowiedzi znane czy ujawniane publicznie. Pocieszać można się świadomością, że czasami nawet w najlepszym małżeństwie zdarzają się kłótnie, które pełnią funkcję oczyszczającą i wyzwalającą. O wiele jednak piękniej, gdy małżonkom udaje się powiedzieć sobie to samo, ale bez awantur. Kłótnie bowiem tworzą także przestrzeń wyjątkowo dogodną dla pojawiania się niesprawiedliwych sądów, krzywdzących opinii, nieuzasadnionych uogólnień. A niesprawiedliwości i krzywd należy unikać. Dlatego warto, byśmy kościelnym sporom wysoko podnosili moralną poprzeczkę.

Takie podejście nie jest chwytem marketingowym, mającym tworzyć lepszy zewnętrzny wizerunek Kościoła - odwołuje się ono do teologicznej prawdy o Kościele jako sakramencie "jedności całego rodzaju ludzkiego". Wciąż prawdziwa pozostaje główna teza ks. Tischnera: "Nasza polska wiara nigdy nie przeszła przez naprawdę radykalną krytykę wewnętrzną". Skoro taka krytyka jest wciąż przed nami, troszczmy się o to, aby - gdy się pojawi - była ona sensowna, a nie pusta...

Zbigniew Nosowski jest redaktorem naczelnym miesięcznika "Więź" i konsultorem Papieskiej Rady ds. Świeckich. Tekst jest skróconą wersją referatu wygłoszonego podczas tegorocznych "Dni Tischnerowskich". Za tydzień opublikujemy głos Haliny Bortnowskiej.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny