|
XIII Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie
Ten ogród ma wiele kwiatów
Z Theodorem Bikelem rozmawiają Tomasz Cyz i Mateusz Flak
TYGODNIK POWSZECHNY: - Jest Pan jednym z największych współczesnych pieśniarzy żydowskich. Od kogo uczył się Pan pieśni?
THEODORE BIKEL: - Naukę zacząłem bardzo wcześnie, miałem wtedy może cztery lata. Po prostu: śpiewał mój ojciec, moja mama, babka. To były w większości żydowskie pieśni, bo taki jest mój background, moje pochodzenie.
- Urodził się Pan w Wiedniu i po kilkunastu latach wyemigrował z rodzicami do Palestyny, uciekając przed nazizmem... Jak wspomina Pan dzieciństwo spędzone w Austrii?
- To nie były złe czasy. Życie Żyda w Austrii było w miarę komfortowe. Wiedeń to miasto z bogatą kulturą, które wówczas miało też mocną społeczność żydowską. Czułem się tam jak we własnym kraju, oczywiście do chwili wkroczenia nazistów w marcu 1938.
- Czym jest dla Pana pieśń żydowska? Czym była dawniej?
THEODORE BIKEL (ur. w 1924 r. w Wiedniu), honorowy gość 13. FKŻ, jest żywą legendą pieśni żydowskiej i "amerykańskim skarbem narodowym". Słynny pieśniarz (w 1956 r. debiutował recitalem pieśni ludowych w Carnegie Hall w Nowym Jorku, wydał kilkanaście płyt, rocznie daje 50-60 koncertów na całym świecie, występując solo lub z wielkimi orkiestrami symfonicznymi), uznany aktor teatralny (występował w Londynie, na Broadwayu, od 1967 r. ponad 2000 razy zagrał rolę Tewje Mleczarza w "Skrzypku na dachu"), filmowy i telewizyjny (zagrał w ponad 20 filmach, debiut: "Afrykańska królowa" Johna Hustona z Katharine Hepburn; w 1958 r. otrzymał nominację do Oskara za drugoplanową rolę w filmie "The Defiant Ones" ["Ucieczka w kajdanach"] Stanleya Kramera z Sidneyem Poitier, gdzie grał szeryfa Mullera; w 1988 r. dostał telewizyjną nagrodę "Emmy") jest też twórcą programów radiowych i telewizyjnych, autorem książek o sztuce i kulturze żydowskiej, tłumaczem poezji oraz działaczem politycznym i społecznym - obecnie przewodniczy Stowarzyszeniu Aktorów i Artystów Ameryki, zasiada we władzach Kongresu Żydów Amerykańskich. Od 1961 r. jest obywatelem USA, razem z żoną Ritą mieszka w Connecticut.
|
|
- Czym jest teraz - tym była zawsze. Jest czymś, co kultywuję, bo to moja muzyka. Nigdy nie uważałem, że żydowska pieśń jest lepsza od pieśni mojego sąsiada. Ale jest moja. Dlatego muszę dbać o to, by ten jeden kwiat z całego ogrodu nie zginął. Ten ogród ma wiele kwiatów i wszystkie są dobre, piękne - śpiewam też pieśni innych narodów, troszczę się o nie i mam nadzieję, że one troszczą się o mnie. Ale jeśli nie będę śpiewał moich pieśni, nikt inny za mnie tego nie zrobi.
- A najważniejsza cecha tej muzyki?
- W naukowym znaczeniu to podtrzymywanie kulturowej tradycji, która biegnie równolegle z tradycją religijną, ale jest czymś innym. Pieśni, które wykonuję, nie są religijne - tym zajmują się kantorzy. Ja jestem folklorystą. Folklor jest tym, co trzyma ludzi przy życiu, pozwala na kontynuację. Jest też wymiar emocjonalny: czuję wielką odpowiedzialność. Sześć milionów moich braci zostało zabitych. Nie chcę myśleć, że wraz z nimi zabito ich język czy pieśni. To nie może być rezultat Holocaustu.
- W czasie koncertu w Synagodze Kupa powiedział Pan, że nie ma folkloru bez naiwności. Co to znaczy?
- W folklorze jest niewinność, której nie znajdziecie w bardziej wyszukanych formach ekspresji. To jak różnica między wysoką literaturą (choćby powieścią) a ludową bajką (opowieścią). Ta druga często funkcjonowała tylko w mowie. Ktoś siadał pod drzewem, wokół niego gromadka słuchaczy i opowiadał - czytał bądź śpiewał. To niewinne zajęcie: nie wymaga wielkiej muzycznej wiedzy, choć wymaga pewnej techniki - w mojej grze na gitarze mogliście zauważyć szybkie, niełatwe pasaże. Po prostu idę krok dalej: staram się utrzymać pieśni w ramach etnicznej autentyczności, ale też zrobić wszystko, co mogę w sferze muzycznej, by podnieść je na wyższy stopień. To długi proces, ale kiedy wszystko jest już ustalone, nadal istnieje w tym niewinność i naiwność.
- Wykonuje Pan muzykę wielu regionów: Rosji, Rumunii, Węgier... Jak poznał Pan te pieśni?
- Ależ pieśni, które wykonywałem w Krakowie, to tylko czubek góry lodowej! Śpiewam po hiszpańsku, szkocku, irlandzku, francusku, hindi - w ponad dwudziestu językach i dialektach. Zaczynałem jako lingwista, język jest moją dziedziną. W pewnym momencie poczułem, że kultywowanie języka poprzez muzykę jest zabawniejsze. A pieśni się po prostu nauczyłem - słucham ludzi, obserwuję ich. Nawet jeśli nie jechałem gdzieś "za pieśniami", one same do mnie przychodziły. Tak było np., gdy mieszkałem przez chwilę w Anglii: kiedy ludzie dowiedzieli się, czym się interesuję, każdy śpiewak w końcu przychodził do mnie i pokazywał swoją muzykę.
- Czy znalazł Pan w tych regionalnych odmianach jakieś cechy wspólne?
- Tak. Łączy je opowiadanie historii, dla którego muzyka jest jedynie ważnym wehikułem. Gdyby jej nie było, musiałyby wystarczyć słowa, ale dzięki muzyce słowa stają się bardziej wyraźne, a opowieść czytelniejsza.
Muzyka ludowa ma też drugą cechę: w chwilach napięcia, narodowego udręczenia czy rewolucji doskonale oddaje emocje, które tym okresom towarzyszą. Z historii wiadomo, że najlepsza muzyka powstaje wśród narodów, które znajdują się pod jakąś presją.
- To Pana pierwszy koncert w Polsce. Co to oznacza dla Pana?
- Każdy koncert jest czymś szczególnym. Uwielbiam występować, to czas, w którym jestem najszczęśliwszy. Mogę zapomnieć o wszystkim innym. Tutaj dałem nie tylko mój pierwszy koncert, ale dodatkowo jako pierwszy śpiewałem w odnowionej synagodze. Byłem już wcześniej w Krakowie jako turysta, trzy lub cztery lata temu. Kraków był znaczącym centrum kultury żydowskiej. Fakt, że ta kultura może tu żyć na nowo, jest dla mnie bardzo istotny.
- Śpiewał Pan między innymi piosenki Mordechaja Gebirtiga.
- To niezwykłe doświadczenie. Gebirtig był wspaniałym poetą i pisarzem, pokazał, jak pięknie i prosto można pisać o dzieciach, o macierzyństwie, miłości, ale też o getcie, strachu. I zginął. Żył i pracował kilkaset metrów stąd. Kazimierz i synagoga to właściwe miejsce, by śpiewać jego pieśni...
- W Pana życiu istnieje nie tylko muzyka. Jest Pan też aktorem, już na początku kariery teatralnej zagrał Pan w "Tramwaju zwanym pożądaniem" w reżyserii Laurence'a Oliviera z Vivien Leigh... Jak doszło do tego spotkania?
- Po ukończeniu Royal Academy of Dramatic Arts w 1948 r. występowałem w małym teatrze w Londynie, gdzie grałem rosyjskiego mistrza baletu w drobnej sztuce. Pewnego wieczoru na spektakl przyszedł wielki aktor Michael Redgrave. Traf chciał, że następnego dnia jadł obiad z Olivierem. Opowiedział mu o mnie, a Olivier zaprosił mnie na casting do "Tramwaju". W tym spektaklu zagrałem role Mitcha i Stanleya Kowalskiego - w pierwszym ważnym spektaklu grałem więc Polaka.
- Z kolei w filmie wcielał się Pan w szkockiego oficera policji, rosyjskiego marynarza łodzi podwodnej, hinduskiego lekarza, a nawet w nazistowskiego oficera...
- W tym ostatnim byłem naprawdę dobry - przede wszystkim dlatego, że ich znałem. Znam ten rodzaj zła, mogłem mu się przyglądnąć, doświadczyć. Sympatyczny amerykański aktor, który nie doświadczył antysemityzmu i nazizmu, musi przebyć długą drogę, by zidentyfikować się z rolą. Moja droga jest zdecydowanie krótsza.
- Jest tak wiele dziedzin, którymi się Pan zajmował: muzyka, film, teatr, telewizja, radio, opera... Nagrywa Pan powieści (choćby "Imię róży Umberta Eco), jest też pomysłodawcą folkowego festiwalu w Newport i działaczem społecznym. Jak jeden człowiek może to pogodzić? I czy ma wtedy jeszcze marzenia, cele do zrealizowania?
- Moja recepta jest prosta: cokolwiek się robi, trzeba to traktować jak rzecz najważniejszą i jedyną. Tylko tak można osiągnąć najlepszy efekt. Reszta to kwestia czasu. Pamiętam moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że doba rzeczywiście ma tylko 24 godziny. Chciałbym, żeby miała 25 - to mój projekt na życie.
Oczywiście, mam marzenia: są role, których jeszcze nie zagrałem, pieśni, których nie śpiewałem... Chciałbym reżyserować w teatrze, jest jeszcze tyle wierszy, których nie napisałem i których nie przetłumaczyłem. Jeśli tylko czas pozwoli, chciałbym jak najwięcej z tych planów zrealizować. Mam 79 lat, to dość dużo, ale pochodzę z długowiecznej rodziny - moja mama, gdy umierała, miała 97 lat, więc jeszcze trochę czasu przede mną. Mam co robić.
|