dotb.gif

„TP”, Nr 28 (2818), 13 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2818/kraj03.php


Raport z odciętego miasta


Tekst i zdjęcia Andrzej Talaga z Nablusu (Autonomia Palestyńska)


Wojna izraelsko-palestyńska oglądana z bliska przypomina sen szaleńca. Izraelczycy pozornie toczą normalne życie, ale podskórnie paraliżuje ich strach przed samobójczymi atakami. Palestyńczycy na ekranach telewizorów stroszą pióra bojowników o wolność, a w domach gryzą palce z bezsilności. Dla Izraelczyków konflikt jest uciążliwy, lecz jakoś da się z nim żyć. Inaczej wygląda egzystencja, a raczej wegetacja Palestyńczyków.

Serie rozrywają nocną ciszę. Jedna, druga. Do kogo? Nie wiadomo. I tak noc w noc, a czasami też za dnia. Najlepiej zamknąć się w domu i czekać świtu. Ale co potem? Alkoholu nie ma, kupcy sami wprowadzili prohibicję, pozostają karty i telewizja. Najlepiej Al-Dżazira, uważana tu za najuczciwszą w relacjonowaniu konfliktu, a w niej ciągle to samo: żołnierze, buldożery burzące dom, pogrzeby, rokowania, w których powodzenie niewielu wierzy. Ekran nie niesie rozrywki, pogłębia traumę, ale oderwać się od niego nie sposób. Oglądanie własnego nieszczęścia wciąga jak narkotyk.

Trwająca trzy lata, a tak naprawdę od dziesięcioleci, wojna podjazdowa przerywana jest rozejmami, negocjacjami, porozumieniami. Zawsze jednak - do tej pory - następowała po nich przemoc. Po porozumieniu z Oslo (1992 r.) i utworzeniu Autonomii wybuchło powstanie Al-Aksa, po negocjacjach w Akabie z przełomu maja i czerwca doszło do wymiany ciosów. Od końca czerwca obowiązuje trzymiesięczne zawieszenie broni, wojsko zaczęło opuszczać Gazę. Palestyńczycy i Izraelczycy znów rozmawiają. Nawet podczas wstrzymania walk i zamachów na terenach okupowanych codziennie rozlegają się strzały, choć nie informują o tym światowe media. Machina przemocy nie daje się łatwo powstrzymać.

Getto Nablus na Zachodnim Brzegu Jordanu,

40 km od piaszczystych plaż Netanii, na których opalają się izraelskie dziewczęta z migdałowymi oczami. 50 km od zatłoczonych bulwarów Tel Awiwu. Jak długo trzeba jechać tam samochodem? 40 minut? Mieszkańcy Nablusu nie zobaczą jednak morza, nie napiją się kawy na bulwarze. Bywają tygodnie, gdy nie odwiedzą nawet rodzin mieszkających w wioskach parę kilometrów od centrum. Nablus jest jednym z najściślej blokowanych miast palestyńskich. Wychodzą z niego trzy drogi. Wschodnia, do Jerycha, została na odcinku 2,5 kilometra zniszczona przez izraelskie buldożery. Dwóch pozostałych - południowej do Ramalli i wschodniej do Tulkarem - strzegą posterunki. Od wybuchu powstania we wrześniu 2000 r. żaden samochód nie ma prawa bez zezwolenia opuścić Nablusu, a otrzymanie dokumentu graniczy z cudem. Kiedy blokada zostaje zaostrzona - jak podczas czerwcowej fali palestyńskich zamachów i izraelskich ataków na Hamas - nie wolno nikomu wejść ani wyjść z miasta, nawet pieszo. Nablus dusi się, mieszkańcy nie wyjeżdżają do pracy, po zakupy, nie odwiedzają znajomych. Położenie miasta w kotlinie pogłębia klaustrofobię. Mieszkańcy Nablusu widzą tylko spalone słońcem wzniesienia, budynki i żołnierzy.

Skutki izolacji odczuwa każdy. Do wybuchu powstania Palestyńczycy jeździli za chlebem do Izraela lub innych miast Autonomii, a chłopi z okolicznych osad pracowali w Nablusie i sprzedawali plony. Dziś bezrobocie przekracza 70 proc., wieś wróciła do gospodarki naturalnej: co wyprodukuje, zjada. Gwarne kiedyś kawiarnie i restauracje świecą pustkami, klienci nie mają pieniędzy na popularne w Lewancie wspólne biesiadowanie. Studenci nabluskiego uniwersytetu porzucili naukę lub przenieśli się z podmiejskich miejscowości do Nablusu, bo wskutek blokad nie mogli dojeżdżać na zajęcia i narażają teraz rodziców na wydatki za wynajmowanie pokoju.

Płace lekarzy i nielicznych urzędników palestyńskich pokrywa Unia Europejska, reszta żyje z pomocy międzynarodowej płynącej z Unii, krajów arabskich i UNRWA - agencji ONZ powołanej jeszcze w 1950 r. do wspierania palestyńskim uchodźców. Po 53. latach jest ona ciągle potrzebna. Dzięki obcym mieszkańcy nie głodują. Ale nie mogą liczyć na więcej.

Młodzi ludzie, szczególnie z najuboższych dzielnic i obozów uchodźców dorastają bez nadziei na pracę, godziwe życie, porządną opiekę medyczną. Te rejony miasta są najgęściej oklejone plakatami Brygad Męczenników Al-Aksa i Hamasu. Stąd wywodzą się zamachowcy, którzy rozrywają siebie i innych w izraelskich miastach. Oni poznali, co to getto - tak Nablus nazywają i Palestyńczycy, i Izraelczycy niechętni okupacji. Horyzont ich możliwości wyznacza od trzech lat blokada. Jak długo można wytrzymać w klatce? Jakie myśli rodzą się w głowie chłopaka, gdy wokół ma niewidoczne pręty więzienia?

Od wiosny 2002 r., kiedy armia izraelska zniszczyła struktury Autonomii Palestyńskiej, wojsko wchodzi do Nablusu tylko na krótkotrwałe wypady, najczęściej by kogoś aresztować, albo urządza pokaz siły. Ostatnio coraz rzadziej używa do tego czołgów, zadowalając się transporterami i samochodami terenowymi. Miasto otaczają jednak liczne oddziały. Stacjonują na wzgórzach, gdzie zbudowano osiedla żydowskie, i przy punktach kontrolnych. Dalej rozłożyły się obozy wojskowe, a w nich siły wystarczające do odparcia każdego ewentualnego szturmu palestyńskiego.

Blokada

Nizan podjeżdża powoli do blokady Howara przy wyjeździe na Ramallę i Jerozolimę. Staje trzysta metrów od niej. - Dalej idź sam i nie mów, że cię przywiozłem - prosi. Żyje z podwożenia ludzi w Nablusie, poza miasto nie wyjeżdżał już trzy lata. Jego zyski są żałosne, nie podjedzie jednak bliżej nawet za dodatkowe pieniądze. Do blokady trzeba podchodzić wolno środkiem ulicy, tak by żołnierze widzieli cię z daleka. Żadnego przemykania się bokiem, przebierania rękami w kieszeniach. Podejrzany ruch lub zachowanie może kosztować życie. Nie raz żołnierze strzelali w Howara. Nieliczni pociągają za cyngiel, bo zagustowali w demoralizującej bezkarności okupanta. Większość, ponieważ panicznie się boi. W oczach młodych chłopców w mundurach widać lęk, który w każdej chwili może przerodzić się w bezmyślne okrucieństwo.

Strach nie jest bezpodstawny. 8 czerwca, Gaza, przejście Erec między Izraelem a terytoriami okupowanymi: grupa Palestyńczyków przebranych w izraelskie mundury podchodzi do blokady i zabija czterech żołnierzy, innych rani. To tylko przykład skutecznego ataku na posterunki; w przeszłości było ich więcej. Howarę także nie raz ostrzeliwali palestyńscy snajperzy; stojący tu żołnierze nie znają dnia ani godziny, nie wiedzą, skąd przyjdzie zagrożenie. Czy będzie to nerwowy młody mężczyzna, tęgawa kobieta w czarnej chuście na głowie? A może śmierć czai się w torbie cudzoziemca, którego nie powinno tu być?

- Odejdź stąd, z powrotem! - krzyk wojskowego osadza w miejscu, zanim zdążysz otworzyć usta. Spokojne tłumaczenie rozluźnia atmosferę, rozmowa z oficerem, kontakt radiowy z dowództwem okręgu. I odmowa. Całkowita blokada, nikomu nie wolno wyjść z miasta. Jak długo? Nie wiadomo, aż odwołają. - A jak się tu w ogóle dostałeś? - pytanie kończy dyskusję. Po co mówić o łańcuszku pośredników, ludzkiej życzliwości i nieszczelności najbardziej surowych kontroli? Lepiej zawrócić i szukać nielegalnych dróg wyjścia z miasta.

W spokojniejszych tygodniach, kiedy nie ma ścisłej blokady, cudzoziemiec może w zasadzie podróżować po ziemiach okupowanych bez specjalnego zezwolenia, choć z trudnościami. Arabom potrzeba jeszcze szczęścia i czasu. Na Zachodnim Brzegu każdy ruch poza swoją miejscowość naraża ich na upokorzenia, jeśli zaś trafią na służbistę, któremu dręczenie sprawia przyjemność, nie dotrą do celu wcale. - Wszystko zależy od tego, czy spotkasz normalnych ludzi czy psychopatów, a tych ostatnich jest w izraelskiej armii sporo - tłumaczy Chalid Saleh, ordynator ortopedii i wicedyrektor szpitala Rafidia w Nablusie, który z racji swej pracy wielokrotnie przekraczał blokady. W karetkach pogotowia, inaczej nie miałby na to szans.

Często jednak i karetki nie pomagają. Saleh: - Wiozłem 13-letniego chłopca z Dżeninu ze złożonym złamaniem kości udowej. Zatrzymali nas na blokadzie o 21.30, zrewidowali mnie, karetkę, potem kazali chłopcu wracać do Dżeninu. Pieszo! Nie pomogły tłumaczenia, że jedziemy na operację. Nie zawsze możemy dowieść rannych i chorych do szpitala, nawet kobiety rodzą w karetkach, bo wojsko nie puszcza.

Chalid Saleh jest dyrektorem szpitala, a co spotyka zwykłych ludzi? Mogą na przykład być potraktowani jak osły i żołnierze urządzą sobie przejażdżkę na ich grzbiecie - przypadek opisany w izraelskiej prasie. Mogą zostać rozebrani do majtek, choć gołym okiem widać, że pod lekkim ubraniem nie ma broni ani bomby. Doktor Saleh także musiał zdejmować koszulę i spuszczać spodnie. Mogą być pobici, jeśli nie spełniają upokarzających zachcianek żołnierzy, co przydarzyło się jednemu z sanitariuszy. Mogą dostać kulę, jak pewien psychicznie chory mieszkaniec, który zaczął bełkotać na punkcie kontrolnym, a żołnierzom nie chciało się go słuchać. Obecnie leży w szpitalu Rafidia z przestrzelonym kolanem.

Terror (I)

Do lekarzy z Nablusu trafiają ranni z całego Zachodniego Brzegu, bo Rafidia to centralny szpital Autonomii na ten obszar. Rany postrzałowe, oderwane ręce, uszkodzone wybuchami organy wewnętrzne, pogruchotane kości. Ranni spływają wartkim potokiem, gdy sytuacja się zaostrza, i wąskim strumykiem, kiedy trwają negocjacje. Ale przybywają niemal codziennie.

Wiosną ubiegłego roku, gdy w Nablus uderzały rakiety, a po ulicach jeździły czołgi miażdżąc wszystko na swej drodze i likwidując ogniem dział ostatnie punkty oporu palestyńskiej policji, lekarze widzieli trupy wpół zjedzone przez szczury. Przez kilka dni izraelscy żołnierze nie pozwalali sprzątać zwłok, gryzonie miały ucztę. Widzieli dzieci z sercem i mózgiem na wierzchu, z wybitymi oczami. Kładli pokaleczonych na betonie, bo nie starczało łóżek. Kiedy w mieście nie ma walk, jest niewiele lepiej. 6-letni Mahmud Nazi Maszajeh z obozu uchodźców Balata wracał ze szkoły, tyle pamięta. Do szpitala trafił z przestrzeloną głową, kula weszła nad lewym okiem i wyszła z tyłu czaszki. Zapytane, co się stało, dziecko próbuje mówić, ale z ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Razem nim postrzał w głowę dostał mały Ibrahim: - Kula wybiła oko, walczyliśmy o niego dwa dni, umarł - mówi doktor Saleh. Na innej sali 8-letni Ibrahim Madany z obozu Askar. Jesienią bawił się z dziećmi na pustym placu, nadjechał samochód wojskowy, ktoś rzucił kamieniem, padły strzały. Chłopiec obudził się tydzień później w szpitalu. Kula oderwała kawałek czaszki z prawej strony, mózg częściowo wypłynął; dziś Ibrahim ma tam wklęśnięcie, lewa część ciała jest sparaliżowana. W czerwcu tego roku koledzy wynieśli go na próg domu, w którym niedawno zmarł mu ojciec, znów nadjechały samochody, poleciały kamienie. Tym razem Ibrahim dostał w nogę.

Los chłopców nie jest wyjątkiem. Niwin z obozu Ansar, 2,5 roku: postrzał w klatkę piersiową i rękę. Abdelhaman z obozu Balata, 4 lata: rany twarzy, szyi i pleców. Sultan Ahmad z Nablusu, 4 lata: prawa noga i plecy. Abdulrahman z Nablusu, 4 lata: kula przeszła przez szyję. Isra ze wsi Alfundok, 5 lat: rany rąk i oczu. Ahmad z obozu Balata, 5 lat: fragmenty kuli w twarzy (strzelano zakazanymi przez prawo międzynarodowe pociskami rozpryskowymi). Ammar z Nablusu, 4 lata: rany czoła, ręki i nogi. Amid z Nablusu, 6 lat: ciężki postrzał w plecy (strzał do uciekającego dziecka). Lista dziecięcych ofiar jest dłuższa.

- Wojskowi urządzają sobie zabawy - twierdzi doktor Hamdalla Kezlek, ordynator chirurgii. - Jednego dnia mamy rannych tylko w nogi, innego w pośladki, w brzuch, albo tylko w głowę. Przypadek? Od wybuchu powstania centralny szpital w Nablusie przyjął ciała 332 zabitych (przeciętnie jeden na trzy dni) i 4672 rannych, w tym 573 dzieci.

Nie poległ żaden pracownik Rafidii, ale gdzie indziej było gorzej: życie stracił dyrektor szpitala katolickiego w Bejt Dżala, dyrektor pogotowia Czerwonego Krzyża w Dżeninie, sanitariusz z Gazy. Ratowali ludzkie życie. Jak długo człowiek, nawet z wykształceniem medycznym, może oglądać sceny horroru?

Doktor Saleh: - Wszyscy jesteśmy chorzy, nie tylko nasi pacjenci. Mamy chorą psychikę. Chciałbym stąd uciec, wyjechać. Ale zostanę, jestem tu potrzebny.

Doktor Kezlek: - Raz poczułem, że już nie mogę. Przywieźli pacjenta, czterdzieści kilka lat, który spał sobie w domu i trafiła go rakieta. Chcieli zabić kogoś innego, ale uderzyli w jego dom. Miał oderwane obie nogi. U góry wszystko w porządku, okaz zdrowia, na dole nic. Odmówiłem operowania, musiał zastąpić mnie inny lekarz, nie wytrzymałem.

Asystent chirurgii (nie chce podać nazwiska): - Żołnierze kazali mi wysiąść z karetki i przejść przez cuchnący ściek. Powiedzieli, że to jedyna droga. Musiałem się w nim zanurzyć, bo jechaliśmy do chorych. Jestem lekarzem, nie bojownikiem. Jeśli wy w Europie nie wiecie, dlaczego ludzie idą wysadzać się w izraelskich miastach, to dlatego, że muszą przechodzić przez taki ściek.\

Terror (II)

Bagaż osoby podróżującej izraelskimi autobusami jest sprawdzany kilka razy. Wyobraźnia funkcjonariuszy wszelkich służb porządkowych została zdominowana przez bomby przenoszone przez samobójców. Bywają tygodnie, gdy nie wybucha nic, i dni, kiedy fala zamachów wprawia izraelskie społeczeństwo w przerażenie.

W centrum Hadery przy ulicy Weizmanna stoi pomnik w kształcie otwartej księgi. Wypisano w niej nazwiska ofiar pięciu zamachów. Eksplodował tu autobus. Kilkaset metrów dalej budynek, gdzie samobójca wysadził się podczas ceremonii bar micwy. Hadera, Netania, Tel Awiw, Jerozolima - wszędzie można znaleźć po kilka, kilkanaście miejsc, gdzie zginęli niewinni ludzie.

Blokady, kontrolowanie każdego Araba wjeżdżającego do Izraela, zabójstwa działaczy radykalnych organizacji, agentura infiltrująca palestyńskie społeczeństwo: wszystko na nic. Państwo izraelskie jest bezradne. Po raz pierwszy w jego 55-letniej historii przeciwnika nie można pokonać. Nie pomagają rajdy armii na palestyńskie miasta, wciąż znajdują się nowi zamachowcy.

Kim są? Większość nie jest religijnymi fanatykami szkolonymi miesiącami, aby zabijać. Tacy tworzą nieliczną rezerwę na specjalne okazje, jak zamach na autobus w Jerozolimie 11 czerwca (zginęło 16 osób). Reszta wywodzi się z Zachodniego Brzegu (z otoczonej zasiekami Gazy trudno się wydostać). Można ich spotkać na ulicach Dżeninu, Tulkarem, Nablusu: to ludzie, którym wojsko zabiło brata, ojca, kuzyna; mężczyźni i kobiety, którzy poczuli, że obręcz, w jaką wcisnął ich życie izraelski okupant zaczyna się zaciskać. Nie chcą już żyć, ale nie zamierzają umrzeć spokojnie. Chcą zemsty, krwi Izraelczyków: żołnierzy, kobiet, dzieci, winnych, niewinnych - wszystko im jedno. Mają oblicze przeżartego nienawiścią chłopaka albo piękną twarz studentki ze zgaszonymi oczami. Tę drugą widziała siostra Regina, przełożona konwentu Sióstr Misjonarek Miłości w Nablusie. W środku muzułmańskiego miasta ona i kilka zakonnic z Indii opiekują się najuboższymi, upośledzonymi psychicznie kobietami oraz dziećmi, jak nakazała założycielka zgromadzenia - Matka Teresa. Czasem pomagają im studentki z uniwersytetu w Nablusie. - Mam dosyć, pójdę jak inni wysadzić się - usłyszała siostra pewnego dnia od jednej z nich. Zostać powiernikiem takiej wiadomości, świadkiem upadku z wyżyn miłości bliźniego w otchłań mordu, to dowód zaufania. Desperaci trafią do Hamasu, Islamskiego Dżihadu lub Brygad Męczenników Al-Aksa (w Nablusie ta ostatnia organizacja jest najsilniejsza). Dostają pas z materiałami wybuchowymi i idą, często tego samego dnia, by nie zdążyli się rozmyślić. Bezdrożami podchodzą pod posterunki, osiedla; czasem uda im się przedostać do Izraela. Stają się męczennikami, ich rodziny mogą liczyć na niemal dożywotni zasiłek od organizacji, która dała bombę. Samobójstwo jako sposób na poprawę losu najbliższych.

Dla Palestyńczyków męczennikiem (szahidem) - dumą miasta i rodziny - jest zarówno przypadkowy przechodzień zastrzelony przez izraelski patrol, bojownik zabity z bronią w ręku czy zastrzelony przez snajpera działacz, ale i samobójca, który zamordował Bogu ducha winnych przypadkowych Izraelczyków. Oto logika wojny bez rozróżniania moralnej wagi czynów. Stosuje ją i druga strona, dla której terroryści to bez różnicy: zamachowiec z Jerozolimy i Palestyńczycy, którzy zaatakowali żołnierzy w Erec i polegli w strzelaninie.

Na plakatach na murach Nablusu męczennicy prężą głowy - wzór dla dzieci i nastolatków. Ten zginął walcząc z wojskiem, ten obok był mordercą cywili. Mogło być na odwrót, zdecydował przypadek. Jeden i drugi jest pierworodnym synem okupacji.

Dla mordu nie ma usprawiedliwienia, w każdym czynie zawarta jest jednak przyczyna i skutek. Obserwując tragedię tej ziemi trzeba odsiewać emocje i propagandę od analizy faktów i konsekwencji. To okupacja rodzi opór, również w jego odrażającej formie: zamachów na cywili; nie zamachy są przyczyną okupacji. Asy w tej rozgrywce trzyma Izrael. Czy dość popłynęło żydowskiej krwi, by rząd Szarona zdecydował się na zakończenie okupacji, co zresztą zapowiadał ostatnio sam premier? Krew palestyńska może płynąć długo, nią akurat przejmuje się niewielu.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl