dotb.gif

„TP”, Nr 27 (2817), 6 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2817/main05.php


Kolaboranci w kraju bez Quislinga

Tomasz Szarota


Czytelnicy zamieszczanych w "Tygodniku" tekstów na temat postaw Polaków podczas okupacji hitlerowskiej zdziwią się zapewne, gdy dowiedzą się, że w prasie konspiracyjnej z lat 1939-1944 określeniami "kolaboracja" i "kolaborant" w ogóle się nie posługiwano.

W "Biuletynie Informacyjnym" z 21 VI 1940 r. ukazał się krótki artykuł zatytułowany "Kanalie i głupcy". Oto jego początek: "Poczynając od obecnego numeru Biuletynu będziemy podawać najbardziej rażące fakty podłości i głupoty, zaczynające się lęgnąć w atmosferze niewoli". Dalej następowała lista czterech kobiet pracujących dla Niemców i utrzymujących z nimi kontakty towarzyskie, wraz z ich warszawskimi adresami. Tydzień później podobna notatka nosiła tytuł "Kanalie, ludzie mali i ludzie głupi".

W innej tajnej gazetce, "Polska Żyje!" przestrzegano przed pochopnym rzucaniem oskarżeń: "Nim rzuci się słowo "zdrajca", trzeba sprawę rozważyć tak sumiennie, jakby się podpisywało wyrok śmierci. Bo to jest wyrok śmierci. Gdy raz ten wyrok zapadnie, nie wolno przebaczyć, nie wolno zapomnieć, nie wolno pozwolić się wzruszyć. Dla zdrajców nie może być miejsca w odrodzonej Polsce" (nr 30, marzec 1940).

Problem słownika

Wobec ludzi, którzy podejmowali współpracę z okupantem niemieckim - działając na szkodę własnego państwa i narodu oraz wysługując się najeźdźcy - używano także innych, potępiających określeń, takich jak "renegat", "sprzedawczyk", "zaprzaniec". Organizatorzy społecznego oporu i "walki cywilnej" zdawali sobie jednak sprawę, że dla wielu osób podjęcie pracy w instytucjach niemieckich było życiową koniecznością.

W cytowanym piśmie "Polska Żyje!", na pytanie, czy Polakom w tych instytucjach wolno pracować, dawano odpowiedź następującą: "To zależy, na jakich stanowiskach i w jakich instytucjach. Pod żadnym pozorem nie wolno Polakowi przyjmować stanowiska kierowniczego, aby nie dawać Niemcom argumentu, jakoby społeczeństwo polskie współpracowało z nimi. Pod żadnym pozorem nie wolno przyjmować posad w urzędach i instytucjach działających politycznie lub administracyjnie na naszą szkodę (w biurach wojskowych, w policji jawnej i tajnej, w akcji przesiedlania i wywłaszczania ludności itp.). Natomiast jeśli chodzi o znalezienie chleba dla siebie i rodziny w charakterze tłumacza, biuralisty, maszynistki czy woźnego w biurze niemieckim, na posadzie, na której nie jest wymagane zaparcie się swojej narodowości i sumienia polskiego - posadę taką można przyjąć. Należy przy tym pamiętać, że szczery Polak i na takiej placówce nieraz będzie umiał przynieść pożytek sprawie narodowej - teraz lub w decydującej chwili w przyszłości" (nr 63, z 3 VIII 1940 r.).

W wydanej w 1975 r. w Paryżu książce Stefana Korbońskiego "Polskie państwo podziemne. Przewodnik po Podziemiu", ten jeden z głównych organizatorów cywilnego ruchu oporu pisał: "Za kolaborację była uważana dobrowolna współpraca z okupantem na szkodę kraju i współobywateli. Zarzut jej był stosowany niezmiernie ostrożnie i z uwzględnieniem konieczności życiowych oraz warunków bytu pod okupacją". Pisząc to zdanie wiele lat po wojnie, Korboński nie uświadomił sobie faktu, że Polska Podziemna terminu "kolaboracja" nie używała. Nie był on również wówczas używany w mowie potocznej.

Pamiętać trzeba, że w takim znaczeniu, w jakim dziś się nim posługujemy, narodził się on podczas spotkania Hitlera z Pétainem w Montoire 24 X 1940 r. Ten ostatni oświadczył kilka dni później w przemówieniu radiowym, że wstępuje na zaproponowaną mu "drogę kolaboracji". W dzienniku pisarki Aurelii Wyleżyńskiej pod datą 21 IX 1941 r. czytamy: "We Francji wzmaga się reakcja przeciw collaboration. [...] U nas, na szczęście, poza wyjątkami, to wszyscy stoją oporem, tylko między sobą się kłócą. Bo nie liczyć jako całość Goetla i Skiwskiego, to są wyjątki z góry potępione".

Pragnę zwrócić uwagę na ważny fragment rozmowy Małgorzaty Szejnert z Bohdanem Korzeniewskim, jedną z głównych postaci podziemnej Tajnej Rady Teatralnej. Na konstatację dziennikarki: "Pana pokolenie zetknęło się wtedy z zaskakującym zjawiskiem - kolaboracją aktorów", Korzeniewski reaguje słowami: "Nie lubię tego słowa. Jest nieodpowiednie. Kolaborantami nazywano polityków, którym władze tysiącletniej Rzeszy zaproponowały współpracę. Polsce, polskim politykom takiej współpracy nie proponowano. A więc nie mówmy o kolaborantach, lecz o ludziach wykonujących dobrowolnie zarządzenia niemieckie. Zarządzenia wymierzone w wartości chronione przez polskie państwo podziemne. Wolałbym zamiast "kolaboracja" mówić "nieposłuszeństwo"" (,,Sława i infamia", Londyn 1988). I jeszcze jeden cytat, tym razem z artykułu Tadeusza Garczyńskiego pod znamiennym tytułem "O kollaboracjonizmie i kollaboracjonistach" (,,Gazeta Ludowa" 16 X 1947 r.): "Raz jeszcze idąc owczym pędem, przyjęliśmy żywcem straszne słowa "kollaboracjonizm" i "kollaboracjonista". Język można połamać. Zrobiliśmy to chyba dlatego, aby tym większego obrzydzenia nabrać do ludzi, określanych tym mianem. Mieliśmy tyle innych słów do wyboru, od "sprzedawczyka" zaczynając". Autor nie używa, dziś przez nas przyjętych, określeń "kolaboracja" i "kolaborant".

Brak okazji

W rozmowie z Włodzimierzem Borodziejem (,,TP" 23) Andrzej Brzeziecki najpierw sam stwierdza: "W Polsce przez dziesięciolecia funkcjonował mit kraju bez Quislinga", a potem zadaje pytanie: "Czy dyskusje, w wyniku których pojawia się mniej posągowy obraz naszego społeczeństwa, mogą ten mit nadszarpnąć?". Dziennikarz jakby nie rozumie, że posługiwanie się określeniem "mit", będącym w tym wypadku antonimem prawdy, jest pozbawione sensu. Polska rzeczywiście nie miała swego Quislinga, gdyż, jak słusznie zaznacza Borodziej, "Niemcy go po prostu nie chcieli". Natomiast faktem jest, że do martyrologiczno-heroicznego obrazu lat wojny i okupacji kolaboranci nie pasowali i byli wyrzucani ze społecznej pamięci.

Także my, historycy, nie jesteśmy bez winy. Na przeszkodzie podejmowania tego drażliwego tematu najczęściej stała cenzura urzędowa, ale istotną rolę spełniała także nasza autocenzura. Niechęć wobec zajmowania się kolaboracją miała też uzasadnienie dodatkowe, gdyż do 1989 r. w publikacjach oficjalnych tematem tabu była okupacja sowiecka z lat 1939-1941, a co za tym idzie, także kolaboracja z tamtym okupantem. Poczynając od roku 1990 pojawiać się zaczęły książki i artykuły przerywające milczenie o czarnych kartach narodowej historii.

Debaty o postawach Polaków podczas II wojny światowej nie wywołała wydana w 1998 r. książka Jacka Trznadla "Kolaboranci. Tadeusz Boy Żeleński i grupa komunistycznych pisarzy we Lwowie 1939-1941", ale praca doktorska Anetty Rybickiej o Instytucie Niemieckiej Pracy Wschodniej i napisany na jej podstawie artykuł Sławomira Sieradzkiego w piśmie "Wprost". Dlatego ograniczę się tutaj do problemu kolaboracji z okupantem niemieckim. Natomiast całkowicie zgadzam się z postulatem Pawła Machcewicza (,,Szafa pełna szkieletów", "TP" 21), by refleksją nad zjawiskiem kolaboracji objąć w toku dalszej dyskusji tereny obu okupacji.

Marcin Kula w tym samym numerze "Tygodnika" trafnie zauważa: "Dla oceny zjawiska kolaboracji bądź jego braku ważna jest okoliczność, czy strona, z jaką mogłoby się ewentualnie kolaborować, w ogóle chce i dopuszcza kolaborację. Nie jest trudno zachować cnotę, gdy się nie ma okazji do jej utraty. Nie ma też sensu być dumnym z braku kolaboracji, jeśli strona najeźdźcza jej nie pożądała".

Nie ma cienia wątpliwości, że okupant niemiecki, na całe szczęście, dawał Polakom bardzo niewiele okazji do utraty "narodowej cnoty". Wyobraźmy sobie na chwilę, że nie zostałyby zamknięte Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski, a Niemcy postanowiliby utworzyć na nich katedry "Historii judaizmu" i "Studiów rasowych". Do czegoś podobnego doszło na paryskiej Sorbonie, z tym, że tam inicjatorami byli Francuzi. 15 XII 1942 r. odbył się wykład inauguracyjny prof. Henriego Labroue, który otrzymał pierwszą z tych katedr. Z drugiej, którą miał objąć George Montandon, zrezygnowano z uwagi na protesty studentów i innych profesorów.

Pytanie jest jednak zasadne: czy w Krakowie i w Warszawie rzeczywiście nikt by z takiej propozycji nie skorzystał? Czyż nie trzeba się zgodzić z Jerzym Kochanowskim, który artykuł "Polacy do Wehrmachtu, czyli pomysły na kolaborację" (,,Polityka" 2001, nr 7) kończy stwierdzeniem: "Uniknęliśmy zbrojnej kolaboracji. Trzeba jednak pamiętać, że zawdzięczamy to nie tylko naszym narodowym cechom, lecz także nikłej atrakcyjności. Kiedy Niemcy zmienili zdanie [jesienią 1944 r. - T.S], było już za późno. Można powiedzieć, że mieliśmy szczęście". Była też inna, nie mniej ważna przyczyna, ze względu na którą kolaborantów mieliśmy nie tylko niewielu, ale niemal zabrakło wśród nich przedstawicieli elit. Myślę oczywiście o systemie okupacyjnym wprowadzonym w naszym kraju, o rządach hitlerowskiego terroru, o dokonującej się na naszych oczach Zagładzie Żydów, o eksterminacji polskiej inteligencji.

Halina Krahelska w przygotowanym na wiosnę 1944 r. opracowaniu "Postawa społeczeństwa polskiego pod okupacją niemiecką" tak pisała o skutkach mordu w Wawrze z 27 XII 1939 r.: "To bestialskie zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej (...) wstrząsnęło głęboko świadomością społeczeństwa i dla wielu przesądziło bezpowrotnie o ich stosunku do okupanta". Warszawski robotnik Kazimierz Szymczak zanotował 29 VIII 1942 r. w swym dzienniku: "Jestem dumny z tego, że należę do tego narodu, w którym nie ma zbiorowych zdrajców, są tylko zbiorowe mogiły i pojedynczy zdrajcy, współpracujący z okupantem".

Krakowska atmosfera

Bez wątpienia Marian Wojciechowski ma rację, pisząc: "Po prawdzie, całą burzę rozpętał (...) artykuł w tygodniku "Wprost", wręcz brutalny w swej wymowie. Gdyby nie ten artykuł, cała sprawa rozgrywałaby się, jak sądzę, na płaszczyźnie naukowej, nie zaś tej, na jakiej się dotąd rozgrywa, zwłaszcza w Krakowie" (,,TP" 23). O artykule Sieradzkiego za chwilę. Nie żałuję, że nie uczestniczyłem w dwóch burzliwych, publicznych dyskusjach o książce Anetty Rybickiej. Na krakowską, w kwietniu, nie byłem zaproszony. W warszawskiej, 16 maja, nie mogłem wziąć udziału. Teraz mam okazję przyłączyć się do tak ważnej debaty.

W pracy doktorskiej Rybickiej, liczącej 196 stron druku, rozdział "Polacy w Instytucie" liczy stron 16, do czego doliczyć należy podaną w aneksie listę imienną 150 naszych rodaków, zatrudnionych w Institut für Deutsche Ostarbeit. Przedmiotem dyskusji jest więc jedna dziesiąta tekstu, choć oczywiście u polskiego czytelnika, nie będącego historykiem, tylko ta część pracy budzi, ze zrozumiałych względów, zainteresowanie. Dla mnie jako fachowca dysertacja ta, z uwagi na jej podstawę źródłową i rażące braki w wykorzystanej literaturze przedmiotu, nie przedstawia większej wartości naukowej.

Uwagi na temat samego Instytutu Niemieckiej Pracy Wschodniej zacznę od przytoczenia notatki, która ukazała się w "Biuletynie Informacyjnym" 29 III 1940 r. Oto ona: "Instytut Niemiecki został założony w Krakowie. Instytut ma badać zagadnienia rasowe na ziemiach polskich, prowadzić ma studium historii kultury niemieckiej w Polsce oraz badać gospodarczą strukturę kraju. Specjalną uwagę ma Instytut zwrócić na kształtowanie terenu polskiego dla pożytku Rzeszy. Instytut ma dokształcać czynnych w Guberni urzędników, a z jego urządzeń korzystać ma również armia".

Przypomnę, że pierwszy zapis na temat Instytutu pojawia się w dzienniku Hansa Franka 16 III 1940 r. Już dwa tygodnie później informacja o jego założeniu podana jest w polskiej prasie konspiracyjnej. Inauguracja działalności nastąpi dopiero 20 IV 1940 r. Treść notatki nie pozostawia wątpliwości, że chodzi o instytucję mającą realizować zadania o antypolskim charakterze.

Gdy notatka powstawała, nie wiedziano jeszcze, że do pracy w Ost-Institut wciągnięci zostaną także Polacy. Zarówno z artykułu opublikowanego w "Biuletynie Informacyjnym" 18 III 1943 r., jak i z mniej znanego artykułu "Zaprzańcy", który ukazał się wcześniej, 14 XII 1942 r. w piłsudczykowskim "Strzelcu", wynika, że współpraca z działającym w Krakowie Instytutem Niemieckiej Pracy Wschodniej była w czasie okupacji jednoznacznie potępiana przez patriotyczną opinię publiczną, w każdym razie tę formowaną przez stolicę Polski Walczącej - Warszawę.

Pracę w tej instytucji podjęło jednak aż 150 Polek i Polaków. Wskazuje to, że ani opublikowany w prasie konspiracyjnej w maju 1940 r., dekalog "Bojkot najeźdźcy", ani opracowany w podziemiu jesienią 1941 r. Kodeks Moralności Obywatelskiej albo do Krakowa w ogóle nie dotarły, albo nie stanowiły tu zestawu obowiązujących norm etycznych.

Atmosfera w Krakowie - stolicy Generalnego Gubernatorstwa - różniła się od tej, jaka panowała w Warszawie, mającej za sobą doświadczenia barbarzyńskich niemieckich nalotów z września 1939 r. oraz egzekucji z jesieni tego roku i wawerskiej masakry. Świadczy o tym choćby artykuł "Jak żyje Kraków?", opublikowany 29 VI 1940 r., w najpopularniejszym wówczas tajnym pisemku warszawskim "Polska Żyje!".

W tekście, będącym jakby reportażem, czytamy: "Z Niemcami można żyć - powiadają Krakowianie i żyją. W tramwajach nie ma osobnych przedziałów dla Niemców - siedzą wszyscy zgodnie pospołu. Język niemiecki rozbrzmiewa na ulicy prawie na równi z polskim. (...) Cyrk Buscha jest codziennie wyprzedany. Podobnie rzecz ma się w kinach i kawiarniach. (...) W powietrzu nie czuć naprężenia, atmosfery oporu i walki, tak charakterystycznej dla innych miast polskich". Rzecz jasna nie należy idealizować postawy warszawiaków - także oni nie stosowali się na co dzień do wszystkich zakazów i nakazów "czynników miarodajnych" występujących w imieniu Polskiego Państwa Podziemnego. Wezwanie do bojkotu występów cyrku Buscha w Warszawie zakończyło się co prawda sukcesem, ale bojkot kina pod hasłem "Same świnie siedzą w szwabskim kinie" już się nie powiódł. W okupowanej Warszawie w znacznie większym jednak stopniu niż w Krakowie odczuwało się obecność działającej konspiracyjnej władzy. Władzy, dodajmy, dysponującej środkami represji wobec osób wyłamujących się z narodowej wspólnoty.

Mówmy prawdę

W wypowiedziach osób broniących dobrego imienia tych, którzy podjęli pracę w Institut für Deutsche Ostarbeit często pojawia się argument, że była ona tylko przykrywką działalności konspiracyjnej, przede wszystkim w podziemnym Uniwersytecie Jagiellońskim. Niepodważalne są zasługi jednego z głównych organizatorów krakowskiego tajnego nauczania, prof. Mieczysława Małeckiego. Niewiele jednak innych nazwisk z listy polskich współpracowników IDO można odnaleźć na kartach cennej książki Gabriele Lesser poświęconej podziemnemu Uniwersytetowi, która doczekała się w Niemczech aż dwóch wydań. Większość krakowskich intelektualistów nie chciała mieć nic wspólnego z Instytutem. Wielu wolało podjąć pracę fizyczną, by pozostać w zgodzie z własnym sumieniem.

Wysuwany jest także inny argument: ataki na byłych współpracowników IDO, które pojawiły się w prasie powojennej, miały być dziełem li tylko "reżimowych pismaków". Otóż jeśli chodzi o ocenę zjawiska współpracy z okupantem niemieckim środowisk aktorskich, literackich, dziennikarskich czy naukowych panowała zgodna, potępiająca opinia całej - do 1948 r., bardzo politycznie zróżnicowanej - prasy, od "Głosu Ludu" po "Gazetę Ludową".

Rybicka powołuje się kilkakrotnie na pisma władz Uniwersytetu Jagiellońskiego do Pełnomocnika do Spraw Ścigania Osób Podejrzanych o Kolaborację. Mam przed sobą tekst dokumentu z 6 IV 1948 r. skierowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości do prokuratorów Sądów Apelacyjnych i Okręgowych, dotyczący powołania tego urzędu z dniem 28 III 1948 r. Oto znamienny początek okólnika, uzasadniający powód decyzji Ministra Sprawiedliwości (był nim wówczas Henryk Świątkowski): "Odruch opinii publicznej ujawniony w całym cyklu artykułów publicystycznych i informacyjnych podnosi sprawę współpracy z Niemcami szeregu osób ze sfer inteligencji. Szczególne oburzenie społeczeństwa wywołuje pobłażliwość instancyj weryfikacyjnych i dyscyplinarnych, działających przy poszczególnych organizacjach i związkach zawodowych. Wysuwane są również dezyderaty, aby sprawy osób ze sfer inteligencji, znajdujące się w urzędowaniu organów wymiaru sprawiedliwości, były załatwiane szybciej i aby znaleźć właściwą drogę do informowania opinii publicznej o ich przebiegu i wynikach".

Parę uwag o publikacji w tygodniku "Wprost". W moim odczuciu artykuł Sławomira Sieradzkiego jest najzwyklejszym paszkwilem, a mój protest dotyczy zarówno tekstu, jak i (a może szczególnie) zestawu fotografii i podpisów pod nimi. Kończąc swój "elaborat" Sieradzki pisze: "W latach 1945-1947 Akademia Francuska wyrzuciła ze swego grona setki osób, oskarżonych o współpracę z nazistami i rządem Vichy". Jest to kompletna bzdura - "nieśmiertelnych" jest jak wiadomo czterdziestu, a po wojnie usunięto z Akademii nie setki, lecz cztery osoby, w tym marszałka Pétaina.

Z artykułem połączony jest tekst "Mali Quislingowie", zawierający, jak rozumiem, informacje uzyskane od niemieckiego historyka Michaela Foedrowitza. Chciałbym się dowiedzieć, na jakiej podstawie obliczył on, że "podczas okupacji z nazistami mogło stale współpracować nawet 100 tys. polskich obywateli". Coś podejrzewam, że w liczbie tej kryje się kilkadziesiąt tysięcy osób, który w GG przyjęły Volkslistę. Dlaczego kompetentny w sprawie wyroków Polski Podziemnej ma być Foedrowitz, który podaje liczbę 12 tys., a nie historycy polscy, podający liczbę 2-2,5 tys., czyli wielokrotnie niższą?

*


Wolny i w pełni suwerenny naród stać na rzetelny i uczciwy rozrachunek z własną historią. Przy zachowaniu dumy z czynów chwalebnych, sukcesów i osiągnięć naród taki jest w stanie przyznawać się także do czynów niegodnych, a nawet haniebnych. Dziś mamy odwagę to czynić.

Przykładem jest nie tylko dwutomowe dzieło Instytutu Pamięci Narodowej "Wokół Jedwabnego", ale także publikacje o konflikcie polsko-ukraińskim, uwzględniające nie tylko polskie ofiary, lecz również zabitych przez nas w odwecie Ukraińców, czy czterotomowe wydawnictwo źródłowe "Niemcy w Polsce 1945-1950" (będące wspólnym dziełem historyków polskich i niemieckich) pokazujące, jak wiele cierpień zadaliśmy po wojnie ludziom najczęściej niewinnym, pokutującym za zbrodnie hitlerowskiego reżimu.

Tocząca się właśnie dyskusja o kolaboracji czy czekająca nas, jak sądzę, dyskusja na temat szmalcownictwa, świadczą o naszej dojrzałości i wyzbywaniu się kompleksów. Czynimy narodowy rachunek sumienia - w przeświadczeniu, że inne nacje potrafią to docenić, a przyznanie się do win, połączone z zawołaniem "przebaczamy i prosimy o przebaczenie" nie zmniejszy ich szacunku, a nawet podziwu, uzyskanego dzięki naszemu męczeństwu i heroizmowi lat wojny i okupacji oraz dokonaniom "Solidarności".

Zaczynam się jednak obawiać, że wcale nie jest to takie pewne. Aktualny obraz Polski w świecie bynajmniej nie jest pozytywny i winien budzić niepokój. Nasze zasługi szybko zostały zapomniane. Przestaliśmy być postrzegani jako naród, który podczas II wojny światowej poniósł największe straty ludzkie w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców i stworzył najpotężniejszy w okupowanej Europie ruch oporu. Zamiast tego padają głosy, że jedwabieńska zbrodnia, której dopuścili się Polacy, obala funkcjonujący u nas i o nas mit narodu ofiar, a marginalne zjawisko kolaboracji upoważnia do obalenia kolejnego mitu - polskiego ruchu oporu.

Zastanawiam się, czy dokonując narodowego rachunku sumienia, zamiast rzetelnego i uczciwego bilansu ludzkich postaw i zachowań, chwalebnych i przynoszących nam wstyd, nie obserwujemy dziś masochistycznej wręcz tendencji do wydobywania z przeszłości każdego przejawu "hańby domowej". W tym narodowym rachunku sumienia widzieć należy z jednej strony zmiany pokoleniowe, z drugiej zaś, zjawisko obejmujące swym zasięgiem wiele krajów w Europie. W moim przekonaniu niebezpieczeństwo polega na braku zachowania proporcji. Grozi nam, że nasza młodzież dzieje narodowe zacznie sprowadzać do klęsk i niepowodzeń. Że zamiast być dumna ze swych przodków - którzy w zdecydowanej większości swój wojenno-okupacyjny egzamin zdali z wynikiem celującym - zacznie się ich wstydzić. Paradoks polega na tym, że podczas gdy w Polsce debatujemy o naszej kolaboracji, Niemcy dyskutują o sobie jako o narodzie ofiar...

Prof. TOMASZ SZAROTA pracuje w Instytucie Historii PAN; zajmuje się dziejami okupowanej Europy w aspekcie porównawczym; ostatnio opublikował "U progu Zagłady. Zajścia antyżydowskie i pogromy w okupowanej Europie. Warszawa, Paryż, Amsterdam, Antwerpia, Kowno" (Wyd. II W-wa 2001, wydawnictwo Sic!).
W numerze 21 "TP" z 25 maja podjęliśmy problem kolaboracji i postaw Polaków podczas okupacji hitlerowskiej. Powodem tego stała się praca doktorska Anetty Rybickiej o Instytucie Niemieckiej Pracy Wschodniej w Krakowie, a w szczególności jej ostatni rozdział "Polacy w Instytucie" oraz oparty na nim artykuł tygodnika "Wprost". Chcąc spojrzeć na problem sine ira et studio udostępniliśmy łamy zarówno obrońcom profesorów zatrudnionych w Ost-Institut (Aleksander Litewka: "Kolaboranci?", "TP" nr 21/2003 oraz "Odpowiedź prof. Marianowi Wojciechowskiemu", "TP" 23/2003), jak i promotorowi pracy Rybickiej prof. Wojciechowskiemu ("Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej - bez emocji", "TP" nr 23/2003) oraz jej recenzentowi prof. Włodzimierzowi Borodziejowi, z którym przeprowadziliśmy rozmowę ("Prostych odpowiedzi nie będzie", tamże). Poprosiliśmy także o wypowiedzi historyków nie zaangażowanych bezpośrednio w spór: Marcina Kulę, Pawła Machcewicza oraz Andrzeja Paczkowskiego ("TP" nr 21/2003).

Aleksander Litewka zarzucał pracy Rybickiej "nieudolność warsztatową" oraz "tendencyjność wniosków". Jego zdaniem podane przez nią "chaotyczne informacje mają służyć jednemu: oskarżeniu o kolaborację wszystkich Polaków pracujących w Ost-Institut". Z kolei prof. Borodziej twierdził, że pozytywnym skutkiem pracy o instytucie "jest dyskusja, jakiej dotąd nie mieliśmy". Podkreślał, że wywołany artykułem we "Wprost" gwałtowny spór jest wpisany w ryzyko pracy historyka i to nie może powstrzymywać naukowców od ogłaszania wyników ich pracy. - Trudno za każdym razem zastanawiać się, czy nie powstrzymać się od publikacji, bo prasa to skrajnie uprości. - powiedział "TP" prof. Borodziej. Jego zdaniem, po lekturze źródeł, do których dotarła Rybicka, można odnieść wrażenie, że kierujący instytutem Niemcy "byli z Polaków rzeczywiście zadowoleni".

Z kolei wypowiadający się na łamach "TP" historycy zwracali uwagę na problemy takie jak: niewystarczający stan badań na temat współpracy z okupantem, brak źródeł i różna ich interpretacja, kłopoty ze zdefiniowaniem pojęcia kolaboracji i ciągle wysoka temperatura dyskusji między świadkami epoki.

Do ostatecznych odpowiedzi na pytanie o współpracę Polaków z Niemcami, czy szerzej: okupantami, droga jest z pewnością daleka - o ile poznanie prawdy jest w ogóle możliwe. Niemniej uważamy dyskusję na temat postaw Polaków podczas II wojny światowej za konieczną, dlatego publikować będziemy kolejne głosy. Dziś: prof. Tomasz Szarota, wkrótce: prof. Andrzej Chwalba.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl