adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 29 (2819)
20 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Czego nie wie minister finansów, czyli

Pojęcie o wyobrażeniu

Michał Komar


Zasmuciłem się kiedyś, czytając w "Tygodniku Powszechnym" o gniewie i goryczy Marcina Króla, który poszedłszy do sklepu po butelkę, dowiedział się od sprzedawcy, że najlepszą z wódek jest "Finlandia", a gdy zapytał, dlaczego, usłyszał: "Bo nie polska - na fińskiej licencji". Pisze Król: "Mój świat się zawalił. Wódka dobra, bo nie polska!". Sprzedawca wprowadził Króla w błąd.

Daję słowo, że jest szereg polskich wódek, które pod względem bogactwa i głębi bukietu mogą śmiało konkurować z wódką "Finlandia", jeśli jednak ta ostatnia zyskała uznanie sprzedawcy (i zapewne jego klientów), to dzięki skutecznemu marketingowi, reklamie i promocji. Mniej więcej dwadzieścia lat temu radziecka wódka "Stolicznaja" zaczęła wypierać z rynków światowych "Wyborową", nie dlatego, że była smaczniejsza, ale dlatego, że jej reklamy można było zobaczyć w najpotężniejszych tygodnikach amerykańskich, jej zaś gadżety promocyjne w co przyzwoitszym barze; w sumie więc "Stolicznaja" była lepsza o koszty skutecznej kampanii promocyjnej.

Dwa oblicza żądzy

Znam przynajmniej pięciu polskich projektantów produktów o najwyższych światowych standardach, którzy to projektanci żyją w zasłużonej nędzy i opuszczeniu miast w zasłużonym bogactwie i sławie, a to z przyczyny banalnej: nie umieli znaleźć się na rynku. Nie umieli uzyskać środków na sfinansowanie dalszych prac, zbadanie potencjalnego popytu, promocję etc. Jeśli bowiem jest sztuką stworzenie pięknej rzeczy (przedmiotu, technologii, dzieła, idei), to jeszcze większą sztuką jest stworzenie pięknej rzeczy i korzystne jej sprzedanie. Pisząc o korzyściach mam na myśli zarówno przyziemne satysfakcje natury materialnej (brudna żądza zysku), jak też - za przeproszeniem - ubogacenia wyższego lotu, na przykład możność uzyskania środków na kontynuację działań twórczych (czysta żądza zysku). Piotr i Maria Curie nie mogliby prowadzić badań nad promieniotwórczością, gdyby nie pieniądze uzyskiwane ze sprzedaży precyzyjnych urządzeń pomiarowych opartych na odkrytym przez Piotra i Jacquesa Curie efekcie piezoelektrycznym (występowanie ładunku elektrycznego w ściskanym krysztale).

Opiewany przez poetów w latach 1950-1989 polski przemysł stoczniowy charakteryzował się niewyobrażalnie wysokimi współczynnikami wzrostu mierzonego w tysiącach DWT, ale też i niewyobrażalnie wysokimi kosztami. Ponosiliśmy je wszyscy z ogólnie znanych przyczyn polityczno-społecznych. Racjonalizacja produkcji (zmniejszanie kosztów, zatrudnienia, podnoszenie wydajności pracy) spotkała się z głośnymi protestami. Rzecz ciekawa: liczne po 1989 roku Msze w intencji utrwalenia w stoczniach zasad socjalistycznej gospodarki planowej nie miały - Bogu dzięki - wpływu na produkcję, która w latach 1995-2001 osiągnęła poziom wyższy niż w czasach PRL (por. "Rocznik Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej" 2002). Złagodzenie i przezwyciężenie skutków dekoniunktury lat 2001-2003 leży w granicach ludzkich możliwości - bez odwoływania się do sztuk magicznych, zwyczajowego zaklinania kołtuna itp. Podobno, wedle radykałów, rzecz polega na opanowaniu zaawansowanych technologii.

Suwerenność i kapitał

Jest niewątpliwie sztuką stworzenie pięknej rzeczy, ale jeszcze większą sztuką jest stworzenie pięknej rzeczy i korzystne jej sprzedanie. Niektórzy twierdzą, że jeśli nie liczyć galicyjskich pieskich kiełbasek (hot dogs) i kiełbasy krakowskiej (Krakauerwurst), najbardziej znanym w świecie w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat produktem polskim była "Modlitwa dziewicy" Tekli Bądarzewskiej-Baranowskiej. Wytwór nowatorski (w tym sensie, w jakim nowatorskim jest każdy oryginalny utwór muzyczny) miał nie mniej niż sto wydań nutowych i tyleż samo płytowych, co oznacza ogromne zyski i niebotyczny rozgłos. Piszę to bez ironii, ponieważ nie stronię od hot dogów, lubię zakąszać wódkę kiełbasą krakowską i odczuwam wzruszenie słuchając "La Priere d’une vierge". Chciałoby się przeczytać przyzwoicie napisaną biografię Tekli Bądarzewskiej. Chciałoby się też przeczytać biografię Tadeusza Sendzimira, sławnego i bogatego twórcy walcarki do ciągłego walcowania blach - no i jakoś nie ma w księgarniach. Zabrakło autorów? Zabrakło inwestorów-wydawców? Zabrakło czytelników?

W swoim tekście Marcin Król zadał też pytanie o istnienie polskiego kapitału inwestycyjnego, dzięki któremu polski produkt mógłby zdobywać rynki europejskie: "Czy mamy do zaoferowania coś naprawdę naszego, poza robotnikami sezonowymi czy też grupą specjalistów (informatycy, lekarze), których kształcenie w Polsce wciąż jest tańsze niż w Unii? Dlaczego to jest ważne? Nie z racji prestiżowych, ale dlatego, że chociaż należy się cieszyć z tego, że zagraniczny kapitał chce w Polsce inwestować, nasz kraj nie będzie względnie suwerenny (bo tylko o względnej suwerenności można tu mówić), dopóki nie będzie dysponował własnymi kapitalistami, którzy nie tylko pośredniczą lub produkują z zagranicznych podzespołów, ale sami mają dość pieniędzy i pomysłów, żeby uruchamiać polską produkcję".

Tyle w wypowiedzi Króla było smutku i goryczy, że postanowiłem go jakoś wesprzeć. W tym zaś celu udałem się do zaprzyjaźnionego kapitalisty. Ujmując rzecz dokładniej: Marcin Biernacki, do którego się udałem, łączy w sobie trzy ważne cechy. Jest inwestorem, a więc zna wartość pieniądza, a wiedzę tę uzyskał zarówno z sukcesów, jak i z bolesnych klęsk. Jest poważnym przedsiębiorcą, a więc wie sporo o prawach rynku. Jest inżynierem-innowatorem, a więc posiada wiedzę o nowoczesnych technologiach.

Uważny przedsiębiorca, właściciel firmy Airtech. Także społecznik. Zależy mu. Ponadto doszły mnie plotki, że onegdaj Marcin Biernacki zainstalował w swej fabryce laser przemysłowy i nie należy wykluczać, że ma to jakiś związek z przygotowywanym przezeń projektem high-tech, od którego - wedle plotek - zatyka dech w piersiach. Idzie o mały samolot pasażerski. Zacytowałem Biernackiemu słowa Króla opatrując je pytaniem: "Czy może być lepiej?" oraz zastrzeżeniem: "Tylko nie mów, że lepiej już było!".

Oto co mi opowiedział:

To jest jak w anegdocie o Żydzie, który wciąż modlił się o wygraną w totolotka, aż wreszcie zniecierpliwiony Bóg odezwał się z niebios: - Dobrze, zgoda, ale daj mi szansę i wypełnij kupon... Może być lepiej, ale pod pewnymi warunkami. Musimy wypełnić kupon. Przede wszystkim, żeby zrobić cokolwiek dobrego, trzeba mieć pojęcie o wyobrażeniu. Człowiek, który ma pojęcie o wyobrażeniu, wie, czego nie wie. Człowiek, który zabiera się do wykonania jakiegokolwiek zadania nie mając pojęcia o wyobrażeniu, jest albo głupcem, albo wariatem. Głupcy i wariaci powinni być trzymani z dala od spraw poważnych. Aby tej powinności stało się zadość, naszym życiem państwowym, gospodarczym i społecznym muszą zacząć rządzić prawa jasne, proste i logiczne. Prawa na poziomie sprawdzonej oczywistości. Bo świat wie na pewno... Świat wie na pewno - dla przykładu - że ustawodawca szukający przezwyciężenia kłopotów społecznych w ciągłym podnoszeniu podatków i innych obciążeń nie tylko doprowadzi gospodarkę do jeszcze większych kłopotów, ale też zacznie zachęcać ludzi do obchodzenia prawa. Jest granica, po przekroczeniu której przedsiębiorca uznaje się za ofiarę rozboju i zaczyna szukać ratunku w szarej strefie. Że to niedobrze? Owszem, niedobrze i niemoralnie. Ale czy moralnie i dobrze jest wówczas, gdy ustawa odbiera sens uczciwemu gospodarowaniu za moje własne pieniądze? Czy minister finansów zdaje sobie sprawę, a więc czy ma pojęcie o wyobrażeniu, że prawo podatkowe nazywane jest, słusznie, koncertem życzeń? Bo przecież widać w nim, jak na mapie, że to niezborny efekt załatwiania interesów grup, grupek, kolesiów, znajomych, dawania szans tym, co wiedzą, czy też tym, co znają tych, co wiedzą, jak właściwie zinterpretować jakiś przepis i zręcznie prześlizgnąć się. Niespójne, pozbawione logiki, pozbawione przejrzystej filozofii. Zwycięstwo sienkiewiczowskiego Kalego: jak państwo zabiera tobie - to dobrze, jak ty stawisz opór działając zgodnie z prawem - to źle. Są, owszem, cwaniacy, którzy lubią łowić w mętnej wodzie. Umieją zyskiwać z tego poważne profity. Ale to nie oni tworzą społeczeństwo, które wie, że bez praw prostych i przejrzystych nie będzie rozwoju.

Zapewne nie mamy dużej ilości wysoko przetworzonych produktów, którymi możemy poszczycić się w świecie. Dlaczego tak jest? Zainstalowałem w swojej fabryce laser przemysłowy. Takich laserów w Czechach jest dwieście - na dziesięć milionów obywateli. Z tego należałoby zakładać, że w Polsce, w przeliczeniu na populację, powinno być ich cztery razy więcej - a więc osiemset. A mamy ich tylko sześćdziesiąt trzy. I to jest, podejrzewam, miara dystansu, jaki dzieli naszą technikę od techniki czeskiej. Ale to wcale nie znaczy, że sztuka inżynierska w Polsce nie ma przed sobą perspektyw rozwoju i sukcesu. Techniki nie tworzy się z dnia na dzień, ani nawet z pokolenia na pokolenie. Znaczną część elit Rzeczypospolitej wymordowali Stalin i Hitler. Taka stratę nadrabia się przez długie dziesięciolecia, bo sprawa polega na dziedziczeniu wiedzy, umiejętności, kultury... Pozostałym przy życiu nie dano szansy kontynuacji, a polską inteligencję pochodzenia żydowskiego zmuszono do opuszczenia kraju. Rozwój przemysłu i techniki miał często charakter sztuczny i fasadowy. Struktura dzisiejszego bezrobocia jest lustrzanym odbiciem struktury tamtych inwestycji. I to ujawniło się ostatecznie, na wielka skalę, po 1989 roku, kiedy mogliśmy zacząć porównywać to, co nazywano u nas "nowoczesną techniką" z tym, co naprawdę nowoczesną techniką było i jest w świecie.

Fasadowa i nieprawdziwa była też często sztuka inżynierska. Inżynier, którego zatrudniałem za ancien regime'u, nie rozumiał prawa Ohma, nie umiał powiedzieć, co to jest siła, praca, moc, energia. Owszem, umiał napisać wzór, ale kiedy prosiłem o interpretację, to się pocił. Kiedy go pytałem, czy umie spawać, toczyć, frezować, to odpowiadał, że jest inżynierem. No to co pan umie? Jestem inżynierem! Więc co pan umie? Umiem projektować. To proszę, niech pan zaprojektuje. I projektował coś, co nie miało żadnego odniesienia do praktyki. Na dole była narzędziownia. Pytam, czy poszedł i sprawdził, jakimi maszynami zrobimy to, co projektuje. A on odpowiada, że to nie tak..., że inne maszyny trzeba sprowadzić, takie, o których on napisał w projekcie. Kończyło się tak, że do pracy przyjmowałem jednego kandydata na stu. Ale to się zmienia.

Wróćmy na chwilę do lasera. Sprowadziłem go z Niemiec, z terenów byłej NRD. Zdewastowany, aż przykro było patrzeć. Do jego odtworzenia i zainstalowania zatrudniłem dwóch młodych inżynierów pod kierownictwem inżyniera, mojego wieloletniego pracownika. Ich praca została zweryfikowana przez przedstawiciela producenta ze Szwajcarii i przedstawiciela serwisu z Niemiec. Według tej oceny obaj młodzi ludzie posiadają doskonałą znajomość programów komputerowych niezbędnych do operowania laserem, wyróżniają się wiedzą na temat wysoko zorganizowanych języków projektowania konstrukcyjnego. I dodam, że w przeciwieństwie do moich doświadczeń z dawnych lat, obaj nie wyrazili zdziwienia, gdy powiedziałem im, że nie tylko będą programowali to urządzenie, ale jednocześnie będą jego operatorami.

Owszem, nie mamy dużej ilości liczących się w świecie wysoko przetworzonych produktów. W tej dziedzinie zmiany, z istoty rzeczy, następują powoli. Aż wreszcie dojdzie do momentu, w którym ilość przeobrazi jakość. Kiedy? Chciałoby się jak najszybciej. To znaczy tak szybko, jak można. A zatem muszą być stworzone warunki istnienia prawdziwej konkurencji, prawdziwego wolnego rynku. Konkurencja bowiem jest warunkiem wszelkiego rozwoju. Jeśli porozmawiasz z mądrym filozofem przedsiębiorczości, nie z łobuzem, ale z filozofem, to dowiesz się, że dobry interes jest wtedy, gdy obie strony robią dobry interes. Jeśli porozmawiasz z mądrym projektantem np. samolotu, to dowiesz się, że jego sukces uwarunkowany jest istnieniem konkurencji, bo osiągnięcia innych inspirują go, ekscytują, zachęcają do wysiłków i nobilitują. A więc warunkiem rozwoju jest wolność działania. Wolność nie-teoretyczna. Ta zaś polega na gwarancji, że nie zabiorą ci połowy zarobionych pieniędzy i nie każą ci płacić dwa razy tyle za zatrudnienie pracownika. Obciążenia fiskalne to tylko jedna z przeszkód. I o jakiej konkurencji możemy mówić, jeśli w Polsce pole wolności gospodarowania jest obudowane zasiekami. Wyobraź sobie, że obaj coś produkujemy. Ty działasz w przedsiębiorstwie państwowym, nazywanym filuternie jednoosobową spółką Skarbu Państwa, ja zaś jestem wytwórcą prywatnym. Podlegasz w związku z tym innym niż ja przepisom. Ty możesz zostać w majestacie prawa zwolniony z płacenia podatków, a ja - nie. Jeśli ty zaczniesz plajtować, to państwo uruchomi jakiś kosztowny (z kieszeni podatnika) fundusz ratunkowy. A jeśli mnie coś takiego się wydarzy, a może się wydarzyć, bo przecież prawdziwa przedsiębiorczość to stałe obcowanie z ryzykiem klęski... Więc jaka konkurencja?! Zrozum, nie chcę ulg. Chciałbym tylko, żeby mi nie przeszkadzano.

U podstaw wszelkiego postępu leży wizja. Dla mnie największym wizjonerem świata jest Jan Paweł II. On wie, co trzeba zrobić, żeby w świecie było lepiej. To wielkie, skomplikowane zadanie. W technice jest prościej, bo jeśli stworzyłeś wizję, a jesteś na dodatek prywatnym przedsiębiorcą, to wartość tej wizji zostanie szybko zweryfikowana przez rynek. Teoretyczny koncept Theodore H. Maimana zaowocował zbudowaniem przezeń pierwszego optycznego lasera rubinowego w 1960 roku. Wkrótce okazało się, że urządzenie jest niezwykle przydatne w obróbce materiałów, potem, że w medycynie, no a dziś trudno sobie wyobrazić życie bez niego, sam zaś Maiman zyskał ogromny majątek. A zatem sprawdzianem wizji jest praktyka rynkowa. Ale zgodzę się, że ten sprawdzian jest zubażający. Dla potrzeb wyścigów samochodowych została stworzona technologia, dzięki której w chwili uderzenia pojazdu, w momencie katastrofy paliwo ulega zżelowaniu i nie pali się. Wydawałoby się, że tym wynalazkiem powinny zainteresować się linie lotnicze. Jednak tak się nie stało - z przyczyn ekonomicznych. Bo z tego nie ma pieniędzy. A technika rozwija się tam, gdzie będą z tego pieniądze. Nie, nie sądzę, aby to było dobre. Pieniądz nie może być jedynym miernikiem wartości. Dopóki jednak nie wynaleziono lepszego miernika... Marks i jego koledzy próbowali - a skutki są znane. Ileż to w socjalizmie zbudowano urządzeń, których nikt nie chciał kupić?! Rynek powoduje, że rozwój techniki ma charakter nierównomierny. Taka jest rzeczywistość, którą - jeśli chcemy włączyć się do wyścigu - musimy zaakceptować, nie dlatego, że pogoń za pieniądzem nobilituje człowieka, ale dlatego, że jeśli nie pójdziemy drogą, którą wybrał świat, to zostaniemy z tego świata wypchnięci na odległe peryferie. A z tego trzeba wysnuć logiczne wnioski. No bo, dla przykładu, jeśli możesz kupić w Chinach za jednego dolara bezprzewodową mysz do komputera, mysz z nadajnikiem i odbiornikiem, to nie możesz jej produkować w Polsce za dziesięć dolarów. Gdybyśmy nie żyli w otoczeniu Słowaków, Litwinów, Estów, to moglibyśmy mieć droższą pracę, bo byłaby ona pewnie i tak tańsza od pracy w Niemczech. Ale skoro jesteśmy otoczeni przez tańszych, lepszych i na dodatek takich, którzy umieli wytworzyć jaśniejsze i prostsze prawa - to tam będzie płynął pieniądz. Tymczasem dzisiaj w Polsce głos mają ci, którym się wydaje, że istnieje lepsza metoda. Jest źle w rolnictwie, więc chłopi robią blokady i wysypują zboże. Z tego wynikałoby, że skoro nie ma popytu na moje produkty, to powinienem zablokować warszawskie Śródmieście i zagrozić, że jeśli klienci nie będą u mnie kupować, to sparaliżuję życie w mieście. Przecież to bzdura, idiotyzm, który prowadzi państwo do rozpadu. Nie może być tak, że Sejm staje się polem gry poszczególnych grup interesów. Każdy ciągnie w swoją stronę, a porządku w tym nie ma żadnego. Ci ludzie nie mogą stworzyć mądrych praw, bo cała ich filozofia oparta jest na rwaniu.

Dziewiętnaście lat temu stworzyliśmy w Airtech pełną dokumentację lekkiego samolotu. Kiedy pierwsza partia licząca trzydzieści samolotów była niemal gotowa - okazało się, że wskutek nagłych zmian na rynku i naszych potknięć marketingowych sprawę trzeba będzie zarzucić. Gorzkie doświadczenie. Ale prototyp lata do dziś. Projekt był dobry. (...) Teraz zaczynamy prace nad projektem samolotu, który - moim zdaniem - wejdzie w pewną niszę na światowym rynku. Mogę się mylić. Wolno mi, bo to robię za swoje pieniądze. Ale jeśli nie pomylę się, to będę miał sukces. Wydaje się więc, że istnieje sporo wytwórców małych samolotów pasażerskich, którzy ze względu na ogromną konkurencję mają niewielkie zyski, toteż nie są w stanie uruchomić produkcji nowocześniejszego samolotu. To bowiem wiąże się ze zrobieniem projektu, dokumentacji, prototypu, który musi być oblatany, potem przychodzi czas certyfikacji... Trudne i kosztowne zadania dla niewielkiego przedsiębiorstwa.

Mój kolega, z którym zbudowaliśmy niegdyś samolot, ma doskonały koncept inżynierski, ja dysponuję w mojej fabryce znacznymi możliwościami technicznymi. Do prac zaangażujemy polskich konstruktorów lotniczych, którzy dziś mają sporo wolnego czasu. Zostanie stworzony model latający, następnie zaś prototyp, który zostanie oblatany. Taki będzie nasz wkład, z którym chcemy wejść aportem w działalność pewnego znanego w świecie przedsiębiorstwa, rezerwując dla siebie produkcję kadłubów i skrzydeł. Po doświadczeniu sprzed dziewiętnastu lat wiem, że z tak relatywnie małym potencjałem, jaki reprezentuje moja firma, nie mogę zostać indywidualnym producentem samolotu. Nie dam sobie rady z marketingiem, z ubezpieczeniami i tak dalej. Ale też wiem, że poradzimy sobie z produkcją ważnych podzespołów. To w zasadzie proste.

I tu skończył. Po wyjściu z biura Biernackiego wstąpiłem do sklepu, by nabyć butelkę wódki "Chopin" i kiełbasę krakowską. Teraz jestem u przyjaciółki, która pięknie gra na pianinie "Modlitwę dziewicy" i zastanawiam się nad pojęciem o wyobrażeniu. Wygląda na to, że wszystkie racje są po stronie Biernackiego.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny