adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 29 (2819)
20 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



"Świniopolis" Teatru Biuro Podróży

Świńska sprawa

Piotr Gruszczyński


Teatr Biuro Podróży jest jednym z nielicznych zespołów grających spektakle plenerowe, który udowadnia, że teatr uliczny nie musi (a nawet nie powinien) być montażem głupich cyrkowych atrakcji.

Podczas gdy w całej Europie rozwija się swoista industria teatrów ulicznych, w których wszyscy połykają ogień, odpalają race, chodzą na szczudłach i wymachują kolorowymi proporcami, z czego zupełnie, ale to zupełnie nic nie wynika, Paweł Szkotak ze swoim zespołem po raz kolejny proponuje w nowym przedstawieniu "Świniopolis" rozmowę na temat bardzo poważny: jest nim zagłada.

Spektakl jest krótki, klarowny i lekki, co w opozycji do powagi sprawy, o której traktuje, daje bardzo silny efekt. Zaczyna się od beztroskiego obrazka z miasta świń, a raczej miasteczka prosiąt. Wesołe świnki w różowych bluzkach, granatowych spódniczkach lub spodenkach, z wielkimi skórzanymi tornistrami (swoją drogą, z jakiej to skóry świnki noszą tornistry?) hasają po ponurym placu zabaw. Prosięce igraszki nie są zbyt zwiewne i powabne, jedna ze świnek wali o bruk ciężkim cynkowym wiadrem, ale jednak natychmiast czujemy wielką sympatię do klapniętych świńskich uszek i zafrasowanych ryjków.

Już za chwilę, na wysokich szczudłach wparaduje nauczyciel. To świnia dorosła, w garniturze, z twarzą już w pełni świńską. Rozpocznie się wykład historii uniwersalnej dla świń. Na początku był człowiek. Człowiek oddzielił jasność od ciemności i widział, że to było dobre. Potem oddzielił ziemię od wody i uczynił wodę do picia, a ziemię do mieszkania. A potem człowiek stworzył świnię i kazał się jej rozmnażać. Wzmianka o rozmnażaniu wywołuje sztubackie pohukiwanie świnek, które z pełną wiarą przyjmują objawione dzieje. Nieufnie zachowuje się tylko najmniejsza świnka, która taszczy swoją wielką księgę i cały czas pilnie ją studiuje.

Od początku wiadomo, że przedstawiana historia jest ponura. Radość świnek wydaje się wręcz niewłaściwa, nie na miejscu. Szkolna rutyna biegnie jednak dalej. Na scenie pojawia się ogromna waga, którą wnosi świńska uszczudlona pielęgniarka w złowróżbnym czepku z czerwonym krzyżem. Świnki kolejno zostaną zmierzone cyrklem i zważone. Większość z nich cieszy się z osiągniętej wagi, którą sygnalizuje radosny dzwoneczek. Znowu jedynie najmniejsza ze świnek nie chce się zważyć, z trudem wdrapuje się na wysokie podium, na którym stoi waga. Zresztą szczebelki wszystkich drabinek w Świniopolis rozmieszczone są zbyt rzadko, przez co wdrapywanie się na nie jest wielce utrudnione. To pierwszy znak zdrady, braku troski o świnki, tworzenia pozoru krainy szczęśliwego prosięctwa.

Waga została wykonana. Świnki otrzymują wielki tort z napisem "100 kg!". Wewnątrz tortu ukryte są blaszane numerki, które świnki ochoczo zawieszają sobie na uszach. Sytuacja staje się coraz weselsza i przez to coraz bardziej ponura. Bo przecież można stworzyć modę na kolczyki prowadzące do rzeźni, można wywołać nieświadome pożądanie śmierci czy bierną zgodę na nią. Opiekunowie świnek rozwieszają sznury kolorowych żarówek. Nawet zagrają specjalny koncert na cześć nabierających wagi. To piękna scena. Kontrabas z kawałka blachy i strażackiego bosaka, puzon z błyszczącego lejka i bęben z aluminiowego kotła - prawdziwie świńskie instrumentarium. Kiedy świnki zmęczone atrakcjami zasną, pojawi się rzeźnik z czerwonym sztandarem z instrukcją ćwiartowania świni. Wielkie świnie obejdą plac gry ostrząc noże, a potem wybiorą najlepiej utuczoną świnkę. Zanim ją jednak zabiją, zostaną zauważone przez najmniejszą świnkę. Wielki raban. Przebudzone świnki zobaczyły instrukcję ćwiartowania mięsa i uświadomiły sobie, że stały się wieprzowiną. Następuje próba buntu. Świnki oflagowane czerwonym sztandarem przepowiadają swoim opiekunom lekcję historii. Tyle że dodają ostatnie zdanie, że człowiek postanowił świnię zjeść. Bunt zostaje oczywiście brutalnie stłamszony. Świnie pacyfikują świnki przy pomocy armatek wodnych, wyłapują na lasso i wywożą furgonetką w wiadomym kierunku. Przerażone świnki nawet nie próbują uciekać. Pogodzone z zagładą, a raczej obezwładnione losem.

Zanim jednak świnki wyjadą na rzeź, nastąpi całkowita demaskacja. Świnie zdejmą świńskie maski i ukażą w pełni ludzkie oblicza. Teraz już wiemy, dlaczego taką, a nie inną wersję historii sprzedawano świnkom. Miały nauczyć się szacunku do człowieka.

Ale właściwie po co świnie zdejmują maski? Czy nie byłoby lepiej, gdyby to świnie świniom gotowały zagładę? Jeśli na początku był człowiek, to może do rzeźni współbraci zapędzają świnie kolaborujące z człowiekiem? A może w ogóle na początku była świnia, a nie człowiek? Zdjęcie świńskich masek zmienia całkowicie interpretację spektaklu. Zamiast o symbolicznej zagładzie (bajkowy kod zwierzęcy użyty do opowieści o zagładzie Żydów przez Arta Spiegelmana świetnie się do tego nadaje), spektakl zaczyna traktować o wegetarianizmie. Przy całym szacunku dla obrońców zwierząt sądzę, że to słabszy trop, który uśmierza tak mocno rozsiewany od początku spektaklu niepokój. Szkoda tego rozmydlenia. Niech świnie likwidują świnie. Wtedy przedstawienie stanie się traktatem o winie, mocnym i lekkim zarazem, w czym tkwi jego największa wartość.

Biuro Podróży udowadnia też co jakiś czas, że aktor w teatrze ulicznym nie musi być zamaszystym pajacem. Wiadomo, że plener wymaga innego sposobu gry, bardziej wyrazistego, obliczonego na wielką rzeszę widzów, często oddalonych od wykonawców. A jednak nie wszystko trzeba wyrazić krzykiem i uproszczonymi zachowaniami. Aktorzy Biura Podróży grają swoje role subtelnie, przyciągając uwagę widzów, jak dobrzy wykładowcy, którzy wiedzą, że należy mówić cicho, by skupić uwagę, a nie krzyczeć, by uniemożliwić rozpraszające pogawędki.

Teatr Biuro Podróży: "Świniopolis". Występy na warszawskim festiwalu "Sztuka ulicy" 6 lipca 2003.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny