dotb.gif

„TP”, Nr 27 (2817), 6 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2817/kultura04.php


Z notatnika pedanta

Jerzy Pomianowski


Zasłużony dyrektor poważnego teatru podzielił się ze mną wrażeniami, wyniesionymi z obrad sejmowej komisji do spraw budżetu. Został tam zaproszony jako ekspert i dowiedział się, że komisja ma wątpliwości co do samej potrzeby uwzględniania w budżecie wydatków na teatr i podobne instytucje artystyczne, skoro - jak twierdził jeden z jej członków - na publiczność teatralną składa się rocznie 0,8% ludności Polski, zaś na publiczność filharmonii i sal koncertowych - zaledwie 0,2% obywateli naszej niezamożnej ojczyzny.

Nasz dyrektor stropił się, mając jeszcze w uszach zamiar p. Kołodki podwojenia podatku dochodowego tzw. twórcom. My jednak przyjrzeliśmy się - nasamprzód cyfrom, potem zaś - naszym własnym wątpliwościom.

Otóż rocznik GUS utrzymuje, że w - nie tak dawnym - roku 2001 do polskich teatrów przyszło 5128000 widzów, co stanowi 13,04% ludności, filharmonie zaś i występy orkiestr oraz chórów odwiedziło 3189000 miłośników muzyki, to znaczy - 8,3% ogólnej liczby rodaków, nie licząc już fanów muzyki pop. Są to cyfry niebagatelne i dość różne od przytoczonych przez parlamentarzystów. Zakładając jednak, że niektórzy z widzów wpadli w nałóg i odwiedzili teatry (itp.) więcej niż raz, możemy zrozumieć troskę Wysokiej Komisji i uznać, że, tak czy siak, owa liczba (i potrzeby) widzów oraz słuchaczy na jej uwagę nie zasługuje. Toż to zawsze nikła mniejszość.

Stosując wszelako kryterium ilościowe, natkniemy się w końcu na zasadną wątpliwość. Otóż liczba naszych posłów (460) wraz z senatorami (100) stanowi razem 0,014 ‰ (czternaście setnych jednego promila) ogólnej liczby mieszkańców Polski ujawnionej przez spis powszechny (38230100). Niejeden z tych mieszkańców, zachęcony przez Wysoką Komisję, mógłby teraz zapytać, czy tak nikła mniejszość warta jest tak wysokich apanaży i znanych ogólnie wydatków, pobieranych z budżetu, czyli z kieszeni podatnika?

Ba - odpowiedzą mi na to chórem parlamentarzyści - toż my jesteśmy wybrańcami! Nas wybrał naród w prawomocnym głosowaniu! Nam społeczeństwo dobrowolnie dało te prawa!

To prawda, z grubsza biorąc. Ale tu trzeba przypomnieć, wcale nie podnosząc głosu, że ci komedianci, klezmerzy, gryzipiórki i pacykarze też są wybrańcami. Nie tylko dlatego, że talent jest od Boga, jak to kiedyś Josif Brodski powiedział sowieckiej sędzinie. Kto talentu nie ma, ten wybrańcem widzów nie zostanie i nie pomogą mu ani partyjne rekomendacje, ani krewni i znajomi, ani łapówki, ani nawet uroda, a jak już, to na krótko. Nawet ci, którzy talentu mają nad miarę, są codziennie na nowo wybierani. Każdy występ, każda nowa książka, każdy obraz, każdy koncert jest debiutem. Publiczność głosuje nogami. Kto nie wykaże się talentem i majsterstwem, kto, słowem, nie pokaże innym, że istota ludzka zdolna jest budzić podziw, ten musi zejść ze sceny. Kto się tu zbłaźni, ten już nie ma powrotu. I ta jest różnica między oboma rodzajami wybrańców narodu, że w polityce owa reguła chwilowo nie obowiązuje.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl