adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 28 (2818)
13 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Listy

Zobacz też listy w sprawie antykoncepcji


Po co ta afera?
Ociągałam się z zabraniem głosu w tej obrzydliwej dyskusji, ale w końcu muszę dorzucić swoje, może mało ważne "trzy grosze", bo widzę, że temat nie wygasa. Byłam studentką polonistyki tajnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przyjmował mnie na studia prof. Mieczysław Małecki, wspaniały uczony i przeuroczy człowiek. Skrupulatnie sprawdzał moje "referencje". Wiedzieliśmy, że pracuje w Ostinstitut. Ale przecież każdy z nas, uczestników różnych akcji podziemnych, gdzieś w jakiś sposób "pracował dla Niemców". Nawet kobiety przywożące ze wsi słoninę i kiełbasę (na własnym ciele, najczęściej pod sporą ilością halek i spódnic), często płaciły "bahnschutzom" (strażnikom kolejowym) haracz w naturze. Poza tym, kwitło łapówkarstwo.

O ile się orientuję, tajny UJ funkcjonował w kontakcie i pod zdalnym patronatem Rządu Polskiego w Londynie. Wkrótce po tzw. wyzwoleniu zaczęła się kampania oszczerstw, skierowana głównie przeciw profesorowi Małeckiemu. Nam, polonistom i slawistom, szczególnie bliskiemu. Pewnego dnia (był to chyba maj 1945 r.) po wykładach, w największej sali na pierwszym piętrze budynku przy ul. Gołębiej 20 zapełnionej do ostatniego miejsca, koledzy - przewodził akcji pełen temperamentu Zbigniew Gołąb (aresztowany w jakiś czas potem przez UB, w związku ze swoją dalszą działalnością; potem wyemigrował i został profesorem Uniwersytetu w Chicago) - zorganizowali coś w rodzaju wiecu protestacyjnego w obronie uwielbianego przez nas kierownika tajnych studiów - prof. Małeckiego. Postanowiono zwrócić się do władz i całego społeczeństwa za pośrednictwem prasy z odpowiednią informacją i protestem przeciw oszczerczym praktykom. Wybrano komitet redakcyjny w składzie: Zbigniew Gołąb, Wilhelm Mach i niżej podpisana (jedyna jeszcze żyjąca). Napisaliśmy oświadczenie w tej bolesnej dla wszystkich sprawie i podpisaliśmy je jako upoważnieni przez "zgromadzenie ogólne studentów filologii polskiej". Z tym pismem wybraliśmy się do redaktora naczelnego "Dziennika Polskiego", którym był znany i zasłużony w okresie okupacji polonista, Stanisław Witold Balicki (bywał jako gość na ściśle tajnych pokazach podziemnego Teatru Rapsodycznego, do którego należałam wraz z Karolem Wojtyłą). Red. Balicki przyjął nas uprzejmie, wyraził uznanie, że studenci podjęli tak szlachetną i słuszną inicjatywę, a nasze pismo zatrzymał z zapewnieniem opublikowania. Na tym się skończyło. Nasz protest ani wówczas, ani nigdy potem nie ujrzał światła dziennego. Może w archiwach "Dz. P." znalazłby się jakiś ślad? Wtedy jeszcze dziwiliśmy się, potem już przez wiele lat nie, ale żeby teraz, po blisko 60 latach i w wolnej III Rzeczypospolitej taka afera (z udziałem naukowców?) była możliwa? Jak mawiał wielki aktor Jerzy Leszczyński - czas umierać.

DANUTA MICHAŁOWSKA
(Kraków)

Materiały na ten temat znajdują się też na naszej stronie internetowej: www.tygodnik.com.pl/tematy/kolaboranci

Laboratoria elit
Nawiązując do tekstów o duszpasterstwach akademickich ("TP" nr 19, 20, 21, 23/2003), które pokazując historię wzbogacają teraźniejszość, chciałabym opisać swoje doświadczenia z pobytu w duszpasterstwie toruńskim w latach 1946-51. Początkowo duszpasterzem był ks. Zygfryd Kowalski (późniejszy biskup pelpliński), oddziałujący przede wszystkim przez liturgię, co trafiało do nie dość szerokich kręgów. Po nim duszpasterzami byli dwaj jezuici: o. Stanisław Bajko i o. Mieczysław Nowak. Poza niedzielnymi i codziennymi Mszami "akademickimi" urządzali dni skupienia; trzydniowe, zamknięte rekolekcje oparte na ćwiczeniach duchowych św. Ignacego i ogólne rekolekcje wielkopostne; wieczorne wykłady z dziedziny teologii i chrześcijańskiej filozofii, dopełniane lekturami wypożyczanymi z biblioteki duszpasterskiej, a pogłębiane podczas małych spotkań dyskusyjnych. Czytaliśmy wtedy encyklikę Piusa XII o Ciele Mistycznym Chrystusa, "Istotę katolicyzmu" Karola Adama, "Byt. Zagadnienia metafizyki tomistycznej" Stefana Swieżawskiego oraz "Między heroizmem i bestialstwem" ks. Konstantego Michalskiego. Sporo dawały niedzielne kazania (Konrad Górski nazywał o. Mieczysława Norwidem na kazalnicy) i, jeśli ktoś chciał, kierownictwo duchowe w konfesjonale. Do tego dochodziły wakacyjne obozy wypoczynkowe i formacyjne.

Jako, że do 1949 r. katolicy i marksiści prowadzili ożywione dyskusje, chcieliśmy w nich brać udział i przygotować się do tworzenia kultury katolickiej. Działo się to głównie w ramach organizacji akademickich: Caritasu, Juventusu i Sodalicji, oddających się również działalności charytatywnej i apostolskiej. Pamiętam, że jako studentka prowadziłam Krucjatę Eucharystyczną - organizację dla dzieci szkół podstawowych, oraz zorganizowałam w diecezji włocławskiej obóz formacyjny dla kierownictw Sodalicji w szkołach średnich. Moderatorem Związku Sodalicji Akademickich był o. Tomasz Rostworowski SJ. Władze komunistyczne rozwiązały związek w 1947 r., a sodalicje przestały istnieć, razem ze wszystkimi organizacjami kościelnymi i katolickimi, dwa lata później. Wtedy zaczęliśmy organizować małe grupy nieformalne i "rekolekcje rozszerzone" - sesje formacyjne, podczas których od wieczornej konferencji i modlitwy adoracyjnej do porannej Mszy panowały cisza i skupienie.

W jednym z tekstów pojawiła się wzmianka o Sodalicjach, stowarzyszeniach "dewocyjnych". Epitet "dewocyjny" ma zabarwienie ujemne, myślę, że chodziło tu raczej o to, że były to organizacje kościelne z moderatorem-kapłanem. "Dewocyjność" Sodalicji polegała na tym, że członkowie byli statutowo zobowiązani do: częstego przystępowania do sakramentów świętych, codziennej medytacji i lektury duchowej, pracy nad sobą i dążenia do zjednoczenia z Bogiem (wspomaganego przez stałe kierownictwo duchowe) oraz do bycia świadkiem i apostołem w swoim środowisku. Opisałam swoje wspomnienia, aby postawić jedno pytanie: czy mielibyśmy dziś takie elity, zwłaszcza te przyznające się do Kościoła i katolicyzmu, gdyby otrzymały one w młodości "dewocyjną" formację?

S. ALINA MERDAS RSCJ
(Warszawa)

To nie ten Henio
Felieton Czesława Miłosza "Jaki Henio?" ("TP" nr 26/2003) nie był dla mnie zaskoczeniem, ponieważ Miłosz przed jego napisaniem porozumiewał się ze mną telefonicznie, jako z jednym z tych, co okoliczności druku Tuwimowskiego wiersza "Wiec" mogli - z racji wieku - pamiętać. Wyraziłem Mu wówczas moje ogromne zdziwienie supozycją, że ktoś mógł owego "jakiegoś henia" czy też "strasznego henia" z wiersza Tuwima kojarzyć z osobą Henryka Dembińskiego. Tuwim wprawdzie na sprawy polityczne patrzył po trosze okiem "zaświatowego" poety, ale nie tak dalece, by mieszać wykreowane przez siebie uosobienie wiecowej agresywności i chamstwa jakiegoś prymitywnego lumpa, wywiedzionego z własnej wyobraźni "mętnego henia" (imię zupełnie przypadkowe, równie dobrze mógł być Felek czy Franek) - z osobą wybitnego, młodego działacza wileńskiego "Odrodzenia", Henryka Dembińskiego. Tuwim mógł w 1932 r., kiedy wiersz "Wiec" wydrukował, o Dembińskim jeszcze wcale nie słyszeć. W końcu 37-letni głośny poeta u szczytu sławy i powodzenia nie musiał interesować się zaczątkiem wileńskiego ruchu młodzieżowego, który dopiero w kilka lat potem, dzięki pierwszym publikacjom "Żagarystów" nabrał rozgłosu. Jeżeli natomiast cokolwiek o Dembińskim słyszał, na pewno nie mógł, nawet w najbardziej nieokiełznanej wyobraźni autora "Biblii Cygańskiej" zmienić się w postać "mętnego henia" z wiersza "Wiec".

Dlaczego więc Miłosza tak znęciło owo paradoksalne i w moim przekonaniu mylące skojarzenie? W felietonie i rozmowie ze mną Miłosz powołał się na sugerujący powiązania "mętnego henia" z Dembińskim przypis w wydaniu "Wierszy wybranych" Tuwima w Bibliotece Narodowej. Sięgnąłem po ów tom, wydany przez Ossolineum w opracowaniu Michała Głowińskiego. Wzmiankowanego przypisu w nim nie znalazłem. Zadzwoniłem więc do Michała Głowińskiego, który mi wyjaśnił, że przypis taki faktycznie zamieścił w jednym jedynym, drugim wydaniu "Wierszy wybranych" Tuwima, po czym w następnych wydaniach przypis ów skreślił. Supozycja o rzekomym związku "mętnego henia" z Henrykiem Dembińskim pochodziła, okazuje się, od skrzętnego badacza, jakim był nieżyjący już autor bibliografii dzieł Tuwima, Janusz Stradecki. Była to jednak supozycja ustna, którą Głowiński w pierwszej chwili uznał za na tyle interesującą, że ją w przypisie odnotował, ale następnie, po gwałtownym proteście żyjącej jeszcze wtedy Zofii Dembińskiej, wdowy po Henryku, z kolejnych wydań wierszy Tuwima w "Bibliotece Narodowej" usunął. Sam Głowiński w rozmowie ze mną przyznał, że hipoteza Stradeckiego wydaje mu się dość dowolna i paradoksalna. Jestem tego samego zdania i - wbrew temu, co sugeruje Miłosz, że hipoteza o związku "mętnego henia" z Dembińskim jest "prawdopodobniejsza", skłonny jestem uważać za nie tylko bardziej prawdopodobne, ale nieomal pewne, że Tuwim, pisząc wiersz "Wiec", swojego "mętnego henia" wcale z Dembińskim nie kojarzył.

RYSZARD MATUSZEWSKI
(Warszawa)

Tylko patrzeć?
Interesuje mnie wszystko, co dotyczy Eucharystii, toteż z zaciekawieniem przeczytałem artykuł ks. Dariusza Kowalczyka SJ "Procesja wokół Wieczernika" ("TP" nr 25/2003). Śmiem jednak twierdzić, że przedstawiona w tekście argumentacja nie jest przekonująca. Może i lud obawiał się przystępować do Stołu Pańskiego, ale główną przyczyną zaniechania praktyk liturgicznych były zachodzące zmiany w świadomości wiernych powstałe na tle sporów, niepokojących problemów teologicznych i zaniedbań w należytym usposabianiu i uczestnictwie wiernych we Mszy. To właśnie postępująca deformacja Mszy doprowadziła do tego, że wierni przestali uczestniczyć w obrzędach Komunii św., ograniczając się do "oglądania Ciała Chrystusa" w czasie tzw. Podniesienia. Tak wierni nazywali uczestnictwo we Mszy i tak też zrodziła się adoracja Najświętszego Sakramentu poza Mszą. Punktem szczytowym adoracyjnego kultu było ustanowienie i rozpowszechnienie święta Bożego Ciała z jego teoforyczną procesją.

Ks. Kowalczyk napisał, że "protestanci mają kult Słowa Bożego, prawosławni wspaniały kult ikon, a Kościół katolicki otrzymał w darze kult eucharystyczny". Lepiej byłoby chyba powiedzieć, nawiązując do kultu świętych ikon, że i Kościół katolicki dysponuje obrazami, związanymi z kultem świętych, bo porównanie Księdza sugeruje, jakoby tamte Kościoły były pozbawione przeżyć związanych z Eucharystią.

Na wybór: adoracja czy wieczerza, odpowiedziałbym: adoracja wieczerzy. Nie jestem przeciwnikiem adoracji Najświętszego Sakramentu poza celebracją Mszy, ale Najświętszy Sakrament nie jest na pokaz. Nie po to ustanowił go Jezus, byśmy go tylko oglądali, jakby na wystawie. Pełna adoracja Najświętszego Sakramentu dokonuje się w sercu celebracji Mszy. Adorujemy dar zbawiennego Posiłku i przyjmujemy Go z dziękczynieniem.

HENRYK HYDEL
(Wrocław)

Przeciw dowolności
Wydaje się, że Stanisław Bajtlik, autor tekstu "Etyka na wagę" ("TP" nr 26/2003), nie rozumie, że punktowe kodeksy są po prostu "mniejszym złem", a rolą nauczycieli jest takie przedstawienie kodeksów dzieciom, aby nie zrozumiały ich opacznie i rzeczywiście nie zaczęły mówić: "Jestem wzorowy, bo mam 200 punktów, a ty zaledwie bardzo dobry, bo masz jedynie 199". Niewłaściwe stosowanie kodeksów wynika z nadgorliwości twórców. Istnieje przecież, jak pisze Bajtlik, możliwość uznaniowego przyznania sporej liczby punktów przez dyrektora czy radę pedagogiczną.

MARCIN PRZYCHODNIAK
(Poznań)

Ślązacy są narodem
Cieszę się, że wiadomość o nieidentyfikowaniu się z narodowością polską znacznej części ludności Śląska (nie uważającej się przy tym za Niemców; tych jakoby jest "tylko" około 153 tys., co - moim zdaniem - jest wciąż liczbą grubo przesadzoną) wreszcie zostanie zauważona przez polską opinię publiczną. Być może upadnie w końcu mit o rzekomej tożsamości wszystkich(!) Ślązaków, nie czujących się Niemcami, z Polakami. Wyniki Narodowego Spisu Powszechnego cieszą mnie nie z powodu "zepchnięcia" mniejszości niemieckiej na drugie miejsce (według danych z artykułu Zbigniewa Lentowicza "Nie lękajcie się spisu", "Rzeczpospolita" z 28 lutego 2002 r., Niemców, jako najliczniejszej mniejszości etnicznej w Polsce, miało być 300-500 tys.), lecz dlatego, że przybliżają nas one do poznania prawdy.
Bogaty w rzetelne informacje artykuł Krzysztofa Karwata ("TP" nr 27/2003) budzi jednak moje wątpliwości. Autor neguje istnienie narodu śląskiego. Dla mnie tymczasem naród ten, choć w stadium zalążkowym, które nie musi przynieść dojrzałych owoców, jednak już istnieje. Nikt nie potrafi przewidzieć jego przyszłości. Życzę jednak owemu narodowi in statu nascendi jak najlepiej, łącznie z sukcesem wypracowania normy śląskiego języka literackiego (byle nie rozpoczął jego tworzenia od przekładu Pisma świętego, bo na to, z różnych powodów, jest jeszcze za wcześnie). Byłoby niedobrze, gdyby w niepodległej Polsce, wchodzącej do Unii Europejskiej, nadal (tak jak w okresie międzywojennym czy w PRL-u) kogokolwiek zmuszano do bycia Polakiem. Owe 173 tys. Ślązaków wyraźnie zaznaczyło, że Polakami nie są. Nie chciałbym żyć w kraju, w którym ich wola miałaby nie zostać uszanowana.

ANDRZEJ PISOWICZ
(Kraków)

Pomógł Papież
W tekście Marka Zająca "W jedności podzieleni" ("TP" nr 25/2003) znalazło się stwierdzenie, z którego wynika, że moim zdaniem "tylko 3 proc. społeczeństwa uwzględniło zdanie Papieża, podejmując decyzję w referendum". Nie wiem, na jakiej podstawie autor wyciągnął te wnioski, ponieważ w moich komentarzach, które ukazały się bezpośrednio po referendum (w "Gazecie Wyborczej" i "Rzeczpospolitej"), podkreślałam wpływ postawy Papieża na głosowanie Polaków. Mogłam jedynie w jakiejś wypowiedzi powołać się na wyniki komunikatu Centrum Badań Opinii Publicznej z czerwca br., według którego 3 proc. badanych stwierdziło, że stanowisko Papieża wpłynęło na zmianę ich wcześniejszej decyzji, a 17 proc. oświadczyło, że utwierdziło ich w słuszności decyzji. Między innymi przekonanie niezdecydowanych wpłynęło na pozytywny wynik referendum, co w dużej mierze zawdzięczamy Janowi Pawłowi II.

Prof. LENA KOLARSKA-BOBIŃSKA
dyrektor Instytutu Spraw Publicznych

Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny