adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 28 (2818)
13 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Rzeczy prawdziwe i fantasmagorie

Jadwiga Żylińska

Pokusa

Mama kochała męża, dzieci, dom z wyfroterowanymi posadzkami i atłasowymi kołdrami.
W egzemplarzu "Żywych kamieni" znalazłam akwarelkę mamy przedstawiającą Skoczkę. Skoczka miała profil mamy i nisko upięte jak mama włosy. Przez całe życie mama tęskniła - jeżeli nie sercem, to wyobraźnią - ażeby być skoczką, jedną z tych, co wędrowali z okrzykiem Evoe Bacche, być z nimi do końca, być pochowaną w niepoświęconej ziemi, byle z nimi. Nic więc dziwnego, że obie jej córki poszły drogą sztuki.

Cygan

Pewnego razu przyszedł na nasze podwórze Cygan i grał na skrzypcach. Mama, która sama była pianistką, powiedziała: - Przecież on mógłby koncertować w salonach i mieć brylantowe spinki u mankietów, a nie grać na podwórkach.
- Mamo, zaprośmy go na podwieczorek - wołałyśmy.
Pokojówka w białym fartuszku na czarnym uniformie zbiegła na podwórze. Cygan przecząco kiwnął głową. Jeszcze raz zagrał specjalnie dla mamy i poszedł swoją drogą.
- Ja wiedziałam, że on nie przyjdzie - powiedziała mama.
Dziś nie ma Cyganów, co kradli, wróżyli i grali na skrzypcach. Są tylko Romowie. Niektórzy są bogaci. Na ogół nie są lubiani. Raz po raz wynikają z nimi awantury i bójki.
Cyganie zniknęli bezpowrotnie.

Karygodna dyskrecja

Szłam do przychodni po wyniki analiz. Powiedziała gosposia: - Może by pani przy okazji wzięła moje wyniki. - Jeżeli mi wydadzą.
Wydali.
- No i jakie mam? - zapytała gosposia.
- Nie wiem. Nie oglądałam pani wyników.
- Bo panią inni nic nie obchodzą! Taka pani jest.

Wystrzegaj się dobrych uczynków

Zauważyłam w kościele małego chłopca nędznie ubranego i zszarzałego. Wyglądało na to, że przyszedł nie na nabożeństwo, tylko że było to jedyne miejsce, gdzie czuł się bezpieczny.
Kiedy skończyło się nabożeństwo, podeszłam do chłopca. Zapytałam, czy ma dom. Miał. Ale do domu nie pójdzie, bo będą go bili. Był cały posiniaczony. Zabrałam go do siebie, dałam mu kubek mleka i bułkę z masłem i zapytałam, dokąd mam go zaprowadzić. Nie chciał iść do domu. Wobec tego zaprowadziłam go do Domu Dziecka i poprosiłam, aby go przyjęli, bo w domu go biją i znęcają się nad nim.
- Nie uda się pani go nam podrzucić.
Powiedziałam, że go wzięłam, bo był głodny i dałam mu jeść.
Nie chcieli go przyjąć.
- To już rzecz waszego sumienia - powiedziałam. Z wielkim trudem udało mi się go tam ulokować.
Jechałam tramwajem. Obok mnie siedziała dziewczynka, której groził atak epilepsji. Kazałam jej wysiąść i wsadziłam do taksówki.
- Ja nie mam pieniędzy - powiedziała.
- Ale ja mam.
Zawiozłam ją do najbliższego szpitala. Dziewczyna dostała ataku epilepsji, a ja, pewna, że jest pod dobrą opieką, chciałam wyjść.
- O, nie uda się pani tak wymigać. Musi ją pani zabrać.
- Ale ja jej nie znam.
- Jak to pani nie zna, kiedy ją pani przywiozła.
- Bo widziałam, co się z nią dzieje.
- I zabrała ją pani tak ni stąd, ni zowąd?
Epileptyczka się ocknęła:
- Ta pani mnie nie zna. Zaopiekowała się mną z litości.
Z trudem udało mi się wyjść ze szpitala.
Byłam w aptece. Zauważyłam, że na ławie jakaś pani jest śmiertelnie blada i słania się.
- Niech pani się położy na ziemi - powiedziałam. I do farmaceutki: - Niech pani da jakiś koc.
- Nie mamy koca - burknęła. Ale zauważyłam chustę, położyłam na ziemi i kazałam tamtej się położyć. Powoli krew zaczynała krążyć i śmiertelna bladość znikła. Chciałam wyjść z apteki.
- O, nie uda się pani tak wymigać. Jak pani ją przyprowadziła, niech ją pani sobie zabierze.
- Ja nie wiem, kto to jest. Widziałam tylko, że potrzebuje pomocy.
- I wzięła ją pani tak ni stąd, ni zowąd?
Wystrzegajcie się dobrych uczynków. Grożą nieprzewidzianymi konsekwencjami.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny