dotb.gif

„TP”, Nr 28 (2818), 13 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2818/felpodsiadlo.php


Dobre wady

Jacek Podsiadło

A mój syn "otrzymał/nie otrzymał promocji do klasy drugiej", w związku z czym pojechaliśmy na wakacje. Ale wcześniej popadliśmy któregoś wieczoru w egzystencjalne zamyślenie i rozmawialiśmy o tym, jak to jest żyć. I uzgodniliśmy, że żyć jest bardzo fajnie, a mój syn zapytany, co było najlepszego w jego dotychczasowym życiu, odparł, że najlepsze było zdobywanie zamków. Utwierdziło mnie to w przekonaniu o licznych korzyściach dla młodego organizmu płynących z poznawania naszej ojczyzny, jej historii, zabytków jej kultury, uroków jej widoków i zalet jej toalet. I jeszcze, oczywiście, smaków jej lodów.

No to jesteśmy na wakacjach. Na dowód tego, że kraj nasz jest ciekawy i godzien poznania, całkiem niedawno całkiem niedaleko postawiono dinozaura typu allozaur. Ciocia Dorota przeczytała o tym w gazecie. Było tam napisane, że allozaur ma 14 metrów długości i 3,5 metra wysokości. Było to takie ciekawe, że od razu następnego dnia pojechaliśmy go zobaczyć. Po drodze trochę zabłądziliśmy i zamiast allozaura zobaczyliśmy grób bohaterskich członków Polskiej Partii Robotniczej, którzy polegli w walce z hitlerowskim najeźdźcą i rodzimym faszyzmem, co nas trochę zdziwiło, ale grób też był ciekawy i dał nam asumpt do rozważań o tym, że dobrze jest żyć, ale polec w obronie ojczyzny, jej allozaurów, toalet etc., jest tylko trochę gorzej.

Odbłądziliśmy się i zaraz potem zobaczyliśmy naszego allozaura. Okazał się niezwykle sympatyczny! Stał na tylnych łapach z rozdziawioną w szerokim uśmiechu paszczą. Zmierzyliśmy go moimi krokami i rzeczywiście miał dokładnie 14 metrów długości. Wysokości nie udało nam się zmierzyć, bo nie umiem jeszcze chodzić pionowo, a wleźć na allozaura nie mogliśmy z powodu ogrodzenia go biało-czerwoną taśmą. Za to bez trudu zrobiliśmy sobie z nim zdjęcie. I dowiedzieliśmy się, jak się nazywa. Bo że allozaur, to było napisane, ale jak dokładnie się nazywa, tego nikt nie wiedział. Dopiero my odkryliśmy, że nazywa się Alek Ciułałła. Wpadliśmy na to metodą odgadnięcia. Kiedy już to odgadliśmy, było nam strasznie miło, że Alek nazywa się Ciułałła.

Dzięki temu wiadomo, że jest to naprawdę nasz, polski allozaur, nawet jeżeli przywędrował kiedyś z Litwy. Nie muszę chyba wskazywać podobieństw między Ciułałłą a Jagiełłą?

Alek Ciułałła nie przypadkiem pojawił się w tym miejscu w pełnej okazałości. Otóż na skale nieopodal znajduje się ślad jego przedniej stopy sprzed 150. mln lat! Musiał tam chyba zadeptać jakiegoś dużego robala, że tak się wcisnął w tę skałę, że wystarczyło na 150 mln lat. Oczywiście nie mogliśmy tej łapy nie zobaczyć. Żeby nam się do niej lepiej szło, kupiliśmy lody.

"Mój lód ma trzy dobre wady" - powiedział mój syn - Jest duży, cytrynowy, czyli mój ulubiony, i ma twardy nieprzemakalny wafel". Za to stopa allozaura okazała się rozczarowaniem. "Trzy żółte kreski" - naburmuszał się mój syn w drodze powrotnej. "Całe pięć minut wspinania się na skałę, a potem trzy żółte kreski i to ma być stopa Alka Ciułałły. Mogę sobie kupić drugiego loda?". Odcisk sprzed 150 mln lat rzeczywiście okazał się niezbyt okazały, ale przynajmniej nie trzeba było płacić za oglądanie go. I postanowiliśmy na pocieszenie też narysować trzy kreski gdzieś w okolicy. Za 150 mln lat, kiedy na Ziemię wrócą dinozaury, a nas już nie będzie, jakiś Alek Ciułałła II znajdzie te trzy kreski. I będziemy stać na pomniku z rozdziawionymi paszczami. Ja będę miał czternaście metrów wysokości, a mój syn trzy i pół. Najgorsze nadeszło nazajutrz. Ciocia Dorota usłyszała w radiu, że o godzinie szesnastej pod allozaurem odbędzie się konkurs na wymyślenie mu imienia. Macie pojęcie? Wymyślać imię komuś, kto już je ma, i to jakże wspaniałe! Nie, nie weźmiemy w tym udziału. Znamy się na takich konkursach. Może ktoś nawet i zgłosi propozycję, żeby to był Alek, ale nikt nie wpadnie na nazwisko Ciułałła i ostatecznie zwycięży oczywiście koncepcja Dino, Pikusia albo Szarika.

O nie, zamiast na uroczystość ochrzczenia Alka Ciułałły (jakże mi smutno wymieniać to cudowne imię po raz ostatni!) Pikusiem, pojedziemy do bizonów, których całe stado całkiem niedawno pojawiło się całkiem blisko. Prawdziwe, indiańskie bizony. Chyba ze sto sztuk. Będziemy im czytać "Małego Bizona" i nadawać im indiańskie imiona. Sto imion naraz! To będzie prawie jak Chrzest Litwy. Jeśli będą to udane imiona albo przydarzy się coś ciekawego, też o tym opowiem, bo są wakacje.

Jacek Podsiadło
podsiadlo@atol.com.pl

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl