dotb.gif

„TP”, Nr 28 (2818), 13 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2818/main02.php


W 60. rocznicę zbrodni w wołyńskim Porycku spotykają się
prezydenci Polski i Ukrainy


Tamtego lata w Kisielinie

Tomasz Potkaj


11 lipca 1943 roku Aniela Sławińska i Włodzimierz Sławosz Dębski, zamknięci w parafialnym kościele w Kisielinie, wraz z innymi mieszkańcami miasteczka przez kilkanaście godzin odpierali ataki oblegających ich oddziałów Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA). Obronili się. Tego dnia upowcy zamordowali jednak 86 innych mieszkańców Kisielina. 60 lat później Aniela Dębska z synem Krzesimirem i ekipą filmową Agnieszki Arnold pojechali na Wołyń, aby szukać świadków tamtych wydarzeń. Podróż ta była dla nich wstrząsem.

13 maja 2003 r. w Kisielinie padało. Tak samo jak wtedy, 11 lipca 1943 r., przed sześćdziesięciu laty. Od tamtej pory Aniela Dębska była tu wielokrotnie. Sama lub z mężem. Od czasu jego śmierci - zmarł pięć lat temu - już tylko sama. I zawsze kiedy tu przyjeżdżała, czuła to samo: irracjonalny, podskórny strach, który był silniejszy od niej. Bo przecież racjonalnie wiedziała, że dziś nic jej już nie grozi.

Tamtego Kisielina właściwie nie ma: na miejscu starych domów pobudowano nowe, miejsca po innych zajęły kołchozowe pola. Czasem zza kępy drzew wyłonią się fragmenty dawnych zabudowań. Ruiny kościoła nadal stoją jak stały, choć przez lata służyły jako materiał budowlany okolicznym mieszkańcom. A ci mówią, że ciągle jest to ziemia przeklęta: człowieka, który wszedł na wieżę kościoła chcąc zdjąć krzyż, zabił piorun; w chlewni wybudowanej z cegieł kolegiaty zdechły wszystkie świnie. Kogoś przejechał samochód. Innego zabili "nieznani sprawcy". Może dlatego, że mówił za wiele? W Kisielinie, 60 lat po tamtym lipcu, wciąż bezpieczniej jest milczeć. Ludzie z Kisielina pamiętają Dębskich. Pamiętają też matkę Anieli Dębskiej, Stanisławę Sławińską. Pamiętają, jak "polski doktor" Leopold Dębski ich leczył, jak przyjmował na świat ich dzieci. Te dzieci wtedy, w lipcu 1943 r., miały po kilka, może kilkanaście lat. - Więc dlaczego ich zabiliście? - Aniela Dębska musiała w końcu zadać to pytanie, które dręczyło ją przez wszystkie te lata.

13 maja 2003 r., stojąc przed ruinami kościoła w Kisielinie w otoczeniu ukraińskich mieszkańców, dawnych sąsiadów, usłyszała od nich: - Takie były czasy. Tak było trzeba.

Przepowiednia starej wróżki

Kiedy w 1915 r. - drugim roku Wielkiej Wojny - Anisja Iwanowna Czemierkina, Kozaczka z Kubania, jako mied-siestra ochotniczka wyjeżdżała na front, wróżka powiedziała jej: "Idi, idi, a najdiosz siebie ryżousowo Polaka". Miała rację: w szpitalu we Włodzimierzu Poleskim, gdzie dostała swój przydział, Anisja poznała Leopolda Dębskiego, przystojnego lekarza rodem z Kołomyi.

Sprawy poszły szybko i dwa tygodnie później Anisja miała już męża.

Po wojnie zamieszkali we Lwowie. Na świat przyszło dwóch synów: Jerzy i Włodzimierz Sławosz. Potem, w latach 30., rodzina przeniosła się na Wołyń: do Kisielina w powiecie Horochów.

Kisielin nad rzeką Stochod był przed wojną małym miasteczkiem jakich wiele: pokarmelicki kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia, cerkiew, dwie żydowskie bożnice, ruiny pałacu Olizarów. Z tysiąca mieszkańców połowę stanowili Żydzi, resztę Polacy i Ukraińcy, mniej więcej po równo. Wśród Polaków było sporo rzemieślników: część obsługiwała pałac hrabiego (w czasie I wojny światowej pałac został zniszczony i w latach 20. hrabiostwo Olizarowie wybudowali sobie dwór).

Wszyscy mieszkali obok siebie, pomagali sobie w pracach polowych, ich dzieci chodziły do jednej szkoły powszechnej (w której spotykały jeszcze dzieci niemieckie: za Kisielinem mieszkało kilka rodzin niemieckich osadników). W szkole każde dziecko uczyło się swojej religii. Ukraińcy mieli lekcje ojczystego języka. Aniela Dębska pamięta, że Polacy nazywali Ukraińców "Ruskimi".

Żyli obok siebie. Choć i trochę obok, jakby osobno. Nikt nie pamięta jednak, by zdarzyło się tu coś, co zasadniczo psułoby wzajemne stosunki.

Aż przyszedł tamten dzień. Tego dnia wybuchła wojna - i do Kisielina weszły obce wojska, przynosząc z sobą zaczątek tego, co miało się wydarzyć.

Aniela Dębska, wówczas jeszcze Sławińska, miała 14 lat. Jej przyszły mąż, Włodzimierz Sławosz, o trzy więcej.

Liczba zapisana na ich domach

Był 23 września 1939 r., późne popołudnie, kiedy mieszkańcy Kisielina usłyszeli warkot samochodów: cztery ciemnozielone ciężarówki i kilkunastu żołnierzy Armii Czerwonej w szarych szynelach i hełmach przyniosło im "wyzwolenie" od "pańskiej Polski". Weszli z zupełnie innej strony niż się ich spodziewano i dla niektórych był to znak, że ta wojna też będzie inna niż wszystkie.

Aniela Dębska wspomina pewną scenę: - Moja mama, która chodziła do szkoły w carskich czasach i biegle posługiwała się językiem rosyjskim, zapytała jednego z czerwonoarmistów, który wszedł do naszego ogrodu: "Jak tam u was"? Rozejrzał się wokoło i powiedział: "Ciotka, nie pytaj. Kłamać nie umiem, a prawdy powiedzieć nie mogę". Wkrótce mieszkańcy mieli się przekonać, jak jest naprawdę: nowe władze sowieckie sprawnie przeprowadziły głosowanie nad "przyłączeniem" zachodniej Ukrainy do ZSRR: każdy przyszły obywatel wchodził do lokalu wyborczego otoczonego wojskiem i milicją, i otrzymując do rąk jedną kartę ("za przyłączeniem") wrzucał ją do urny. Potem w Kisielinie pojawiła się tzw. kooperatywa (sklep, w którym stało popiersie Stalina, ale przeważnie nie było nic do kupienia). Zaczęły się polityczne mityngi. Utworzono kołchoz. A w okolicy zaczęły się masowe wywózki.

Te ostatnie na szczęście ominęły Kisielin, z którego zabrano tylko pojedyncze rodziny. Dębski wspominał, że od momentu wejścia Armii Czerwonej wszystkie dziedziny życia gospodarczego ustały: "Stanął handel, rzemiosło i wszelka wytwórczość. Nikt niczego nie budował, nie inwestował, nie naprawiał". Przed wojną w Kisielinie były 23 sklepy, teraz był jeden i jedna gospoda. Pojawiły się kolejki. W rozbudowanym urzędzie rejonowym pracowało niemal dwustu urzędników; przed wojną polski urząd gminy (obejmującej to samo terytorium) obsługiwało dziewięciu pracowników.

O możliwości wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej zaczęto w Kisielinie mówić wczesną wiosną 1941 r. Ci, którzy musieli pracować przy fortyfikacjach na pobliskiej granicy, opowiadali, jak niemiecki samolot ostrzelał ludzi kopiących umocnienia przeciwczołgowe albo jak "ruski" artylerzysta strzelił w przeciwną stronę. W gazetach, które można było kupić w kooperatywie, o wojnie nie było jednak ani słowa.

O świcie 22 czerwca 1941 r. mieszkańców obudził warkot samolotów. Kilkanaście godzin później przez Kisielin zaczęły przetaczać się oddziały Wehrmachtu. Przetaczały się tak pełne dwa tygodnie. Kiedy przeszły, pojawiła się ukraińska milicja z żółto-niebieskimi opaskami na rękawach. Śpiewali: "Smert, smert lacham, smert żydowsko-moskowskoj komuni".

Także po rozpoczęciu drugiej - niemieckiej - okupacji w Kisielinie wszystko się zmieniło. Zlikwidowano kołchoz, na dawne miejsce wróciły na polach kopce graniczne i miedze. Wprowadzono godzinę policyjną: dla Polaków i Żydów rozpoczynała się o osiemnastej, dla Ukraińców trzy godziny później. Zaczęły się przymusowe wywózki na roboty do Niemiec, które objęły przede wszystkim Polaków. I zaczęły się pierwsze mordy. Los Żydów kisielińskich był już przesądzony: 1 listopada 1941 r., w katolickim dniu Wszystkich Świętych, zamknięto ich w getcie. 15 sierpnia 1942 r., w dniu Wniebowzięcia NMP, Niemcy zamordowali ich wszystkich za terenem polskiego cmentarza.

W nocy z 14 na 15 marca 1943 roku 35 ukraińskich policjantów z Kisielina podporządkowało się rozkazowi dowództwa Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów - politycznej gałęzi ukraińskiego ruchu niepodległościowego (wojskiem jego była właśnie UPA) - i wypowiadając Niemcom służbę poszło do lasu. Tej samej nocy na wszystkich domach należących do Ukraińców ktoś napisał kredą liczbę "102". Jedni przypuszczali, że zrobiły to dzieci; inni, że sami Ukraińcy, chcąc odróżnić swoje domy od polskich. Ale po co? Dopiero po wojnie ci, którzy przeżyli, wpadli na makabryczne skojarzenie: 102 to liczba dni dzieląca dwie daty: 15 marca i 11 lipca.

W okolicy zrobiło się niebezpiecznie. Starsi zaczęli szeptać, że w odleglejszych powiatach Wołynia dzieją się straszne rzeczy, że Ukraińcy mordują Polaków. Wkrótce wśród nazw miejscowości, w których wydarzyć się miały mordy, pojawiły się pierwsze leżące na terenie ich powiatu. Coraz więcej ukraińskich mieszkańców Kisielina znikało: dołączali do leśnych oddziałów. Pewnej nocy "chłopcy z lasu" spalili trzy mosty na Stochodzie i szkołę. W pierwszych dniach lipca Kisielinem wstrząsnęła makabryczna tragedia: ukraiński policjant zamordował swoją żonę Polkę i dwóch synów.

Droga za dzwonnicę

Aniela Dębska pamięta, że tamtej niedzieli 11 lipca na śniadanie były pierogi: - Po tej stronie Bugu nazywają je "ruskimi", tam jednak nigdy tak się nie mówiło - precyzuje. - Robiłam je z siostrą i bardzo się z czegoś śmiałyśmy. Śpiewałyśmy też jakąś piosenkę. Rano przyszła Ukrainka, która pomagała nam w różnych pracach domowych. Widząc nasz śmiech zapytała nagle: "Didki, jeszczo wam choczetsia zapiwaty?". Ona już wiedziała. Ale skąd my mogłyśmy przypuszczać, że coś takiego nastąpi?

Ci, którzy z różnych przyczyn nie dotarli do kościoła, mogli mówić o szczęściu. Antoni i Stanisława Sławińscy, rodzice Anieli, zostali w domu. Kiedy Ukraińcy otoczyli kościół, uciekli przez okno i schronili się w ogrodzie. W domu zostali też Leopold i Anisja Dębscy. Maria Zinkiewicz z jednej z okolicznych wsi została zawrócona przed lasem przez oddział UPA. Powtórzyło się to, kiedy próbowała dojść inną ścieżką. Znajoma, babcia Szyszkowa, wybrała inną drogę i dotarła na sumę. Nigdy nie wróciła.

11 lipca 1943 r. suma rozpoczęła się o jedenastej, jak zwykle. Jak zwykle po nabożeństwie chór zaśpiewał pieśń "Żegnaj królowo". Gdy ludzie zaczęli wychodzić, kościół był już otoczony. Większość cofnęła się. Z kościoła przez boczną kaplicę przeszli do budynku plebanii. Włodzimierz Sławosz z bratem zaryglowali drzwi na pierwszym piętrze. Z góry obserwowali, jak Ukraińcy wyprowadzają tych, którzy się poddali. Szli drogą za dzwonnicę tak, jak chodzili w procesji. Po chwili padły salwy karabinowe.

Irena Olizarowska tego dnia została w domu, ojciec krzątał się na podwórku. W kościele była jej siostra. Z jej wspomnień: "Nagle zerwał się silny wiatr i trzaskał okiennicami. Chciałam je zamknąć. Wyszłam i zdrętwiałam. Ktoś biegł ulicą. Za nim krzyczał banderowiec. Padły strzały, sąsiadka przeraźliwie krzyczała". W kilka osób schronili się w sianie na strychu sąsiada-Ukraińca. Nie zastanawiali się, dlaczego nie było go w domu. Z tego strychu ich sąsiad widział, jak Ukraińcy mordują mu matkę. Inni trzymali go, żeby nie krzyczał.

Kiedy zamknięci w plebanii odmówili poddania się Ukraińcom, ci postanowili podpalić budynek. Mimo że jedyną bronią oblężonych - dowodził nimi Włodzimierz Sławosz Dębski - były cegły i siekiery, udało im się utrzymać do późnej nocy, kiedy oddział UPA wycofał się do lasu. Obrońcom pomógł deszcz: ugasił płomienie.

Tego dnia w kościele Ukraińcy zamordowali 82 osoby, cztery kolejne zginęły w czasie obrony. Ciała zamordowanych w kościele pochowano w rowie pod płotem, w parku hrabiów Olizarów. Po trzech dniach Ukraińcy polecili wykopać je i przenieść pod dzwonnicę na cmentarz kościelny.

11 i 12 lipca mordowano też mieszkańców okolicznych wsi: Rudni, Zapustu, Leonówki, Łukowa, Oździutycz, Twerdyń, Wysokiej, Antonówki, Dunaju, Żurawca, Adamówki, Warszawki, Jachimówki i innych. Mordy powtórzyły się 9 sierpnia. W czasie tych dwóch miesięcy w okolicy zginęło przynajmniej pięćset osób.

Wtedy, na plebanii, Dębskiemu odłamki granatu rozerwały nogę. Pierwszy opatrunek zrobiła obecna na strychu Aniela. Po opuszczeniu plebanii dwa dni spędził w stodole u ukraińskiej rodziny Parfieniuków, ale kiedy rany zaczęły ropieć, Ukrainka Paraska Padlewska podjęła się zawieźć go wraz z matką do Łokacz, gdzie prywatnie praktykował jeszcze carski lekarz o wymownym przezwisku Bohun. Amputował Dębskiemu nogę. Zdążyła odwiedzić go matka. Nie wiedział, że widzi ją ostatni raz w życiu.

Dalsze losy rodziców Dębski zrekonstruował wiele lat po wojnie w oparciu o relacje ukraińskich świadków. Anisja i Leopold wrócili do Kisielina, gdzie pozostała jeszcze garstka polskich mieszkańców. Może uwierzyli ukraińskim sąsiadom, którzy zapewniali, że UPA do Kisielina nie wróci? Może nie mieli dokąd uciec?

Dwa tygodnie po 11 lipca upowcy wyprowadzili z Kisielina jeszcze sześcioro Polaków. Wśród nich byli rodzice Włodzimierza Sławosza Dębskiego. W okupacyjnym Ausweissie Anisji Dębskiej ukraiński urzędnik gminy wpisał: narodowość ukraińska, upowcy chcieli więc puścić ją wolno. Została przy mężu, przy tym ryżousom Polaku, którego przepowiedziała jej wróżka.

A może było inaczej? Może Ukraińcy zabrali Leopolda do lasu, gdzie potrzebny był im jako lekarz? Może zabili go potem i pochowali gdzieś w lesie?

Aniela Dębska: - Spędziliśmy w Kisielinie jeszcze trzy kolejne noce śpiąc w stodole u naszego sąsiada Biliczuka. W czwartek rano zaszedł po ojca i powiedział, że przyszli "chłopcy z lasu" i chcieli z nim rozmawiać. Powiedzieli ojcu, że teraz możemy już czuć się bezpiecznie, żebyśmy wracali do domu, że przecież trzeba zebrać zboże. Kiedy odeszli, do ojca podszedł Biliczuk: "Nie słuchajcie ich. Dadzą wam zebrać zboże, ale chleba z niego już nie zjecie. Zbierajcie się i idźcie w świat". Poszliśmy do Zaturzyc. W Zaturzycach byli Niemcy, więc uznaliśmy, że tam nie grozi nam niebezpieczeństwo ze strony UPA. Potem znalazłam się we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie spotkałam Sławosza.

Dzięki kolegom z konspiracji Dębski trafił do szpitala. Tam spędził kilka miesięcy, wracając do zdrowia. W styczniu 1944 r. poszedł do lasu, do zgrupowania "Osnowa" 27. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej. Walczył we wszystkich bitwach 27. Dywizji, aż do jej rozbrojenia w lipcu 1944 roku w Skrobowie na Lubelszczyźnie. Do 27. Dywizji trafiła też Aniela. Ale przez wszystkie te miesiące nie wiedzieli nic o swoich losach. Spotkali się dopiero w Zamościu, po wojnie. Wzięli ślub, wyjechali w okolice Wałbrzycha. Tam przyszedł na świat ich pierwszy syn. Włodzimierz Sławosz skończył studia, komponował. Był nauczycielem, potem dyrektorem szkoły muzycznej w Kielcach i w Lublinie.

Pozostał wierny rodzinnej tradycji nadawania dzieciom słowiańskich imion. Przed wojną urząd nie chciał zgodzić się na jego imię Sławosz, więc ojciec dodał (rzadko przez niego używane): Włodzimierz. Sławosz to też imię jednego z trzech synów Dębskiego. W sprawie imienia Krzesimir trzeba było pisać aż do prezesa rady ministrów PRL - i decyzję w tej sprawie podjął sam Józef Cyrankiewicz.

Wiśnie z Wołynia

Syn, czyli Krzesimir Dębski - kompozytor, urodzony w 1953 r., w kilka miesięcy po śmierci Stalina, opowiada: - Mój ojciec był właściwie emigrantem wewnętrznym. PRL było miejscem, w którym żył, ale nigdy nie traktował go jako czegoś własnego. Czymś własnym był Wołyń. Nazwę tę usłyszałem we wczesnym dzieciństwie i potem towarzyszyła mi przez wszystkie lata, kiedy mieszkałem w domu rodziców. Rodzinną historię poznałem wcześnie, kiedy byłem małym chłopcem.

Pamiętam wizyty kolegów-partyzantów u ojca. Nie ukrywali przede mną tematów swych rozmów, nie kazali wychodzić do innego pokoju. Siedziałem przy stole i słuchałem. Moi rodzice przez wszystkie te lata żyli Wołyniem. Mały impuls powodował, że natychmiast ożywały wspomnienia. Kiedy na stole pojawiały się wiśnie, ojciec mówił do mamy: "na Wołyniu były najsmaczniejsze wiśnie, pamiętasz?".

Włodzimierz Sławosz Dębski przez wiele lat marzył o podróży na Wołyń. Marzenie spełniło się dopiero na początku lat 70.: pojechał do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej z oficjalną delegacją województwa lubelskiego.

Na miejscu zadziwił wszystkich: w rozmowach używał literackiego języka ukraińskiego, którego nauczył się w przedwojennej polskiej szkole.

Zatrzymali się w Łucku; do Kisielina jest stamtąd tylko dwadzieścia parę kilometrów. Pojechał, w tajemnicy, taksówką. W ZSRR na taką podróż trzeba było mieć specjalne pozwolenie. Ale kierowca, zupełnym przypadkiem, okazał się jego przedwojennym kolegą. Był listopad, błoto i nie dojechali na miejsce: Dębski zobaczył miasteczko z okolicznego wzgórza. Ruiny kościoła nadal stały, ale poza tym był to już inny Kisielin. Po powrocie do domu zaczął wracać do Kisielina swych wspomnień. Powstały pierwsze płótna, potem kolejne. Malował panoramy miasteczka, ujęcia kościoła, wydarzenia 11 lipca 1943 r. Obrazy wiszą dziś na ścianach jego lubelskiego mieszkania.

Włodzimierz Sławosz Dębski spisał też obszerne wspomnienia. Z pamięcią do szczegółów odtwarzał topografię miasteczka, kształt gontów, okiennic, studziennych żurawi. Latami prowadził w tej sprawie korespondencję z ocalałymi mieszkańcami: prosił o spisanie relacji, nadesłanie zdjęć. Z własnej woli i wewnętrznego przymusu stał się kronikarzem nieistniejącego świata, zaginionej Atlantydy własnego dzieciństwa i młodości. W latach 70. Dębski jeszcze kilkakrotnie odwiedził Kisielin. Na Ukrainie była również żona. W jedną z podróży zabrał syna Krzesimira. Zaczął korespondować z Ukraińcami; listy wystukiwał na przedwojennej (wyprodukowanej w Polsce) maszynie do pisania z ukraińskimi czcionkami. Kiedy w 1991 r. Ukraina uzyskała niepodległość, posłał ją ukraińskiemu MSZ - jako dar.

Do Lublina zaczęli przyjeżdżać "na handel" Ukraińcy z Kisielina, Łucka, Nowowołyńska. W mieszkaniu Dębskich zatrzymywały się dzieci i wnuki ludzi, których pamiętał sprzed wojny, i których poznał na miejscu. Przez kilkanaście lat przewinęło się ponad dwieście osób.

O czym nie mówi Andrej Sokoliuk?

Andrej Sokoliuk kisieliński kościół widzi codziennie ze swego okna. Jego chata stoi naprzeciw: w miejscu, gdzie przed wojną znajdowała się gospoda Bronisława Kaszewskiego, z którego synem się przyjaźnił. Gospody dawno nie ma, stary Kaszewski zaginął podczas wojny. Nazwisko młodego widnieje na dwóch pomnikach, upamiętniających ofiary tragedii.

Na pierwszym, postawionym jeszcze w czasach władzy sowieckiej, widnieje napis po ukraińsku: "Tu pochowani są radzieccy obywatele polskiego pochodzenia rozstrzelani przez ukraińskich burżuazyjnych nacjonalistów". Drugi pomnik w 50. rocznicę rzezi postawili Włodzimierz Sławosz i środowisko 27. Dywizji AK.

Włodzimierz Sławosz Dębski wielokrotnie rozmawiał z Sokoliukiem. Zawsze, ilekroć przyjeżdżał do Kisielina. Sokoliuk mówi dziś, że "Sławosz miał w Kisielinie osobistą sprawę": chciał poznać okoliczności śmierci swoich rodziców, dowiedzieć się, gdzie znajduje się ich grób. Sokoliuk za każdym razem wymawiał się od udzielenia dokładnej odpowiedzi. Że nie pamięta, nie widział, że nie żyją już świadkowie. Tłumaczył, że kiedy usłyszał strzały, uciekł do lasu, do miasteczka wrócił w nocy, gdy było po wszystkim.

Tak mówi. Inni mówią, że Sokoliuk wie dużo. Że sam miał kontakty z "leśnymi". Mimo wielokrotnych zaproszeń, Andrej Sokoliuk nigdy nie pojechał do Polski. Ukraińskiej dziennikarce, która przyjechała pisać o nim reportaż tłumaczył, że bał się zemsty Polaków. Ale nie powiedział, za co.

Niedawno, już po śmierci męża, Aniela Dębska dowiedziała się, że jakaś polska rodzina dokonała w Kisielinie ekshumacji. Prócz dwóch ciał w mogile znajdowały się jeszcze dwa inne. Ukraińcy, którzy wskazali miejsce pochówku twierdzili, że w tym miejscu pochowany został polski doktor i jakaś kobieta.

Robiąc film o rodzinie Dębskich - nosi on tytuł "Oczyszczenie" i zostanie wyemitowany 10 lipca w programie pierwszym TVP o godz. 22.20 - reżyserka Agnieszka Arnold trzykrotnie jeździła na Wołyń. Rozmawiała z mieszkańcami Kisielina i okolicznych wiosek, pytała, co się wtedy stało. Odkryła strach tych ludzi: to, że wciąż boją się mówić, jakby wszystko zdarzyło się wczoraj. Jakby żyli ci, którzy mogą ich za to ukarać. Jak wtedy, 60 lat temu, gdy za pomaganie Polakom UPA groziła śmiercią.

Tymczasem wielu z tych, co przeżyli, zawdzięcza ocalenie w jakiejś mierze innym Ukraińcom: tym, którzy ostrzegli, pomogli wydostać się, udzielili schronienia. Pogróżki i ostrzeżenia, które otrzymują ci, co mogliby mówić, brzmią poważnie.

Dlatego do montażu filmu Agnieszka Arnold przystępowała z oporami. Czy ma prawo wykorzystać to, co powiedzieli jej mieszkańcy, i co zarejestrowała kamera? Czy nie powtórzy się los kilku bohaterów jej filmu o Jedwabnem sprzed paru lat, którzy zostali przez mieszkańców miasteczka zaszczuci?

Ten film - tym razem o ukraińskich sąsiadach - Arnold chciała zrobić od dawna. Przynajmniej od 1994 r., kiedy historię rodziny opowiedział jej Krzesimir, autor muzyki do jej filmu o archiwum Ringelbluma. - Wymyśliłam jakiś pretekst i pojechałam do Lublina, do jego rodziców - wspomina Agnieszka Arnold. - Rozmawialiśmy długo, pan Sławosz pożyczył mi dwa tomy swoich wspomnień i wtedy przyrzekłam mu, że zrobię film o jego losach. Jednak kiedy zaczęłam rozmawiać na ten temat w ministerstwie kultury, powiedziano mi: "Nie ruszaj tego tematu". Potem usłyszałam coś o polskiej racji stanu.

Ale nie to było powodem, że temat musiał zaczekać: mniej więcej wtedy Arnold znalazła w Żydowskim Instytucie Historycznym relację Szmula Wasersztajna i pojechała do Jedwabnego.

Dopiero jesienią ubiegłego roku temat wołyński powrócił: TVP zaproponowała jej, by zrobiła film o Wołyniu. Włodzimierz Sławosz już nie żył. Reżyserka zaproponowała więc podróż jego żonie i Krzesimirowi. W maju tego roku wraz z ekipą filmową, panią Anielą i jej synem pojechała na wschód.

Najpierw była Kołomyja (stąd pochodził dziadek Krzesimira), potem Tarnopol, Stanisławów (dziś Iwanofrankiwsk), Lwów, Łuck, Włodzimierz.

Żal, nie nienawiść

- Kiedy przyjechaliśmy do Kisielina, padał deszcz - wspomina Krzesimir Dębski. - Stanęliśmy przed ruinami kościoła, zaczęli podchodzić mieszkańcy. Ktoś powiedział do mamy, że jestem podobny do dziadka. Że dobry był człowiek, bo "leczył mojego baciuszkę". Że odbierał porody, że mama mojej mamy, pani Stasia, wszystkim pomagała. Wtedy mama zadała to pytanie.

Krzesimir Dębski: - Rodzice przez wiele lat czuli żal. Właśnie żal, a nie nienawiść. Żal, bo to, co się stało, było dla nich całkowitym zaskoczeniem. Nie potrafili tego zrozumieć, wyjaśnić. Znali tych ludzi, pomagali sobie wzajemnie, przed wojną nie było żadnej wrogości. Aż przyszli Sowieci, potem Niemcy, i wszystko się zaczęło. Krzesimir Dębski napisał symfonię: chciał nią uczcić tych, którzy zginęli. Długo zastanawiał się, szukając odpowiedniego tekstu. W końcu sięgnął do "Antygony" Sofoklesa w łacińskim przekładzie.

Uważa, że tekst ten tłumaczy to, czego nie mogli zrozumieć jego rodzice. Brzmi: Nihil est homine mirabilius.

Nic dziwniejszego niż człowiek.

Zdjęcia z archiwum rodziny Dębskich

Pisząc tekst, korzystałem z obszernych wspomnień Włodzimierza Sławosza Dębskiego: "W kręgu kościoła kisielińskiego" (tom I w maszynopisie, tom II Lublin 1994) oraz z reportażu Natalii Malimon "Obce pomniki", opublikowanego w ukraińskim tygodniku "Wicze" (nr 18/2003).

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl