dotb.gif

„TP”, Nr 29 (2819), 20 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2819/kraj01.php

Wokół idei powstania Centrum przeciw Wypędzeniom w Berlinie

To nie niewinność miała kolor biały

Z s. Barbarą Chyrowicz, etykiem, rozmawia Marek Zając



Wśród wybitnych osobistości życia publicznego w Niemczech, Polsce, Czechach i na Wegrzech trwa akcja zbierania podpisów pod apelem Markusa Meckela, który w ubiegłym roku zgłosił projekt usytuowania przyszłego Centrum przeciw Wypędzeniom we Wrocławiu.

"W 1944, wiosną 1945 roku byliśmy uciekinierami. Dopiero po latach nazwano nas wszystkich wypędzonymi z ojczyzny. Wyjąwszy tych, którzy opuścili Niemcy z powodu prześladowań rasowych i politycznych w latach 1933-1945, jeśli oczywiście im się to udało. Tych nazywa się u nas po dziś dzień emigrantami, jakby opuszczali kraj dobrowolnie". To słowa starszego pana wypowiedziane podczas publicznej dyskusji o tzw. Centrum przeciw Wypędzeniom. Odbyła się ona w końcu czerwca w Berlinie - już po referendach europejskich w Polsce i Czechach, w przededniu ratyfikacji układu akcesyjnego w Bundestagu.

W tzw. kościele francuskim, niedaleko Bramy Brandenburskiej, zgromadziło się ok. 200 osób w różnym wieku. Sześciu panelistów miało im przedstawić argumenty za narodowym bądź europejskim charakterem postulowanego Centrum. Wśród panelistów byli Erika Steinbach, posłanka CDU, przewodnicząca Związku Wypędzonych, inicjatorka w 1999 roku niemieckiego Centrum-Muzeum Wypędzeń w Berlinie oraz Markus Meckel, teolog i pastor, enerdowski opozycjonista, od 1990 poseł SPD, od 1994 przewodniczący niemiecko-polskiej grupy parlamentarnej, pomysłodawca lokalizacji Centrum we Wrocławiu i rzecznik jego bezwarunkowej europejskości.

Byłam jedyną osobą z Polski zaproszoną do udziału w tym panelu. Wyraziłam przykre zdziwienie z tego powodu, wskazując na polskich polityków, historyków i publicystów, których głos w tej sprawie ma inny ciężar gatunkowy i uznałam dyskusję w tym składzie za wewnątrzniemiecką, co samo w sobie źle rokuje całemu projektowi. Ograniczyłam się więc do zreferowania tych argumentów i ostrzeżeń, które padają w Polsce oraz w prasie niemieckiej przeciw powstaniu Centrum przeciw Wypędzeniom w Berlinie.

Niedźwiedzia przysługa

Berliński Pomnik Wypędzeń - jeśli powstanie - będzie traktowany chcąc nie chcąc jako próba relatywizacji Holocaustu i innych zbrodni III Rzeszy. Będzie przywoływany jako wyraz odradzającego się niemieckiego nacjonalizmu. I jako zamiar wymuszenia ekspiacji na państwach i narodach ościennych. Przez wiele lat będzie postrzegany jako przejaw etnicznego i narodowego autyzmu, bez względu na humanitarne hasła i międzynarodowe imprezy, które już dziś się planuje. Stanie się niedźwiedzią przysługą dla Berlina, kpiną z wymarzonej roli tolerancyjnej i przyjaznej sąsiadom metropolii. Będzie nadużyciem uczuć wielu starych ludzi, którzy kiedyś utracili swoją ojczyznę i którym przyszło tęsknić za nią w powojennych Niemczech. Przejawem niefrasobliwości wobec młodych Niemców, którym Erika Steinbach chce zaoszczędzić jazdy do Wrocławia, bo to za daleko: berlińskie Centrum albo nauczy ich pogardy do sąsiadów, albo - skoro wszyscy byli zbrodniarzami - skłoni do odrzucenia historii w ogóle. Będzie przysługą dla nacjonalistów, populistów i frustratów nie tylko w Niemczech, ale także w Polsce, Czechach, Ukrainie, Rosji, Izraelu, byłej Jugosławii itd.

Jeśli dojdzie do powstania Centrum Wypędzeń w Berlinie, te instytucje i ci ludzie w obydwu krajach, którym zależy na pomyślnym kształtowaniu stosunków polsko-niemieckich i którzy dla tego procesu od lat starają się coś robić, doznają bolesnego rozczarowania. A mowa o ludziach, którzy ani nie uważają przymusowych wysiedleń Niemców za sprawiedliwe, ani nie kwestionują ich cierpień, ani też nie zaprzeczają, że wśród Rosjan, Polaków, Czechów i tych, co przeżyli Holocaust, byli i tacy, którzy okrutnie mścili się na niemieckiej ludności cywilnej za lata wojny.

Oczywiście może mieć rację Klaus Bachmann, wieloletni korespondent niemieckiej prasy w Polsce, który twierdzi, że inicjatywa Eriki Steinbach od chwili powstania skazana jest na obumarcie jako anachroniczna i marginalna. Że skupiać będzie ona tylko funkcjonariuszy do spraw wypędzeń i grupkę starych zgorzkniałych ludzi. Że skompromituje tych niemieckich polityków, którzy poddadzą się dyktatowi funkcjonariuszy Związku Wypędzonych - powodowani nadzieją zdobycia nowych głosów w wyborach, nie mówiąc już o wykorzystaniu na ten cel środków znajdujących się w budżecie federalnym z tytułu ustawy Bundestagu o Wypędzonych, obowiązującej od 1953 r.

Nieprzypadkowo jednak tacy znawcy problematyki niemieckiej, jak Władysław Bartoszewski, Anna Wolff-Powęska, Janusz Reiter, Włodzimierz Borodziej biją w tej sprawie od dawna na alarm. Niestety, nie przełożyło się to dotąd na działania naszych polityków i dyplomatów, którzy widać uznali, że to tylko przedwyborcze gry funkcjonariuszy Związku Wypędzonych. Tymczasem zeszłoroczna Ustawa Bundestagu w istocie przesądziła o powstaniu Centrum, co jest bezdyskusyjnym politycznym sukcesem Eriki Steinbach. Rzecz nie idzie już bowiem o to, czy Centrum przeciw Wypędzeniom (jak głosi oficjalna nazwa) ma w ogóle powstać, a jedynie gdzie i jakie. Ustawa podkreśla tylko, że przyszłe Centrum ma mieć europejski charakter, zaleca podjęcie prac nad jego koncepcją w międzynarosowym składzie i szczęśliwie nie określa jego lokalizacji.

Instrumentalizacja przeszłości

O lokalizacji zdaje się chcieć decydować metodą administracyjnych posunięć minister spraw wewnętrznych RFN, Otto Schily z SPD. Przyjąwszy w maju b.r. nagrodę Związku Wypędzonych "za ponowne ożywienie dialogu między socjaldemokratami a niemieckimi Wypędzonymi", opowiedział się za powstaniem Centrum w Berlinie. Można sądzić, że miałoby ono odpowiadać oczekiwaniom Eriki Steinbach i drugiego inicjatora projektu, Petera Glotza, syna Czeszki i sudeckiego Niemca, prominentnego członka SPD. Ich zdaniem, Centrum ma mieścić się w reprezentacyjnym, pozyskanym nieodpłatnie od rządu budynku o jedenastu tysiącach metrów kwadratowych powierzchni, położonym w centralnej części Berlina. Warto wiedzieć, że warunki te szefowa Związku Wypędzonych formułuje dziś subtelniej niż w 1999 r., gdy żądała lokalizacji Centrum w sąsiedztwie powstającego właśnie monumentalnego Pomnika Pamięci Wymordowanych Żydów Europy, a jako wzór koncepcyjny podawała Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie.

To wcale nie żart. Tak było. I, jak sądzę, jest tak dalej - a późniejsza, redakcyjna, korekta wynika z chęci obejścia najczęstszego i najpoważniejszego zarzutu stawianego projektowi niemieckiego Centrum Wypędzeń w Berlinie, a mianowicie relatywizacji Holocaustu i innych zbrodni III Rzeszy.

W lutym b.r. sformułował ten zarzut przewodniczący gminy żydowskiej w Pradze, Tomas Jelinek, sprzeciwiając się uczynieniu pisarza Franza Werfla (1890-1945) patronem nowej nagrody Związku Wypędzonych - dedykowanej prawom człowieka (!). Urodzony w Pradze Werfel musiał jako nie-aryjczyk uciekać z Austrii po jej przyłączeniu do III Rzeszy w 1938 r. Gdy Niemcy zajęły Sudety, Werfel pisał w Paryżu: "Już od tygodni mały naród czeski jest atakowany przez Niemców sudeckich w sposób tak przebiegły, okrutny i cyniczny, jakiego historia do tej pory nie znała". Steinbach i Glotz, którzy do jury nowej nagrody pozyskali kilka ważnych osobistości (w tym - choć podobno nie bez oporów - dwóch pisarzy podkreślających swe żydowskie pochodzenie: Ralpha Giordana i Györgi Konrada), odpowiedzieli Jelinkowi listem otwartym. Pisali, że nie kwestionują "wyjątkowości masowego mordu na Żydach dokonanego przez narodowych socjalistów", w dalszej części listu argumentując jednak, że chodzi im "także o pamięć niemieckich ofiar".

To nieprzypadkowa instrumentalizacja przeszłości: gdy mowa o sprawcach, wymienia się bliżej nieokreślonych nazistów, jakichś narodowych socjalistów. Upominając się o ofiary, podkreśla się ich niemiecką narodowość. Niestety, także liczbę niemieckich wypędzonych zbyt łatwo się maksymalizuje. Podczas panelu w Berlinie, profesor historii Hans Lemberg - znawca tematu i bynajmniej nie przeciwnik przewodniczącej Steinbach - wymienił ponad 10 milionów niemieckich ofiar wypędzeń. W publikacjach popularnych liczba ta waha się między 12 a 15 milionami, ale na stronie internetowej Związku Eriki Steinbach czytamy już o "więcej niż 15 milionach". Nie kłóci się towidać z podkreślanym przy wielu okazjach hołdem dla cierpienia każdego pojedynczego człowieka.

Raz wyraża się stanowczy sprzeciw wobec kategorii kolektywnej odpowiedzialności Niemców i Niemiec za zbrodnie czasów wojny, sugerując w innym miejscu kolektywną odpowiedzialność innych narodów i państw za wypędzenia Niemców. Trudno w tym kontekście nie uznać za symbol, że podczas berlińskiego zjazdu organizacji wypędzonych 1 września 2002 roku (przy okazji obchodów tzw. dnia ojczyzny) nikt - z Eriką Steinbach na czele - nie zająknął się, iż jest to dzień wybuchu II wojny światowej, mimo że bez niej w ogóle nie doszłoby do wypędzeń.

Skuteczność metod

Zdumiewające są zresztą nie tyle metody, ile podatność na nie w politycznym establishmencie Republiki Berlińskiej. Bo nie w społeczeństwie niemieckim, które żyje innymi problemami. Przekonuje o tym nikły oddźwięk takich debat jak ta w Berlinie, albo analogiczna, która dzień później odbyła się we Frankfurcie nad Odrą, w niemieckich mediach - inaczej jest tylko wtedy, gdy podobne debaty toczą się w ramach bezpośredniej walki wyborczej.

Polityczne lobby wypędzonych ma charakter ponadpartyjny: opiera się na działalności funkcjonariuszy związkowych walczących o swoje być albo nie być i zakorzenione jest w aparacie administracyjnym RFN wszystkich szczebli. Niemniej nagła gotowość części SPD i Zielonych do poparcia inicjatywy berlińskiego Centrum Wypędzeń wydaje się w dużej mierze skutkiem starzenia się generacji 1968 roku, której protest w Niemczech wyrażał się m. in. w zbiorowym osądzeniu i odrzuceniu pokolenia ojców. Te zrewoltowane dzieci - pokolenie obdarzone "łaską późnych narodzin" i wyposażone w patriotyzm konstytucyjny, będące dzisiaj u szczytu władzy - dojrzewają teraz do "łaski późnych przeprosin" za moralną urawniłowkę, której wówczas poddali rodziców.

Tym bardziej, że z desperackiej energii "nowego początku" niemieckich uciekinierów i przymusowych przesiedleńców z krajów nadbałtyckich, Rosji, Polski, Czechosłowacji, Węgier zrodziła się - o czym w Polsce mało kto wie - ich znaczna rola w sukcesie Republiki Federalnej. Ważny jest także niezwykły i udany wysiłek zintegrowania tej znacznej, a ogołoconej ze wszystkiego grupy ludności w społeczeństwie zachodnioniemieckim, a także -mimo odmienności - w Niemczech Wschodnich. W tych ostatnich zresztą określenie się jako ofiara wypędzeń stwarza dziś dla wielu "Ossis" szansę identyfikacji z grupą społeczną postrzeganą przychylniej niż "enerdowcy".

Można i trzeba pokłonić się tym ludziom, przedstawić ich złożone i tragiczne losy, a także zasługi dla powojennych Niemiec - ale powinno sie to czynić w kontekście dwudziestowiecznej niemieckiej historii, a więc np. w Niemieckim Muzeum Historycznym w Berlinie, skądinąd właśnie odremontowanym. Traktowany w izolacji temat upamiętnienia wypędzeń Niemców może w swej ahistoryczności rodzić fatalne skutki. Wystarczy przywołać wyniki prac niemieckich badaczy, którzy ostrzegają przed rozbieżnością publicznego i prywatnego postrzegania historii najnowszej w pokoleniu młodych Niemców, a więc w pokoleniu wnuków.

W Republice Federalnej szkoła, uczelnie, media publiczne, muzea, miejsca pamięci i sale wystawowe - wydawać by się mogło wzorowo, a niekiedy aż do przesytu - wbijają wiedzę o zbrodniach III Rzeszy, Holocauście w ramach tzw. wychowania do demokracji i przezwyciężenia przeszłości. A jednak ponad 70% młodych Niemców - nie kwestionując tej wiedzy - wyklucza z niej swoich dziadków jako tych, ktorzy nie uczestniczyli w tym dokonywanym wspołnie złu. Gdyby w oparciu o ten prywatny obraz rekonstruować udział obywateli Niemiec w realizacji polityki Trzeciej Rzeszy, okazałoby się, że ogromna większość Niemców była przeciwna reżimowi, a bardzo wielu uczestniczyło w ruchu oporu, pomagało żydowskim współobywatelom, przymusowym robotnikom i więźniom obozów koncentracyjnych. Doprawdy nie wolno bezkarnie, a w dodatku świadomie pogłębiać takiej schizofrenii. Tymczasem planowane Centrum Wypędzeń wydaje się do tej roli wymarzone.

Można by zrozumieć powstanie w Niemczech (nawet w Berlinie) instytutu naukowego, prawdziwie międzynarodowego i w pełni apolitycznego, badającego fenomen przymusowych wysiedleń i czystek etnicznych w Europie XX w. Rację ma bowiem prof. Jerzy Holzer, mówiąc, że jedynie w perspektywie naukowej można tę tematykę traktować w oderwaniu od ludobójstwa, gwałtów, konfiskat i innych zbrodni oraz skutków działań wojennych.

W takim instytucie długoletnie - dobre i złe - zachodnioniemieckie badania na temat niemieckich wypędzeń mogłyby być wielką, także metodologiczną pomocą. Tym bardziej, że we wszystkich krajach byłego bloku wschodniego, także w NRD, badania takie były niemożliwe. Kilkanaście lat, jakie minęły od upadku muru, mimo znacznego zainteresowania tymi tematami historyków Europy Środkowo-Wschodniej, zapoczątkowały dopiero prace w tej dziedzinie. Taki instytut mógłby nosić imię Marion Gräfin Dönhoff.

Nie ma potrzeby zapewniać, że projektowane Muzeum Wypędzeń, zwane oficjalnie Centrum przeciw Wypędzeniom z siedzibą w Berlinie nie mogłoby nosić imienia tej wielkiej Niemki. Gräfin Dönhoff zbyt dobrze wiedziała i dowiodła tego swoim życiem, że ból i pokutę przeżywa się samemu, a dla świata trzeba z tego wynieść szczodrą obywatelską dzielność.

*


Starszy pan z berlińskiej dyskusji podszedł do mnie po jej zakończeniu. Wręczył mi swój wiersz. Oto jego ostatnia zwrotka:

Długo się sprzeczano
Czy Crossen pisze się przez C czy przez K
Zdecydowano się na K
I teraz miasto nazywa się Krosno.
Opuściłem je podczas śnieżnej zimy
To nie niewinność miała kolor biały.

(Wilfried C. Reinicke "Moje żydowskie wspomnienia", przeł. Paulina Schulz)

Nawojka Cieślińska jest historykiem i krytykiem sztuki; w l. 1991-1995 była radcą ambasady RP w Kolonii i dyrektorem Instytutu Polskiego w Düsseldorfie, w l. 1996-1997 dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Jest współzałożycielką Forum Doradczego ds. Rozproszonych Dzieł Sztuki. Mieszka w Warszawie i pod Monachium.
Fragment apelu

"Wspólna pamięć jako krok w przyszłość. Na rzecz Europejskiego Centrum przeciw Wypędzeniom, Przymusowym Przesiedleniom i Deportacjom - uczmy się wspólnie w Europie z historii":

"Opowiadamy się za utworzeniem Europejskiego Centrum przeciwko Wypędzeniom jako ośrodka dokumentacji, badań i spotkań. Decydujące znaczenie ma myśl, by koncepcja Europejskiego Centrum przeciwko Wypędzeniom od początku wypracowana została wspólnie przez różnych partnerów europejskich. Wspólnie powinna być również podjęta decyzja o przyszłej siedzibie takiej instytucji, jej źródłach finansowania i strukturze organizacyjnej.

Ukształtowanie takiego centrum jako projektu w przeważającej części narodowego, jak to w Niemczech planuje Fundacja Wypędzonych, wywołuje nieufność sąsiadów i nie może leżeć we wspólnym interesie naszych krajów. Kryje to w sobie niebezpieczeństwo przeciwstawienia cierpień jednych ludzi cierpieniom drugich i zlekceważenia bardzo zróżnicowanych przyczyn i kontekstów wypędzeń, przymusowych przesiedleń i deportacji".

lipiec 2003

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl