dotb.gif

„TP”, Nr 29 (2819), 20 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2819/felszumanska.php

Thassos, Cykady, Dimitri i Kostats

Ewa Szumańska


Thassos

Już myślałam, że takich miejsc nie ma. Że wszystkie zostały zabetonowane nadmorskimi promenadami, ciasno zabudowane wielkimi hotelami i sklepami, podziurawione basenami, wokół których tłoczą się na leżakach ludzie, rozmawiający przez telefony komórkowe. Że wzmacniacze i głośniki zamordowały każdą enklawę ciszy. Że morze stało się tylko terenem, po którym poruszają się wycieczkowe stateczki, wodne rowery, "banany" i smrodzące spalinami ślizgacze. A tu nagle wyłoniła mi się zapomniana Arkadia. Malutka, zielona, cicha, z życiem w zwolnionym tempie, z cudownym, pustym morzem... Na wyspie dowiedziałam się - może to nie jest oficjalna mitologia, ale taka lokalna, na własny użytek - że Thassos był bratem królewny Europy, którą porwał Zeus pod postacią byka. Brat wyruszył na poszukiwanie, ale kiedy podczas wędrówki, wylądował na niedużej, zielonej wysepce, tak się nią zachwycił, że osiadł tu na stałe, dał wyspie swoje imię i zapomniał o siostrze.

Specjalnie mu się nie dziwię. Na Thassos można zapomnieć nie tylko o Europie, ale o całym współczesnym świecie.

Cykady

Już myślałam, że ich nie usłyszę. Ich muzykowanie było nieodłącznym składnikiem śródziemnomorskiego świata, ale turystyczny zgiełk niemal zupełnie je zagłuszył. Tutaj znów mogłam przysłuchiwać się oszałamiającym koncertom. Jak poszczególne instrumenty w orkiestrze, tak tutaj odzywają się pojedyncze krzewy i drzewa. Jedno gra na cały regulator, potem raptownie milknie i rozbrzmiewa inne. Czasem odzywa się kilka naraz i wtedy całe powietrze dookoła rusza się i hałasuje tym przedziwnym, rytmicznym dźwiękiem, który działa na nerwy jak lek uspokajający. Podobno odgłos powstaje przez pocieranie łapkami o skrzydełka, a może łapką o łapkę? Może jest wabieniem samiczek, a może po prostu wyrażeniem radości z powodu ciepła i słońca? Każdy może sobie pod tę muzykę podkładać własną treść. Ja słyszę w niej zawsze - nie wiem czemu - tylko jedno rytmicznie powtarzane słowo: imię dalekiego, andyjskiego jeziora. Tak, jakby stamtąd przybyli praprzodkowie tych owadów i przekazali nazwę potomnym. Titi caca, titi caca, titi caca...

Dimitri i Kostas

Dimitri jest synem właścicielki hoteliku, czarno ubranej Greczynki ze śladami wielkiej urody. Jest przyjazny, radosny, pewny siebie. Jego brat urzęduje w recepcji, a on - w małej restauracyjce pod dachem z pnączów winogron - przyjmuje zamówienia i inkasuje rachunki.

Kostas tylko podaje do stołu, a kiedy przychodzi moment płacenia, skromnie się wycofuje. Prosi, aby mówić do niego po polsku, bo nie zna za dobrze angielskiego. Jest cichy, nieśmiały. Kostas jest Bułgarem. Stanowi cząstkę licznej grupy, która przybywa z sąsiadującego kraju do pracy. Sezonowej, lub stałej. Z greckimi właścicielami jest w dobrych stosunkach, ale musi zachowywać dystans. Kiedy dajemy mu napiwek, robimy to bardzo dyskretnie, bo może Dmitri byłby niezadowolony?

Tak już jest. Niemcy mają swoich Turków, Francuzi Algierczyków, my - Ukraińców. Globalny świat się wyrównuje, ale wszędzie są równi i równiejsi

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl