adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 29 (2819)
20 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz


Komentarze

Halina Bortnowska
Pytania o Ladan i Laleh


Zdarza się, że świat nagle skupia swą kapryśną uwagę na dramatycznej ludzkiej sprawie, pełnej bolesnych pytań. Ostatnio z przejęciem zajmowano się losem rozdzielanych bliźniaczek syjamskich z Iranu. Nie było happy-endu. Pytania stały się jeszcze bardziej natarczywe: czy słusznie podjęto ryzykowną operację?

Wielkość ryzyka to kwestia kalkulacji lekarzy. Można się domyślać, co wzięli pod uwagę, a jakich trudności nie docenili. Takie rozważania mogą snuć specjaliści. Wiemy jednak, że istotnym czynnikiem była nie tylko zgoda, lecz usilne życzenie samych bliźniaczek, dorosłych kobiet, wykształconych, zdolnych ogarnąć sytuację. Wiemy, że zdecydowały i że miały nadzieję, planowały każda swoją przyszłość. Może nie całkiem realistycznie, jakby pomijając długi okres walki z nieuniknionym nowym kalectwem pooperacyjnym, marzyły przecież o życiu.

Tak to sobie wyobrażam: operacja miała być jak skok przez Mur Berliński pod kulami, nie ku śmierci, lecz ku życiu, które będzie tego warte. Była jakaś szansa, mogło się udać. Nie powiodło się. Zostały dwa zmasakrowane ciała. I pamięć o wspólnej śmiałej decyzji dwóch bardzo dzielnych sióstr. A także tajemnica tej decyzji: nie wiemy, czy podjęły ją każda dla siebie, aby się wyzwolić, czy może jedna dla drugiej, aby obdarować wolnością? To już jednak nie nasza sprawa. Bóg to wiedział i wie. Trzeba Mu to zostawić.

Krzysztof Burnetko
Wielkie pożytki z wielkich skandali


Afera z posłem SLD, Andrzejem Jagiełłą, który ostrzegł podejrzewanych o powiązania z mafią partyjnych towarzyszy o grożącym im aresztowaniu, ma przynajmniej jeden pozytywny skutek: wróciła sprawa oddzielenia politycznej funkcji ministra sprawiedliwości od - w ideale ponadpolitycznej - funkcji Prokuratora Generalnego. Tym razem już w postaci publicznej obietnicy ministra Grzegorza Kurczuka, że do września trafi do Sejmu projekt przecinający tę - szkodliwą zwłaszcza dla wymiaru sprawiedliwości - pępowinę.

Skutkiem afery Rywina było m.in.: uświadomienie opinii publicznej mechanizmów towarzyszących tworzeniu prawa w III RP czy też zakresu władzy Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz stosunków panujących w tej instytucji. Tyle że tu - na razie - na uświadomieniu się skończyło.

Michał Zieliński
KRUS: krok w kierunku


Jedną z największych "studni bez dna" w gospodarce III RP jest Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego i obsługiwany przez nią Fundusz Emerytalno-Rentowy. Wydatki KRUS w ponad 95 proc. pokrywane są z budżetu państwa, a owe 95 proc. to w tym roku 15 mld 43 mln 199 tys. zł - czyli prawie dwa razy więcej niż całość nakładów ponoszonych na naukę i szkolnictwo wyższe.

Konieczność dotacji w tej skali wynika z dwóch powodów. Po pierwsze, składki ubezpieczeniowe w KRUS są niesłychanie niskie. Rolnik - bez względu na swoje dochody - płaci składkę emerytalną w wysokości 165,80 zł na kwartał. Natomiast najniższa składka emerytalna, jaką musi płacić osoba prowadząca pozarolniczą działalność gospodarczą jest dziewięciokrotnie niższa i wynosi kwartalnie 1400 zł. Po drugie, wcale nie trzeba być rolnikiem, aby zapisać się do KRUS-u. Wystarczy mieć hektar ziemi albo zająć się hodowlą (mogą być nawet psy rasowe albo złote rybki). I z tej furtki chętnie korzysta szereg przedsiębiorców pozarolniczych.

Od lat oczywista jest konieczność dwóch zmian. Większej, polegającej na podwyżce składki i powiązaniu jej wysokości z dochodami rolników oraz mniejszej, uszczelniającej system i uniemożliwiającej korzystanie z niego przez osoby spoza rolnictwa. Obydwie zmiany były jednak blokowane przez PSL, słusznie uważające, że emerytalne przywileje rolnicze przekładają się na poparcie wyborcze dla tej partii. Dlatego likwidacja kuriozalnego rozwiązania polegającego na podporządkowaniu instytucji finansowej, jaką jest KRUS, ministerstwu rolnictwa (w którym PSL także dzisiaj ma spore wpływy) i przekazanie nadzoru nad KRUS ministerstwu gospodarki jest krokiem w dobrym kierunku. Usuwa to bowiem część barier uniemożliwiających reformę ubezpieczeń rolniczych.

Część, ale nie wszystkie. Do wyborów bowiem coraz bliżej. I nie jest powiedziane, że politycy SLD nie dojdą do wniosku, że teraz to oni mogą zarobić (albo stracić) sporo głosów na emeryturach rolniczych.

Wojciech Pięciak
Padrone, Gerd, pasta - i basta!


Walka o honor narodowy czy o popularność? Celowa inscenizacja z podtekstem politycznym? Choć sezon urlopowy w pełni, między Rzymem a Berlinem trwa "zimna wojna". Jasna jest tylko jej chronologia. Bo interpretacji, dlaczego z niczego zrobiła się międzynarodowa awantura - jest tyle, że trudno zliczyć.

Zatem chronologia: 1 lipca Włochy obejmują przewodnictwo w Unii, a w prasie Europy pojawiają się komentarze, że włoski premier Berlusconi jest produktem Tangentopoli - czyli "państwa kolesiów", gdzie polityka miesza się z biznesem, a sądy słuchają władzy. Berlusconi bowiem łączy od lat biznes z polityką, jego przeszłość jest niejasna, jego rząd kontroluje media publiczne (a prywatne do Berlusconiego należą), jego koalicja przepycha ustawę, zawieszającą śledztwa przeciw premierowi. Najostrzejsze są komentarze z Niemiec: "Spiegel" nazywa Berlusconiego "ojcem chrzestnym" (Padrone). W Parlamencie Europejskim niemiecki poseł powtarza zarzuty wobec Włocha; a ten oferuje Niemcowi rolę kapo w filmie o kacetach. Przeprosin domaga się kanclerz Schroeder - jakby obrażono całe Niemcy. Przypadkiem (?) ktoś odkrywa, że drugorzędny włoski polityk (sekretarz stanu ds. turystyki) opublikował w lokalnym piśmie artykuł, niemieckich turystów nazywając "brzuchatymi, krzykliwymi i zarozumiałymi". Schröder odwołuje urlop we Włoszech. Berlusconi komentuje: "Żal mi go". To już afera międzypaństwowa. Zwykli Niemcy kanclerza popierają (ale do Włoch i tak pojedzie ich pewnie, jak co roku, 10 milionów) - odwrotnie niż opozycja i większość mediów: niemiecka prasa (poza bulwarowym "Bildem") decyzję tę uznaje za przesadną, jeśli nie głupią. I spekuluje: czy kanclerzowi chodziło o honor? A może o punkty w sondażach? Czy też o celowe wywołanie awantury: jako odwet za włoskie poparcie dla USA, albo o pokazanie, że to Niemcy ustalają w Unii kryteria, kto jest politycznie korrekt?

Jakkolwiek by było, pozostaje wątpliwość: czy to tylko nowy styl niemieckiej polityki zagranicznej (po Padrone wiele i tak nie można oczekiwać), czy coś więcej? Bo gdyby wszyscy stosowali miary, jakich trzymają się Berlusconi i Schröder, ruch dyplomatyczny między europejskimi stolicami zamarłby na dobre. I nie tylko europejskimi: przecież wielu niemieckich polityków publicznie szydziło z amerykańskiego prezydenta Busha, żadnych przeprosin nie było, a mimo to Urząd Kanclerski zabiega właśnie o audiencję dla swego szefa w Białym Domu. "Odmierzą wam taką miarą, jaką wy mierzycie"...

Andrzej Brzeziecki
Chodźmy na spacer


Od kilku tygodni do użytkowników internetu, i nie tylko, adresowano apel, by 15 lipca powstrzymać się od używania telefonów komórkowych w ramach protestu przeciw cenom usług oferowanych przez operatorów sieci. Taki jednodniowy "strajk" miał pokazać, że potrafimy obyć się bez przenośnych aparacików i w efekcie wymusić obniżenie usług. I słusznie, bo w Polsce w porównaniu z resztą Europy, a zwłaszcza z naszymi zarobkami, ceny rozmów czy smsów niskie nie są. Obecność tylko trzech podmiotów na rynku telefonii komórkowej nie skutkuje rywalizacją na ceny. Pomysłodawcom akcji należą się gratulacje za dobry pomysł. W demokracji społeczeństwo obywatelskie nie tylko głosując w wyborach może wyrażać swoje zdanie i walczyć o swoje prawa.

Ale nie powinniśmy się ograniczać tylko do operatorów telefonii komórkowej. Taki dzień bez dochodów przydałby się również Telekomunikacji Polskiej S.A., która - korzystając z odziedziczonej po PRL przewagi w infrastrukturze technicznej i stosując gierki prawne wyeliminowała potencjalnych konkurentów i utrzymała pozycję monopolisty. A miejskie przedsiębiorstwa komunikacyjne? Gdyby tak Polacy jednego dnia zrezygnowali z ich usług, może przyłożyłyby się do ich poprawy, choćby punktualności.

I wreszcie telewizja publiczna. Czerpiąca zyski i z abonamentu i reklam, a niewiele w zamian oferująca. Gdyby tak, jak przed 20 laty o 19.30, wyjść na spacer? Może gdyby reklamodawcy wiedzieli, że nie opłaca się w telewizji pana prezesa zamieszczać reklam, zmieniłaby się polityka osób odpowiedzialnych za jej program.

A pan Halber niech dalej do pana Kwiatkowskiego wysyła smsy...


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny