dotb.gif

„TP”, Nr 28 (2818), 13 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2818/main05.php


Spory - polemiki: wokół antykoncepcji

Bóg, biologia i trudne sytuacje

Artur Sporniak


Jakie wartości chroni zakaz stosowania antykoncepcji, tak stanowczo i wielokrotnie głoszony przez Urząd Nauczycielski Kościoła? Publikowane w "TP" nr 22/2003 artykuły Artura Sporniaka ("Seks, miłość i antykoncepcja") oraz o. Karola Meissnera OSB ("Niewłaściwe pytanie") rozpoczęły dyskusję, poszukującą odpowiedzi na to pytanie. Jednym z polemistów Sporniaka był Krzysztof Jankowiak; dziś publikujemy odpowiedź inicjatora debaty. Wszystkie teksty oraz listy na ten temat są dostępne na naszej stronie internetowej: www.tygodnik.com.pl/tematy/antykoncepcja.



Być może jestem w błędzie, ale pytania, które stawiam, są prawdziwe - Yves Congar

Najprościej różnicę w podejściu Krzysztofa Jankowiaka i moim do problemu antykoncepcji można określić tak: patrzymy z różnych miejsc i w odwrotnych kierunkach. Autor tekstu "Takie jest życie" ("TP" nr 25/03) spogląda na trudności małżeńskie z punktu widzenia doktryny Kościoła. Ja patrzę na doktrynę przez pryzmat życia małżeńskiego. Obie postawy mają pokusy, z którymi muszą się zmagać. Pokusą apologety jest naginanie rzeczywistości pod doktrynę. Pokusa krytyka jest odwrotna - naginanie doktryny pod rzeczywistość. Obie postawy mają swoje miejsce w Kościele: bez zaangażowania apologety trudno wyobrazić sobie ewangelizacyjną misję Kościoła. Bez ryzyka, które podejmuje krytyk, coraz lepsze zrozumienie doktryny i jej rozwój byłyby utrudnione.

Kłopotliwa dwuznaczność

Zacznijmy od dwóch spraw domagających się komentarza. Jankowiak pisze, że etyka katolicka nie zna pojęcia "niechciane dziecko". Pominę fakt, że zna pojęcie "adopcja", a oddanie dziecka do adopcji może być właśnie konsekwencją takiej postawy. (Pamiętam niezrozumiały ciąg pytań proboszcza, który przeprowadzał ze mną i moją przyszłą żoną egzamin przedmałżeński: "A co zrobicie, jeśli będziecie mieć czwarte dziecko? Piąte? A szóste, którego nie będziecie już w stanie wychować?" Okazało się, że właściwa odpowiedź brzmi: "Oddacie do adopcji".) Należy tu jednak rozróżnić dwie postawy: co innego nie chcieć dziecka już poczętego, a co innego nie chcieć poczęcia dziecka. Pary stosującej antykoncepcję nie musi automatycznie charakteryzować pierwsza postawa. Postawa druga jest oczywista także dla naturalnego planowania rodziny (NPR). Świadczy o tym wyrafinowany wybór chwili podjęcia stosunku seksualnego.

Powtarzam za Pawłem VI: małżonkowie mają prawo chcieć uniknąć poczęcia - pod warunkiem słusznych powodów. W niektórych okolicznościach są wręcz do tego moralnie zobowiązani. "Gdy istnieje powód, aby nie przekazywać życia, wybór taki jest godziwy, a może nawet być obowiązujący" - mówi Jan Paweł II (Przemówienie podczas audiencji w Castel Gandolfo, 17 lipca 1994 r.).

Według Jankowiaka postawa "otwarcia na życie" zależy od odpowiedzi na kilka pytań: "Czy małżonkowie rozumieją integralny związek seksualności z rodzicielstwem? Czy rozumieją, że jednym z fundamentalnych celów małżeństwa jest przekazywanie życia? Czy poczęcie i wychowanie dzieci jest dla nich radością i realizacją samych siebie, czy też spełnieniem obowiązku albo zapewnieniem sobie kogoś, kto będzie oparciem na starość? Czy rozumieją, że to Bóg jest Panem i dawcą życia i że Jego z tych spraw nie wolno wyrzucać?". Nie jest to oczywiste. O rozumienie, na czym polega "integralny związek seksualności z rodzicielstwem", toczy się właśnie spór na tych łamach. Zresztą, czy takie pytanie moglibyśmy sensownie postawić także małżonkom, którzy pobrali się w "jesieni życia"? A jeżeli nie, to czy ten związek rzeczywiście zawsze jest tak integralny? Na dwa następne pytania pozytywnie mogłyby odpowiedzieć również małżeństwa stosujące antykoncepcję. Ostatnim pytaniem zajmę się jeszcze w dalszej części tekstu.

Druga sprawa wiąże się z rolą współżycia i okresowej wstrzemięźliwości w małżeństwie. Czytając tekst "Takie jest życie", odniosłem wrażenie, że okresowa wstrzemięźliwość jest sama w sobie dobra. Otwiera na rodzicielstwo, wyrabia opanowanie, wymusza - nawet na najbardziej opornych - dialog małżeński, a ten z kolei wspomaga jedność. Jak to wygląda w rzeczywistości? W przypadku NPR zwykle po dwóch, trzech tygodniach milczenia seksualnego następuje kumulacja stosunków w okresie biologicznie najmniej sprzyjającym dla kobiety. Czy takie podwójnie nienaturalne zachowanie samo z siebie wyrabia opanowanie i służy małżeńskiej harmonii? Każda okresowa wstrzemięźliwość w małżeństwie, by mogła służyć miłości, wymaga uzasadnienia. Nie po to przecież bierzemy ślub, by uprawiać wstrzemięźliwość. Przy zagrożonej ciąży sprawa jest oczywista. W przypadku NPR właśnie o dostateczne uzasadnienie chodzi.

W materiałach propagujących NPR znaleźć można kłopotliwą dwuznaczność. Gdy rozważane są trudności z odpowiedzialnym rodzicielstwem, prawie automatycznie pomniejszana jest rola współżycia seksualnego, a dowartościowywana wstrzemięźliwość ("takie jest życie"). Gdy z kolei mowa o roli współżycia w małżeństwie, okazuje się, że jest ono samo w sobie niezwykle ważne. Są to dwa języki opisujące dwa różne światy.

Ta dwuznaczność nie jest obca także wypowiedziom Krzysztofa Jankowiaka. W tekście "Nie uchylajcie się od współżycia" (opublikowanym wspólnie z żoną w "Wieczerniku Domowym", piśmie Ruchu "Światło-Życie") Jankowiak lojalnie uprzedza czytelników, że traktuje okresową wstrzemięźliwość jako obiektywny czynnik regulujący współżycie. Niemniej to poważne ograniczenie tak naprawdę nie jest brane pod uwagę. Czytamy: "Ważne jest, by małżeńskie życie seksualne było regularne i ustabilizowane. Umożliwia to rozwój seksualny, stopniowe osiąganie coraz większych doznań i przeżyć. Regularne pożycie zaspokaja potrzeby seksualne małżonków. Ktoś słusznie powiedział, że łatwiej jest żyć w zupełnej wstrzemięźliwości niż prowadzić życie płciowe, które nie jest w dostatecznym stopniu regularne". Całkowita zgoda. I nieopodal, gdy mowa o tym, że nie istnieje idealny wzorzec częstości współżycia: "Każde małżeństwo kształtuje swój własny styl życia seksualnego, ustalając m.in. odpowiedni dla siebie rytm zbliżeń. Niektóre małżeństwa współżyją codziennie, inne raz czy dwa razy w miesiącu, bywają też i takie, które współżyją kilka razy dziennie". Kontekst rzeczywisty: przy nieregularnych cyklach nie jesteśmy w stanie z góry przewidzieć, jak długo przyjdzie nam czekać na współżycie "codzienne" lub "kilka razy na dzień". O jakiej więc "regularności" i "stabilności" mowa?

Tytułowe "Nie uchylajcie się od współżycia" wzięte jest ze słynnej wypowiedzi św. Pawła: "Niech mąż oddaje powinność małżeńską żonie, a żona mężowi. Żona nie może swobodnie dysponować własnym ciałem, lecz jej mąż. Podobnie i mąż nie może swobodnie dysponować własnym ciałem, lecz jego żona. Nie uchylajcie się od współżycia małżeńskiego, chyba za wspólną zgodą i tylko na pewien czas, aby poświęcić się modlitwie. Potem znowu podejmijcie współżycie, aby nie kusił was szatan, wykorzystując waszą niepowściągliwość" (1 Kor 7,3-5). I komentarz autorów: "Akt małżeński nie jest ewentualną możliwością, nie jest jakimś luksusem. Bóg nakazuje regularność w pożyciu, wzajemną dyspozycyjność seksualną". Bóg, który z jednej strony nakazuje regularność w pożyciu, a z drugiej domaga się, by tę regularność zaburzać?

Widać, że NPR wymaga solidnego uzasadnienia.

Kawa i antykoncepcja

Autor tekstu "Takie jest życie" pisze: "Uznanie Boga za Pana życia oznacza poszanowanie dla danego przez Niego rytmu płodności" (to odpowiedź na wspomniane czwarte pytanie). Zdanie to wprowadza w problem antykoncepcji perspektywę teologiczną. W swoim pierwszym tekście celowo unikałem tej perspektywy. Jeżeli zło antykoncepcji jest aż tak wielkie, powinno być ono zrozumiałe dla każdego, nie tylko dla wierzących. Okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta - moją wersję argumentu z "mowy ciała" czytelnicy łatwo podważyli (list Piotra Rafała Waszka w "TP" nr 24/2003). Przyjrzyjmy się zatem antykoncepcji z perspektywy teologicznej. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie wolno regulować natury ludzkiej, by lepiej w dzisiejszych warunkach życia realizowała swoje własne cele?

Wyobraźmy sobie, że jest pochmurny poranek, a my mamy wykonać jakąś pilną pracę. Sięgamy po kubek z kawą. Kofeina zawarta w tym płynie podnosi ciśnienie krwi. Dzięki temu nasze mózgi są lepiej ukrwione. Mimo niesprzyjających okoliczności zewnętrznych, możemy być sprawni. Pijąc kawę, nie zastanawiamy się jednak nad moralnym aspektem tej czynności. Nie myślimy o tym, że sztucznie i zewnętrznie ingerujemy w nasze ciała. Co różni tę sytuację od sięgania po hormonalne środki antykoncepcyjne w celu dostosowania układu rozrodczego do odpowiedzialnego rodzicielstwa?

Wierzymy, że w chwili poczęcia następuje szczególna interwencja Boża. Bóg stwarza człowieka, powstaje w zarodkowej formie osoba. Płodząc i rodząc dzieci uczestniczymy więc w dziele stwórczym. Dlatego układ rozrodczy, który to umożliwia, różni się od układu krwionośnego, a kawa od pigułki antykoncepcyjnej. Różnica ma charakter teologiczny, choć oba układy przynależą do biologii organizmu ludzkiego.

Podkreśla to Jan Paweł II. Wypowiedź, którą przytoczę, tłumaczy determinację, z jaką przeciwstawia się on sztucznej regulacji poczęć: "Początkiem każdej osoby ludzkiej jest stwórczy akt Boga - mówił Papież do uczestników seminarium "Odpowiedzialne rodzicielstwo" 17 września 1983. - Żadne istnienie ludzkie nie jest sprawą przypadku: człowiek jest zawsze celem stwórczej miłości Boga. Z tej podstawowej prawdy wiary i rozumu wynika, że zdolność do prokreacji, wpisana w płciowość człowieka, jest - w swej najgłębszej prawdzie - współdziałaniem ze stwórczą mocą Boga. Z prawdy tej wynika również, że mężczyzna i kobieta nie są arbitrami owej zdolności, nie są jej właścicielami, powołani w niej i poprzez nią do tego, by uczestniczyć w stwórczej decyzji Boga. I dlatego, kiedy małżonkowie - poprzez antykoncepcję - odbierają swej małżeńskiej płciowości potencjalną zdolność prokreacji, przypisują sobie władzę, która należy tylko do Boga: władzę ostatecznego decydowania o powołaniu do istnienia osoby ludzkiej. Przypisują sobie rolę nie współpracowników stwórczej mocy Bożej, lecz ostatecznych depozytariuszy źródeł ludzkiego życia. Oceniana w tej perspektywie antykoncepcja musi być uznana obiektywnie jako niegodziwa tak dalece, że nigdy, przy pomocy żadnej racji nie może być usprawiedliwiona. Myślenie lub głoszenie czegoś przeciwnego jest równoznaczne z twierdzeniem, że w ludzkim życiu mogą wystąpić sytuacje, które pozwalają na nieuznawanie Boga jako Boga" ("L'Osservatore Romano", ed. polska, nr 9/83).

Powaga tego argumentu ("nieuznawanie Boga jako Boga"), określonego w publicystyce teologicznej mianem "argumentu z bezbożności", każe się nad nim wnikliwie zastanowić.

Argument z bezbożności

Największe interpretacyjne kłopoty stwarza wyrażenie "Boska władza ostatecznego decydowania o powołaniu do istnienia osoby ludzkiej". Kojarzy się ono bowiem z kapryśnym Stwórcą, który płata małżonkom figle. Takie rozumienie prowadziłoby do paradoksalnego wniosku, że im mniej wiemy o naturalnym planowaniu rodziny, lub im bardziej niechlujnie stosujemy jego wskazania, tym większą oddajemy Bogu władzę ostatecznego decydowania o płodności. Kłóciłoby się to również z wielokrotnymi zachętami Kościoła, aby uczeni coraz dokładniej poznawali okoliczności poczynania się nowego życia. Po co - by wykradać Bogu jego Boską władzę?

Oczywiście, Papieżowi nie o to chodzi. Jego wypowiedź można zinterpretować następująco: wolą Boga jest, aby w okresach niepłodnych dziecko się nie poczęło. Małżonkowie, którzy nie chcą poczęcia dziecka i współżyją jedynie w okresach niepłodnych, postępują zgodnie z wolą Boga. Ci zaś, którzy pragną dziecka, współżyją w okresach, kiedy takie poczęcie jest możliwe, a więc chciane przez Boga. Nie chodzi o to, by Bóg zaskakiwał nas swoją wolą, tylko o to, by dostosować naszą wolę do Jego. W ten sposób stajemy się odpowiedzialnymi współpracownikami Boga w dziele stworzenia. Stosując zaś antykoncepcję, nie liczymy się z wolą Boga wyrażaną poprzez biologię naszych ciał. Ale gdy po wypowiedzeniu powyższego postawimy kropkę, narazimy się na nowe, poważne kłopoty. Można bowiem wyobrazić sobie sytuację, że ktoś umiejętnie stosuje NPR, by w ogóle wykluczyć rodzicielstwo. Zgodnie z powyższym rozumowaniem, nie postępowałby wtedy bezbożnie, a przecież skądinąd wiadomo, że współżyjący ze sobą małżonkowie powołani są przez Boga także do tego, aby byli rodzicami ("Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię"; Rdz 1,28). Mielibyśmy wtedy do czynienia ze sprzecznością: wypełniamy wolę Bożą (kochamy się tylko wtedy, kiedy Bóg nie chce poczęcia), by nie realizować woli Bożej wobec naszego małżeństwa! Widać zatem, że samo potraktowanie biologicznej informacji o płodności jako "woli Bożej" nie wystarcza. Taka "informacja" ma sens dopiero w szerszym kontekście odczytania planów Bożych wobec płodności konkretnego małżeństwa. Wola Boga co do ewentualnego poczęcia może być tylko jedna. Jeżeli jej "aspekty" nawzajem sobie przeczą, znaczy to, że źle ją ostatecznie odczytujemy. Jeśli małżonkowie stawiają informację o swojej płodności wyżej niż odczytane w sumieniu powołanie do rodzicielstwa, traktują wtedy Boga jak "automat" od stwarzania osoby ludzkiej (okresowo w swej "mocy stwórczej" nieczynny).

Jeszcze ostrzej paradoksalność i niewystarczalność argumentu z bezbożności, odniesionego jedynie do konkretnego aktu seksualnego poza szerszym kontekstem Bożych planów wobec małżeństwa, widać w przypadku małżeńskiego gwałtu. Zgodnie z przytoczonym rozumowaniem, jeśli mąż- -gwałciciel nie sięga po prezerwatywę, to jego czyn, choć skądinąd moralnie zły (niesprawiedliwy, godzący w godność kobiety i przeciwny miłości), nie jest czynem bezbożnym. Mąż nie odbiera bowiem małżeńskiej płciowości potencjalnej zdolności prokreacji, nie przypisuje sobie władzy należnej tylko Bogu, nie jest arbitrem i właścicielem zdolności prokreacyjnej, umożliwia zadziałanie stwórczej mocy i miłości Boga, objawiających się w poczęciu nowego życia. Tymczasem jest oczywiste, że małżeński gwałt jest bezbożny - w sposób istotny narusza bowiem Boże plany wobec płodności kobiety. Bóg jest wówczas niejako "przymuszony" uczestniczyć swą mocą stwórczą w tym niegodnym akcie. Zauważmy, że jakiś czyn jest albo nie jest bezbożny. Nie może to zależeć od perspektywy, z której się go ocenia.

Na pierwszy rzut oka oba przykłady falsyfikują argument z bezbożności. Wrażenie to spowodowane jest wieloznacznym językiem użytym przez Papieża. Metafory "arbitra", "właściciela", "ostatecznego depozytariusza", a zwłaszcza sformułowanie "odbieranie małżeńskiej płciowości potencjalnej zdolności prokreacji" sugerują, że bezbożność wprost polega na użyciu antykoncepcji. Tymczasem tak nie jest, o czym wystarczająco mocno świadczą obie opisane sytuacje. Jeżeli argument Jana Pawła II ma mieć sens, bezbożność należałoby dostrzegać na poziomie jakby o piętro wyższym - w postępowaniu, które wprowadza dysharmonię w odczytaną przez nas Bożą wolę. Bóg nie może zarazem chcieć i nie chcieć poczęcia. Skoro odczytaliśmy w sumieniu, że poczęcie kolejnego dziecka jest niewskazane, nie powinniśmy wobec tego współżyć w okresie płodnym, kiedy Bóg poprzez naszą biologię ewidentnie taką możliwość dopuszcza. Odpowiedzialne rodzicielstwo, szanujące Boga jako naszego Stwórcę i dawcę życia, byłoby zatem harmonijnym zgraniem w małżeńskim pożyciu obu "informacji": biologicznej - dotyczącej okresowej płodności, oraz osobowej - odczytanej w sumieniu, a dotyczącej powołania do rodzicielstwa (ile dzieci powinniśmy wychować i jaki jest najbardziej odpowiedni czas na ich poczęcie).

Tu jednak nie unikniemy pytania: a co z sytuacjami, gdy takiej harmonii nie udaje się bez naszej winy uzyskać? Czy wtedy antykoncepcja mogłaby być rozwiązaniem?

Kim jest Bóg?

Spróbujmy zanalizować następujące postępowanie: małżeństwo, które w sumieniu rozeznało, że poczęcie z ważnych powodów nie jest wskazane, czyni wszystko, co możliwe, by rozpoznać okresy niepłodne, i dodatkowo zabezpiecza się używaniem prezerwatywy. Czy ich postępowanie możemy nazwać bezbożnym? Jeżeli współżyją w okresie rzeczywistej niepłodności, wolą Boga jest, by dziecko się nie poczęło. Zgodne jest to także z odczytaną w sumieniu wolą Boga co do płodności małżeństwa. Prezerwatywa więc niczego tutaj nie zmienia. Wątpliwości mogą dotyczyć tylko tych ewentualnych stosunków seksualnych, które bez prezerwatywy byłyby rzeczywiście płodne. W takiej sytuacji mamy do czynienia ze wspomnianym konfliktem: w okresie płodnym Bóg chce poczęcia, co jest sprzeczne z wolą Bożą odczytaną w sumieniu. Niestety, małżonkowie nie potrafią z góry przewidzieć, które akty seksualne związane będą z taką dysharmonią. Trudno ich oskarżać, że czynią siebie arbitrami czy właścicielami zdolności do prokreacji, właśnie ze względu na ich troskę o rozeznanie i dostosowanie się do okresów niepłodnych. Mimo to, zgodnie z odczytanym przez nas argumentem z bezbożności, narażają się na działanie przeciwne Bogu. Czy jedynym rozwiązaniem takiej sytuacji jest całkowita rezygnacja ze współżycia?

Małżonkowie byliby wówczas zmuszeni zrezygnować bez swojej winy z tego, do czego zostali powołani w sakramencie małżeństwa ("będą oboje jednym ciałem"; Mt 19,5). Mamy więc do czynienia z dysharmonią na jeszcze wyższym poziomie. Czy rzeczywiście Bóg tego chce, skoro pobłogosławił ich oblubieńczą miłość?

Analiza argumentu z bezbożności doprowadza do ważnego wniosku: rozwiązanie problemu antykoncepcji zależy nie tylko od odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek w swej duchowo-cielesnej strukturze (na ten aspekt kładzie nacisk Jan Paweł II), ale także, a może przede wszystkim od tego, kim jest Bóg? Na czym polega Jego miłość wobec małżonków?

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl