adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 28 (2818)
13 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Festiwalowa podróż po przedwojennych sztetlach

Droga na Północ

Agnieszka Sabor


Ta podróż, zorganizowana w ramach kolejnego Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, miała być smutnym potwierdzeniem oczywistych wyobrażeń. Podróż śladami żydowskiego życia na Kielecczyznę, do krainy zapomnienia. Jeśli pamięci - to tylko tej złowrogiej, o pogromie z 4 lipca 1946 roku. Jednak potwierdzenia stereotypu nie było.

Przed laty było tu zupełnie inaczej. W "Świecie Szolema Alejchema" (książka M. Samuela wydana w Nowym Jorku w 1943 roku) ciągle jeszcze widać "drewniane domy, stłoczone w zupełnym nieładzie wokół rynku (...) przeludnione niczym slumsy wielkich miast (...). Ulice są tak przepełnione udręką jak talmudyczny argument. Są pokręcone jak znak zapytania i wtrącone w nawias. (...) Pośrodku leży rynek ze sklepami, stoiskami, ławami i jatkami. Codziennie - z wyjątkiem zimy - przyjeżdżają chłopi i wiejskie kobiety z okolic oddalonych o wiele mil, przywożąc zwierzęta, warzywa, ryby i dziczyznę. (...) W zamian kupują miejskie wyroby sprowadzane przez Żydów - kapelusze, pantofle, buty z cholewami, lampy, naftę, szpadle i motyki. Tumult na rynku (...) to istny cud świata."


Synagoga w Szydłowie


Działoszyce

Kiedy dziś wjeżdża się do Działoszyc, w których przed II wojną światową mieszkało około 6000 Żydów, stanowiąc 80% ogółu mieszkańców - trudno usłyszeć niegdysiejszy gwar. Historia działoszyckich Żydów zakończyła się jesienią 1942 roku - masowym mordem w pobliskim lesie oraz deportacjami do Treblinki.

O tutejszej synagodze czytamy: "Zbudowana w 1852 roku wedle projektu Felicjana Frankowskiego, w czasie wojny zdewastowana, po wojnie opuszczona i stopniowo niszczejąca; zachowały się fragmenty napisów hebrajskich na szczytach budynku, wewnątrz - resztki malowideł". Opis pochodzi z wydanej w 1996 roku książki Eleonory Bergman i Jana Jagielskiego, na miejscu okazuje się jednak, że po polichromiach i napisach nie ma już śladu. Niedawno runął dach, a ruiny sąsiadującego z synagogą domu kahalnego są niemal niewidoczne wśród rozrastających się szybko drzew.

Wrażenie przygnębiające, ale tego się przecież spodziewaliśmy. Nagle zjawia się jednak niespodziewany "lokalny przewodnik" - trzydziestolatek w przeciwsłonecznych okularach, tutejszy biznesmen, właściciel firmy produkującej opakowania. Sławomir Pyła skrzyknął okoliczną młodzież, kilka, może kilkanaście osób: uczniów, rolników, bezrobotnych. Razem próbują dowiedzieć się czegoś o historii miasteczka, w którym większość domów zbudowano po wojnie. Stare spłonęły w 1945.

Najwięcej znaleźć można w internecie i to niemal wyłącznie po angielsku. Działoszyce należą do tych czterystu polskich miasteczek, które zostały opisane po wojnie przez swoich byłych, uratowanych z Zagłady mieszkańców w Księgach Pamięci. To naprawdę jedyne źródło. Z Ksiąg dowiadujemy się, że w XIX wieku to miasteczko na skraju carskiego imperium żyło ze szmuglu. Z austriackiego Krakowa przemycano najdziwniejsze towary, choćby korale, które stąd wędrowały dalej aż na Syberię.

Shlomo Gertler wspomina, że targi były tu we wtorki i piątki, kiedy zjeżdżali do miasteczka okoliczni chłopi ze swoimi towarami, a sami kupowali niezbędne im produkty w 100-120 sklepach i straganach. Pamięta fury, które dawały pracę 60 rodzinom - nie przebiegała tędy linia kolejowa, a jakoś trzeba było dotrzeć do rynków zbytu tutejszych płodów rolnych, do Sosnowca, Będzina, Dąbrowy.

Abraham Langer w ciągu czterech lat zdążył zobaczyć w Działoszycach Rosjan, Austriaków i żołnierzy Hallera. Jeden z nich obciął brodę Jankielowi Skopeckiemu i zabrał mu złoty zegarek. W 1918 roku przez miasto przeszła epidemia tyfusu, a w 1936 powódź, po której polski rząd odbudował zniszczone domy. Żydzi byli członkami tutejszej Ochotniczej Straży Pożarnej, a jeden z nich został zastępcą burmistrza.

Nasz przewodnik prowadzi nas pod wzgórze, na którym znajdował się cmentarz żydowski, kompletnie zniszczony w czasie wojny, gdy dokonywano tu zbiorowych egzekucji. Gmina postawiła tu kiedyś monument, o którym natychmiast zapomniano. Aż do czasu, kiedy kilka osób odnowiło go własnym sumptem, a miejscowy biznesmen przysłał spychacz, który wykarczował drogę do pomnika. Wygląda on teraz trochę jak katolickie kapliczki przydrożne; wybielony, z menorą uważnie pomalowaną błękitną farbą.

To wszystko wydarzyło się przed kilku tygodniami. Na pytanie, jak do tego doszło, żona biznesmena, która pojawiła się niemal niezauważenie, odpowiada: "Było nam już po prostu trochę wstyd". Jej mąż zastanawia się teraz, skąd wziąć pieniądze na uratowanie synagogi. Pińczów Atmosfera pionierskiego zmagania się z historią towarzyszyła nam odtąd przez cały dzień. W Pińczowie powitał nas Jerzy Znojek, dyrektor Muzeum Regionalnego. Kiedyś popularne były powiedzonka "Paryżanka z Pińczowa" (określenie równie ironiczne, jak galicyjski "Londyńczyk z Drohobycza"), albo "Dnieje jak w Pińczowie". To drugie, jak twierdzi Singer w "Sztukmistrzu z Lublina", wzięło się stąd, że w miasteczku nad Nidą wyrabiano sery, które dojrzewały na dachach tutejszych domów, fosforyzując w nocy.

Dyrektor opowiadał o rodzinie Myszkowskich, która w 1592 roku założyła przy Pińczowie miasto Mirów i osiedliła tam Żydów. O odbywających się tutaj od 1658 roku obradach Sejmu Żydów Korony, nazywanego też Sejmem Czterech Ziem. O pogrzebie wielkiego rabina Teomina Aarona ben Mojżesza z Wormacji, który w 1690 roku niedaleko stąd został zamordowany. O wydanej w 1898 roku noweli Natana Zylbersteina "Hanele", której akcja toczy się właśnie w Pińczowie. O Stanisławie Kwietniu, kierowniku Szkoły Powszechnej, który w 1935 roku pisał do Inspektora Szkolnego: "W ciągu ubiegłego tygodnia w tutejszym kościele parafialnym odbywały się misje. W czasie kazań, jakie miał nieznany mi misjonarz, były głoszone nie licujące z powagą kościoła hasła, między innymi nastawiające wrogo ludność katolicką do żydowskiej...". O żydowskich partyzantach Zejmanie Fajnsztajnie i Michale Majtku, walczących w lasach chroberskich do lata 1943 roku. Oraz o ostatniej drodze pińczowskich Żydów, która przez Skowronno, Imielno i Jędrzejów prowadziła do Treblinki. Opowieści słuchaliśmy w XVII-wiecznej synagodze. Jej wnętrze jest podobno wierną kopią bramy wjazdowej, prowadzącej na dziedziniec Zamku Wawelskiego. Po wojnie umieszczono tu magazyn materiałów budowlanych i nawozów. Dopiero w latach 80. zaczęto wmurowywać w ściany fragmenty macew znalezione w pobliskich obejściach. Wmurowano też tablicę z polskim i hebrajskim napisem: "Pamięci pińczowskich Żydów". Zaczęto mozolne prace konserwatorskie. Do roku 1998, dzięki pomocy sponsorów z Polski, Niemiec i USA, udało się odrestaurować kamienny aron-ha-kodesz (szafę na Torę), ułożyć posadzkę w Sali Głównej, odczytać napisy i rozpoznać osiemnastowieczne malowidła, które teraz odzyskują świetność. 18 maja 1998 wśród rusztowań otwarto uroczyście ekspozycję muzealną. Gwardian franciszkanów ojciec Hieronim Tarłowski i rabin Michael Schudrich czytali psalmy, śpiewał kantor Symcha Keller. Odmówiono Kadysz i Ojcze Nasz. Sława Przybylska przypomniała stare żydowskie pieśni, a młodzież z liceum zaprezentowała wybrane teksty z Archiwum Ringelbluma.

Chmielnik, Szydłów

Przed trzema tygodniami podobne święto stało się udziałem pobliskiego Chmielnika, w którym burmistrz Jarosław Zatorski z pomocą krakowskich przyjaciół zorganizował pierwsze "Spotkania z kulturą żydowską". Samorządowy "Nowy Kurier Chmielnicki" przypomniał historię tutejszej gminy. Czytelnik dowiadywał się, że w 1929 roku chmielnickimi felczerami byli Klejnert i Rubinstein. Że herbaciarnie prowadzili Dajtelbaum, Niesengarten i Klarmanowie. A potem? "Aresztowanych - 264 osoby. Zamordowanych - 10 396 osób. Wywiezionych na roboty przymusowe - 1695 osób".

W synagodze otwarto wystawę przedwojennych fotografii Menachema Kipnisa, rejestrującego dla amerykańskiej prasy życie wschodnioeuropejskich Żydów. Chmielnickie dzieci pokazały żydowskie obrzędy weselne. Na ulicach zagrali klezmerzy, przed domami stanęły straganiki, przy których można było spróbować potraw wedle dawnych żydowskich receptur. Okazało się, że przepisy zachowały się w tutejszych, katolickich domach. Gość honorowy Spotkań, ambasador Szewach Weiss, powiedział, że smak chmielnickiego czulentu, knyszes (knedli), blintzes (blinów) przypomina mu dzieciństwo spędzone w innej części Europy Wschodniej.

Teraz Piotr Krawczyk, odkrywca tutejszej historii, oprowadzał nas po synagodze. Bez przerwy powracał do niedawnego święta. Mówił "Nie jesteśmy Żydami, ale naszym miejscem na ziemi jest dawne żydowskie sztetl. Żyjemy w tej samej przestrzeni i dzielimy te same, codzienne problemy. Sztetl może stać się dla nas powodem do dumy. I najprawdziwszym źródłem naszej tożsamości".

Droga z Chmielnika wiodła do Szydłowa. Tamtejszy wójt, spotkany przypadkowo w zamienionej na dom kultury synagodze ("bezpartyjny", jak zaznaczył), wypytywał gości, co można by zrobić, by odkryć zapomnianą tożsamość tego założonego jeszcze przez Kazimierza Wielkiego miasta, w którym po walkach o przyczółek sandomierski w 1945 roku zachowały się tylko mury obronne, gotycki kościół i szesnastowieczna synagoga.

Podobne oczekiwanie wyczuwało się przed kilkunastu laty na krakowskim Kazimierzu, który teraz - w dużej mierze dzięki Festiwalowi Kultury Żydowskiej - stał się naturalnym "drugim płucem Krakowa". Może rzeczywiście nadszedł czas, by zrodzony z ducha Galicji Festiwal przekroczył granice dawnych zaborów?


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny