adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 29 (2819)
20 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Z płyty na płytę

Zobacz "Z płyty na płytę" w poprzednich numerach "TP"




J. S. Bach
"Pasja wg św. Jana" Capella uventa (Münster)
Orkiestra Filharmonii Dolnośląskiej (Jelenia Góra)
dyr. Ulrich Grosser allphon Classic


Polskie nagranie "Pasji"? A więc jest to możliwe? Polskie jak polskie, chór przyjechał z Münsteru, soliści m.in. z Australii, dyrygent też jest Niemcem - ale orkiestra jeleniogórska i ona to najlepiej wypada na tej płycie. Choć jest słabo słyszalna, co było nie do uniknięcia, skoro nagranie powstało w kościele, a mikrofony ustawiono przed solistami i w sąsiedztwie klawesynu. Właśnie klawesyn jest tu głównym bohaterem i pełni funkcję niekiedy wręcz perkusyjną, jak u wczesnego, "chłopskiego" Harnoncourta.

Co do solistów, postanowiono, że arie męskie wykonywane będą przez odtwórców partii Ewangelisty i Chrystusa, którzy co prawda istotnie dysponują najlepszymi w zespole głosami, jednak już w połowie utworu głosy te są wyraźnie zmęczone i arioso basowe "Betrachte, meine Seele" bardziej teoretycznie niż naprawdę stanowi tu moment najpiękniejszy. Henner Leyhe jest Ewangelistą nerwowym, wręcz popadającym w histerię, co zasadniczo odpowiada osobowości św. Jana; z kolei Jezus Phillipa Langshawa wprowadza element spokojnego przekonania, że cokolwiek by się stało i tak nikt mu w tym utworze nie będzie w stanie dorównać. Z pań trudno być zadowolonym. Cecilia Nanneson dysponuje sopranem ostrym jak szpikulec i tak świdrującym, że sprawdza się tylko w roli Dziewczyny (zagadnięty przez nią św. Piotr odpowiada z wyraźnym lękiem); Juliane Berg natomiast, istne jej przeciwieństwo, wciąż dąży do wtopienia się w tło, jak gdyby chciała zostać swoim własnym, niewyraźnym echem.

Nagranie jest koncertowe (z festiwalu w Kłodzku), stąd jego usterki. Zazwyczaj denerwuje, ale chwilami wzrusza, zwłaszcza gdy rozbrzmiewają dźwięki obojów (Joanna Leszczyńska i Aleksandra Zawisza), słodkie i tak kuszące, że człowiek niemal zapomina, o co to tak naprawdę w tym utworze chodzi.

Adam Wiedemann




"Tracce della tradizione orale in manoscritti italiani del XIV, XV secolo"
Patrizia Bovi, Gilberte Casabianca (śpiew)
Opus 111


Oczywiście, w rękopisach żadnych śladów muzycznej tradycji ustnej nie ma. Kodeksy, rękopisy, są tradycją, jak sama nazwa wskazuje, pisaną. Niech nas to jednak nie zniechęca: są jednocześnie punktem odniesienia dla poszukiwań owej zaginionej tradycji ustnej. Tę zaś bada się we wciąż żywych, archaicznych kulturach, jakie przetrwały na śródziemnomorskich wyspach - na Sardynii i Korsyce. Właśnie z Korsyki, gdzie wciąż uprawia się najstarszą polifonię, pochodzi Gilberte Casabianca. To nasz punkt wyjścia, pierwszy koniec przerwanej przed wiekami nici. Drugi przynosi ze sobą Patrizia Bovi, artystka i muzykolog znana z zespołu muzyki średniowiecznej "Micrologus", badaczka z kręgu tradycji pisanej. Dopiero dzięki jej pracy oba końce zostaną związane. Otrzymujemy nić Ariadny, prowadzącą prosto w jesień średniowiecza: w świat muzyki o ornamentyce będącej elementem struktury melodii, nie tylko zdobnym dodatkiem, ekspresyjnego śpiewu o naturalnej emisji, wyczucia tak treści, jak formy interpretowanych tekstów. Okazuje się, że z akademickim bagażem grup "Discantus" czy "Alla Francesca" dotąd tylko błąkaliśmy się po muzycznych manowcach.

Przed nami fascynująca wędrówka na dwa głosy, od wysublimowanego świata dworskiej miłości, przez religijną afektację czasów kryzysu i czarnej śmierci, do wiejskich pieśni, pełnych przewrotnego humoru. Podróż od dramatycznych, ale też najelegantszych i najbardziej wyrafinowanych siciliane, prosto z dworu Fryderyka II, po dewocyjne laudy i tradycyjne pieśni z umbryjskiego zagonu, który sam "jest podły, ale jego gospodyni - piękna". Podróż od muzyki jeszcze monodycznej, przez pierwotną polifonię zbudowaną na burdonie, po dwugłosowe konstrukcje wyrafinowaniem konkurujące z maswerkiem płomienistego gotyku. Zasiadamy w cieniu drzew podflorenckiej rezydencji, gdzie bohaterki Boccaccia zabawiają śpiewem swych towarzyszy.

Jakub Puchalski






Bill Frisell
"The Intercontinentals"
Nonesuch Records // Warner Music


Do nagrania albumu "The Intercontinentals" Bill Frisell zaprosił muzyków nie od macochy. Christos Govetas to wirtuoz takich instrumentów strunowych jak bouzouki i oud, a Sidiki Camara afrykańskich instrumentów perkusyjnych, Greg Leisz to dla odmiany spec od slide guitar i pedal steel guitar, natomiast wokalista i gitarzysta Vinicius Cantuaria w wielkim stylu pielęgnuje najświetniejsze tradycje muzyki latynoamerykańskiej. Najmniej znaną w tym gronie jest skrzypaczka Jenny Scheinman, ale jej skupiona gra w utworach "Good Old People" czy "Anywhere Road" dowodzi, że nastrojowa ballada, której klimat buduje się cierpliwie i bez pośpiechu, to jej żywioł.

Frisell, absolwent legendarnego Berklee College of Music, uczeń króla jazzowej gitary Jima Halla, nigdy nie krył fascynacji muzyką Jimiego Hendrixa, króla gitary rockowej, jednak "The Intercontinentals" nie jest ani płytą jazzową sensu stricto, ani rockową, ani też - czego można byłoby się spodziewać - jazz-rockową. Oczywiście w muzyce Frisella doszukamy się zarówno elementów jazzu, jak i rocka, ale również country i bluesa, a także bluegrassu i bossanovy. Szczęśliwie jednak artysta ów nie popełnia grzechu eklektyzmu. "The Intercontinentals" jest dziełem bez dwu zdań jednolitym, wyrafinowanym pod względem stylistycznym.

Tym, co jednoczy wyraziste przecież indywidualności Frisella oraz jego przyjaciół wydaje się być improwizacja. Tyle tylko, że nikt tutaj nie wyskakuje przed orkiestrę, nie gra sobie a muzom, lecz wszyscy razem zgodnie podążają w wyznaczonym wcześniej kierunku. O stopniu zintegrowania zespołu najlepiej świadczą najdłuższe kompozycje płyty: "Boubacar", "We Are Everywhere" oraz "Magic", utrzymane w powolnych tempach, leniwie się przetaczające niczym Wisła pod Annopolem, ale przecież zwarte i gęste jak arcydzieła haiku. Słuchając śpiewu Viniciusa Cantuarii czy to w słynnym temacie Gilberto Gila "Procissao", czy we własnej kompozycji "Perritos", nie mam wątpliwości - muzyka bywa poezją.

Janusz Drzewucki





Cream
"BBC Sessions"
Polydors


W latach 60. BBC miało sporo kłopotów z nadawaniem piosenek pochodzących z nowych płyt. Rozwiązanie, respektujące prawo i zarazem umożliwiające obieg muzyki, do dziś przynosi efekty. Otóż redakcje po prostu zapraszały artystów do radiowych studiów, gdzie ponownie nagrywano piosenki. Teraz ukazują się kompakty z tymi rejestracjami. Album grupy Cream zawiera 22 ścieżki, z czego aż 20 usłyszeli dotąd tylko odbiorcy BBC, i to ho, ho, z górą trzydzieści lat temu.

Radiowi realizatorzy starali się zminimalizować koszty; nagrywano w mono, taśmy zasadniczo nie podlegały późniejszej obróbce (dublowanie głosów, nakładanie ścieżek), choć na omawianej płycie zdarza się podwajanie gitary.

W ten sposób powstałe, by tak rzec, studyjne-live wersje utworów tria pozwalają na nowo się tej muzyce przysłuchać. "BBC Sessions" to brzmienie pierwotniejsze, surowsze. Dodałbym, że nawet czysto techniczne mankamenty nagrania (lekkie przesterowanie, niekiedy zbyt mała wyrazistość dźwięku) - stanowią dla zespołu próbę czystych muzycznych wartości. I, jakżeby inaczej, Cream tę próbę wygrywa. Nader ograniczone środki realizacji nie przeszkodziły panom (też) B. B. C. w przedstawieniu idei i spełnień ich muzyki. Tak więc Bruce, Baker i Clapton to współdziałanie trzech wybitnych i równorzędnych indywidualności. Także perkusja - nie mówiąc o basie czy gitarze - może być instrumentem prowadzącym. Analogiczne równouprawnienie charakteryzuje wszystko, co składa się na dzieło Cream: wirtuozerię wykonawczą i kompozytorski namysł, improwizację fragmentów i logikę całości. Nie darmo Jack Bruce polecił kiedyś innym basistom dokładne przestudiowanie Bachowskich partii basso continuo.

Adam Poprawa






Radiohead
"Hail to the Thief"
Parlophone


Już pierwsze dźwięki zadziwiają. Johny Greenwood podłącza gitarę do wzmacniacza, wśród zakłóceń słychać próbny akord, a zaraz po nim odgłos stukania w klawisze laptopa. Jak twierdzą muzycy, są to symbole nowego muzycznego początku Radiohead. Moim zdaniem najważniejszego zespołu ostatniego 10-lecia, łączącego tradycję rockową z nowoczesnymi kierunkami muzycznymi.

Płytę, której kontrowersyjny tytuł nawiązuje do głoszonego po wyborach przez przeciwników George’a W. Busha hasła ("Hail to the chief, our commander in chief"), otwiera znakomity "2+2=5". Utwór jest krótką charakterystyką stylu Radiogłowych. Pełen zmian tempa, rytmu, pozbawiony refrenu, zaangażowany tekstowo, bogaty instrumentalnie, emocjonalny. Melodyjne gitary stają się gorączkowo rozedrgane, przechodząc w iście punkrockowy jazgot. Thom Yorke podąża ich tropem: śpiewa, łka, wydziera się niczym Johny Rotten. Fantastycznie rozwijający się triphopowy "Sit down. Stand up" przechodzi w muzyczno-tekstową mantrę. Liryczny, klawiszowy "Sail to the Moon" przywodzi z początku na myśl "Moonchild" King Crimson. Najdziwniejszy na płycie "The Gloaming" oparty jest prawie wyłącznie na dźwiękach laptopa i zakłóceniach taśmy magnetofonowej (tape loops). W kameralnym i krótkim "I Will" Yorke śpiewa w duecie z… Yorke’iem.

Najlepiej wypadają jednak gitarowy "Where I End and You Begin" z pobrzmiewającymi w tle islandzkimi inspiracjami Björk i Sigur Ros, ostry, dudniący "Myxomatosis", kończący płytę piękny, melodyjny "A Wolf at the Door" i singlowy "There there" (Yorke przy jego okazji wymienia wpływ na swoją świadomość muzyczną... Krzysztofa Pendereckiego). Nastrój tajemniczości i baśniowości tego ostatniego świetnie oddaje zresztą utrzymany w konwencji twórczości braci Grimm teledysk. Myślę, że słowa z "There there": "jesteśmy wypadkami czekającymi na zdarzenie" w odniesieniu do kariery Radiohead jeszcze się dopełnią.

Bartek Dobroch







Chumbawamba
"Readymades"
Mutt Records/Sonic,


No i stało się. Chumbawamba została wyrzucona z koncernu EMI. Czołowi obrazoburcy ostatnich lat nie spokornieli i choć EMI zarobiło na nich sporo dzięki przebojom w rodzaju "Tubthumping", kolejnych skandali w wykonaniu Alice Nutter (nawoływała m.in. do okradania sieci największych hipermarketów jako sprzeciwie wobec globalizacji) nie zaaprobowało. Taki obrót spraw bynajmniej nie zmartwił anarcho-popowej grupy z Leeds, a do sklepów właśnie trafił ich nowy album "Readymades", nagrany dla maleńkiej, niezależnej wytwórni Mutt. Tytuł albumu zainspirowany został przez francuskiego malarza Marcela Duchampa, który określeniem "readymades" nazywał swoje przestrzenne kompozycje, zestawiane z konkretnych przedmiotów.

"Readymades" Chumbawamby to chyba jeden z najbardziej tanecznych albumów o politycznym podtekście w historii muzyki. Zespół konsekwentnie drepta ścieżką elektroniczną, zapoczątkowaną na albumie "Anarchy", doprowadzając ją do perfekcji, niczego nie zmieniając jednak w warstwie tekstowej. Grupa nadal piętnuje społeczną niesprawiedliwość, chorą politykę rządów i globalizm. I tutaj tkwi problem, bo jakoś trudno beztrosko tańczyć w rytm pieśni o Harrym Stanleyu, zamordowanym bez powodu przez angielską policję. Niemniej jest to najlepszy album Chumbawamby od czasów wspomnianej "Anarchy".

Robert Ziębiński


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny