dotb.gif

„TP”, Nr 28 (2818), 13 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2818/kultura01.php


Jubileusz Wojciecha Skalmowskiego

Spacery z "Kulturą"

Leopold Unger


"- Wielkie? - Nie. - Małe? - Tak. - Sam? - Tak. - Kiedy? - Zaraz. - Gdzie? - Jak zwykle...". Telefoniczny (bo tą drogą się toczył) dialog dwóch szpiegów? Szyfr tajnej organizacji? Ani jedno, ani drugie.

Zupełnie coś innego. Znacznie prostsze: dokładny zapis rozmowy, jaką dwóch poważnych panów zamieszkałych niedaleko siebie w tej samej dzielnicy Brukseli prowadziło stosunkowo często, na ogół po kolacji, czyli wieczorową porą, latem i zimą, nawet w lekki deszcz i niegroźny mróz.

Nie było w niej nic tajemniczego. Chodziło o... spacer. Słowa "wielkie" czy "małe" określały długość "kółka", to znaczy najczęściej - zależnie od czasu i pogody - przebywanej trasy; pytanie "sam?" dotyczyło ewentualnego towarzystwa obu żon; "kiedy?" - określić miało moment wyjścia z domu i spotkania; "jak zwykle" - to znaczy mniej więcej w połowie dystansu dzielącego rezydencje obu wysokich umawiających się stron.

Dialog ten, może dziś nieco rzadszy niż kiedyś (lata robią swoje), trwa jednak już od ponad trzech dziesięcioleci. Wojciecha Skalmowskiego - profesora, językoznawcę, orientalistę, literaturoznawcę i krytyka literackiego - oraz obecnego po drugiej stronie drutu autora tych słów - dziennikarza i publicystę - połączyło kilka elementów racjonalnych i jedna wielka pasja. Racjonalnie biorąc chodziło o poszukiwanie w spacerach wytchnienia po całodziennym ślęczeniu nad tekstami. Własnymi i, co gorsza, cudzymi. Także racjonalnie biorąc obydwaj panowie w pewnym sensie się uzupełniali. Mieli, mają, podobne, złośliwe poczucie humoru, lubią mówić źle o bliźnich, ale i o sobie także. Skalmowski potrafi godzinami opowiadać w absolutnie pasjonujący sposób o dawnej Persji, wszystkich Cyrusach i Dariuszach, cudach i bogactwach Persepolis, no i o pojawieniu się Aleksandra Macedońskiego oraz Hunów i Mongołów, czyli o epokach, kiedy ajatollahów jeszcze nie było. Ale umie także, wyjaśniając jak najbardziej bieżące wątpliwości i pokonując braki w wykształceniu dziennikarza, w przekonujący sposób wytłumaczyć, skąd się ajatollahowie wzięli we współczesnym Iranie i co z tego, raczej złego, dla świata wynika.

Wspólna pasja dotyczyła natomiast polskiego emigracyjnego miesięcznika o nazwie "Kultura" oraz jego twórcy i redaktora, urodzonego na Białorusi w rodzinie polskiej z korzeniami litewskimi, o nazwisku Jerzy Giedroyc. Obaj byliśmy jego współpracownikami, obaj drukowaliśmy pod pseudonimami: Skalmowski podpisywał swoje szkice literackie "M. Broński", Unger swoją publicystykę polityczną podpisywał (na początku, potem wrócił do nazwiska) "Brukselczyk".

Na początku było słowo. Słowo Giedroycia. Wtedy, w roku 1969, chociaż mieszkaliśmy właściwie obok siebie, nie znaliśmy się. Nieznajomość nie trwała długo. Początek był prawie banalny. 10 marca 1971 roku Jerzy Giedroyc napisał do mnie: "Jest w Louvain bardzo interesujący człowiek, Wojciech Skalmowski. To wybitny orientalista i literaturoznawca. Pisuje jako ťBrońskiŤ. Marzy o poznaniu ťBrukselczykaŤ. Nie dekonspiruję Pana, bo nie wiem, czy ma Pan na to ochotę, ale jeżeli tak (a myślę, że warto), to podaję jego adres...". Rzeczywiście, powiedziałem sobie, sądząc z jego szkiców, na pewno warto, a potem się zobaczy. Tak więc, nie znając człowieka, a tylko, tak jak i on, autora, trzy dni później odpowiedziałem: "Ze Skalmowskim nawiążę kontakt bardzo chętnie. To może być wytchnienie po zawodowych spotkaniach". Nie wiedziałem, jak bardzo miałem rację. On także.

Wszystko, nasze spacery i nasza ponad 30-letnia przyjaźń, od tego miesięcznika i jego redaktora się zaczęły. Przez 30 lat wszystkie nasze rozmowy zaczynały się od pytania: Czy miałeś ostatnio kontakt z "Drogim Panem"?, bo tak nazywaliśmy Giedroycia, który tego zwrotu używał we wszystkich listach do nas, i do innych zresztą także.

Dziś miesięcznika i jego redaktora już nie ma (14 września 2003 miną trzy lata od podwójnej śmierci - i "Kultury", i jej założyciela). Nasze spacery - i nasze złośliwe poczucie humoru - trwają. Jesteśmy parą bliskich i wiernych przyjaciół, nielicznych już, hélas, weteranów "Kultury". I w naszych rozmowach "Kultura" i Giedroyc są ciągle obecni.

Nic dziwnego. Giedroyc i "Kultura" odegrały w naszym życiu znacznie większą rolę niż odgrywa na ogół w życiu dwóch dorosłych osób jakiś redaktor i jakieś jego pismo. To było zarazem wyzwanie i misja. Coś, czemu, bez żadnej rekompensaty materialnej, poświęcało się bez wahania weekendy czy nawet wakacje, właściwie cały (z wyjątkiem... spacerów) wolny czas, jaki nam pozostawiały zawodowe, przyziemnie zarobkowe zajęcia. Kiedyś, jak przypomniałem swego czasu w "Kulturze", Cyrus Vance, ówczesny sekretarz Stanu USA, przyjechał z oficjalną wizytą do Moskwy akurat w dniu swoich 60. urodzin. Gościł go niezniszczalny (wydawało się wtedy), już dobrze ponad 70-letni sowiecki minister spraw zagranicznych Andrej Gromyko, który od razu na lotnisku zwrócił się do Vance’a słowami: "Witam Pana w klubie osób dorosłych". Co mam powiedzieć w dniu 70-lecia Wojciecha Skalmowskiego? On już od dawna jest dorosły. Powiem tylko, parafrazując Gromykę "Cieszę się Wojtku, że jesteśmy ciągle razem w naszym dwuosobowym, spacerowym klubie, ale także, że jesteśmy razem w klubie inaczej zwanym kręgiem (byłeś tam przede mną) "Kultury". Dlatego, kiedy o naukowym dorobku Skalmowskiego piszą dziś jego fachowi koledzy czy uczniowie, to, jeżeli o mnie chodzi, nie ma bardziej godnego sposobu uczczenia tego jubileuszu niż przypomnienie epopei "Kultury" i Jerzego Giedroycia, którym Skalmowski dał bezinteresownie (wyłącznie w poczuciu tego, co uznał za obowiązek Polaka i intelektualisty) tyle swojego czasu, talentu, cierpliwości i... nerwów. (...)

Giedroyc sam właściwie nie pisał. "Redaktor - mówił - nie powinien pisać w swoim piśmie. Redaktor jest reżyserem. A reżyserzy są rzadko dobrymi aktorami". Ale, co okaże się najważniejsze, jego trudność pisania, i, jak się to dziś mówi, "komunikowania", przekształciła się we wspaniałe zalety redaktorskie. To bowiem, że sam, z minimalnymi wyjątkami, nie pisał, dało mu ogromną swobodę w wykrywaniu i prawidłowej ocenie talentów u innych. To, co mu przeszkadzało w bezpośrednich kontaktach z ludźmi, sprawiło, że napisał w życiu kolosalną liczbę listów. Obok ponad 630 numerów miesięcznika, setek numerów "Zeszytów Historycznych" i książek wydanych przez Instytut Literacki, ta właśnie korespondencja Giedroycia - przede wszyskim z Mieroszewskim, ale także z innymi najważniejszymi współpracownikami i autorami (w tym także ze Skalmowskim) - była tyglem idei "Kultury", składala się na to, co Mieroszewski nazwał "niewidzialną redakcją Kultury", a dziś jest skarbem i, w pewnym sensie, szansą kultury polskiej. Jest bowiem nieocenionym i niezastąpionym źródłem do badania, oceny i pisania historii kultury polskiej, i w ogóle historii Polski drugiej połowy XX wieku. Bez bilansu "Kultury", a także bez, jak ją nazywamy, "Anty-Kultury" (to znaczy analizy setek artykułów i wydawnictw komunistycznych atakujących "Kulturę"), tej historii nie da się napisać, a tym mniej zrozumieć. (...)

Autorzy "Kultury" to było raczej dziwne stado. W ciągu swego istnienia "Kultura" wydrukowała ok. 2500 autorów, reprezentujących pięć pokoleń. Jednak krąg prawdziwych, mniej więcej regularnych współpracowników był znacznie węższy, liczył może 30 nazwisk. Trafić bowiem na stałe na jej łamy nie było łatwo. Giedroyc miał bardzo wysokie wymagania formalne i intelektualne. Pomijając niewielki zespół, który pracował na miejscu w Maisons-Laffitte pod Paryżem, nawet najbliżsi autorzy "Kultury" rozsiani byli po całym świecie. Pochodzili z kraju i emigracji, reprezentowali rozmaite tradycje, a także "garby" przeszłości, ale liczył się talent i rozum - to, co i jak mieli do powiedzenia.

Ponieważ Giedroyc miał pasję i szczęśliwą rękę do pozyskiwania młodych lub starszych, ale zdolnych i utalentowanych autorów, skupił wokół siebie nie byle kogo, bo najlepsze pióra i umysły demokratycznej emigracji. Mieroszewski, Czapski, ale także Gustaw Herling-Grudziński, Czesław Miłosz - przyszły Nobel, Witold Gombrowicz - niedoszły Nobel, Konstanty Jeleński, Bohdan Osadczuk, "honorowy" Ukrainiec w "Kulturze", Krzysztof Pomian, jeden z najbliższych współpracowników Giedroycia, współautor "Autobiografii na cztery ręce", jedynej na razie poważnej, choć niekompletnej biografii Giedroycia, no i "M. Broński" (czyli Wojciech Skalmowski) właśnie, nie licząc kilku, jak się potem okaże, ważnych pseudonimów z Polski. Kiedy z końcem roku 2001 ukazał się mój "Intruz", jeden z pierwszych egzemplarzy znalazł się w ręku Skalmowskiego. Dedykacja brzmiała: "Wojtkowi i Basi [to jego żona], w pierwsze trzydziestolecie naszej przyjaźni". W jego siedemdziesięciolecie do tych słów wystarczy dodać dwa lata. Reszta - bez zmiany.

Leopold Unger (ur.1922 r. we Lwowie), dziennikarz i publicysta, do 1969 r. pracował w "Życiu Warszawy", następnie na emigracji. Współpracownik "International Herald Tribune" i innych gazet zachodnich. Obecnie komentator polityki zagranicznej w belgijskim "Le Soir". Od 1970 r. związany z paryską "Kulturą" (jako "Brukselczyk"). Komentator Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. W 1989 r. uhonorowany Nagrodą im. Juliusza Mieroszewskiego. Opublikował m.in.: "Orzeł i reszta" (1986), "A jeżeli rzeczywiście to byli Rosjanie" (1987), "Z Brukseli" (1991) oraz tom wspomnień "Intruz" (2001).

Tekst jest skróconą (mniej więcej jedną czwartą oryginału) wersją artykułu Leopolda Ungera zamieszczonego w "Liber Amicorum", przygotowanej przez grono przyjaciół i kolegów dla uczczenia Wojciecha Skalmowskiego z okazji jego 70-lecia. Z artykułu usunięte zostały obszerne wywody, przeznaczone dla odbiorcy zachodniego, dotyczące historii "Kultury" i biografii, także politycznej, jej redaktora, dobrze już, w zasadzie, znane czytelnikowi "TP".


Dwie księgi, sesja i laudacje w Leuven

W Belgii używa się nazwy łacińskiej: "Liber Amicorum"; międzynarodowy świat naukowy posługuje się raczej niemieckim tradycyjnym terminem "Festschrift"; po polsku najtrafniej, choć mniej zgrabnie, używa się nazwy "Księga ku czci...". Chodzi o zbiorowy tom napisany, zredagowany i wydany w celu wyróżnienia osoby i uhonorowania dorobku na ogół uczonego i profesora, tom złożony z prac kolegów z jego własnej, ale także i z zagranicznych uczelni. Profesor Wojciech Skalmowski, polski uczony, profesor na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium (Katholieke Universiteit Leuven, najstarsza i najbardziej prestiżowa uczelnia w Belgii), specjalista i wykładowca języków irańskich i lingwistyki, oraz, dodatkowo, literatury polskiej, skończył właśnie 70 lat i otrzymał nie jedną, a dwie "Ksiegi ku czci...".

Pierwsza, "For East is East. Liber Amicorum Wojciech Skalmowski" zawiera, obok bibliografii profesora, prace 35 autorów z różnych krajów dotyczące historii, jezyków i literatur narodów słowiańskich. Druga, "Ksiega ku czci..." zatytułowana "Iranica Selecta. Studies in honour of profesor Wojciech Skalmowski on the occasion of his seventhies birthday", składa się z 26 prac z zakresu filologii i językoznawstwa irańskiego, pióra - podobnie jak w pierwszej książce - autorów belgijskich, francuskich, angielskich, amerykańskich i polskich. Z racji długoletniej współpracy Wojciecha Skalmowskiego z Jerzym Giedroyciem i paryską "Kulturą" (był, jako M. Broński, jej znakomitym krytykiem literackim), w tomie "slawistycznym" znajdują się trzy prace (w tym jedna nostalgiczno-osobista) poświęcone Instytutowi Literackiemu, Jerzemu Giedroyciowi i jego miesięcznikowi. Trójka redaktorów obu ksiąg (prof.prof. Soldatjenkova, Waegemans i van Tongerloo) była niegdyś studentami Wojciecha Skalmowskiego, dziś są profesorami KULeuven. Związki KULeuven z Polską są zresztą starsze. KUL, ten lubelski, powstał z inspiracji ks. Idziego Radziszewskiego, który właśnie w Lowanium studiował i postanowił pójść tą drogą w Polsce. Bardziej współczesnym epizodem było przyznanie doktoratu honoris causa prof. Jackowi Woźniakowskiemu.

Ale dwie "Ksiegi…" to nie wszystko. Nie nadeszły pocztą, lecz zostały wręczone Wojciechowi Skalmowskiemu 24 czerwca podczas niezwykle serdecznej sesji naukowej, zorganizowanej przez kolegów i studentów profesora (przy czym, lata lecą, nieraz chodziło o te same osoby), w pięknym starym zamku pod Lowanium. Wzruszające w tonie, ale poważne w treści "Laudatio" wygłosił jeden z najwybitniejszych światowych specjalistów w zakresie języków średnioirańskich, przewodniczący "Societas Iranologica Europea", prof. Werner Sundermann, ktory przybył na tę uroczystość, a był to wymowny gest, specjalnie z Berlina.

Solenizant naturalnie odpowiedział. Nie po staroirańsku, bo nawet tutaj trzeba by to było jednak tlumaczyć, a po flamandzku, angielsku, no i po polsku - w języku, którym na KULeuven, dzięki niemu właśnie, sporo osób już się posługuje. Wojciech Skalmowski podziękował za wyróżnienie, wyraził radość, że nawet jeśli był tylko "pretekstem" do wydania ofiarowanych mu "Ksiąg", to teksty w nich zawarte mają niezależną wartość naukową w tych dziedzinach, w których na KULeuven przepracował 30 lat.

W swoim wielojezycznym podziekowaniu prof. Skalmowski poddał też w watpliwość, czy rzeczywiście zasłużył na tyle honoru. Pytanie było retoryczne. Zasłużył. Fakt, że 70-lecie Wojciecha Skalmowskiego jego koledzy postanowili uczcić w pięć lat po oficjalnym, w 1998 roku, przejściu profesora na emeryturę (ustawowy wiek emerytalny dla profesorów w Belgii to 65 lat), i to nie "z urzędu", a spontanicznie, przez na ogół mało sentymentalne środowisko naukowe, świadczy, że Skalmowski pozostawił po sobie jak najlepsze wspomnienie na tej najbardziej prestiżowej uczelni kraju osiedlenia. I, trzeba dodać, najlepsze możliwie spojrzenie na kraj jego pochodzenia. Na którego nadmiar nie można się aktualnie na Zachodzie skarżyć.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl