dotb.gif

„TP”, Nr 27 (2817), 6 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2817/kraj06.php


Gdy słyszymy o zagrożeniach wolności słowa i łamaniu praw obywatelskich, o zanikającym rozdziale sfery religijnej i świeckiej, o centralizacji władzy i jej zawłaszczeniu przez oligarchów (Tomasz Tabako "Z podróży Guliwera", "TP" nr 26/2003), warto zapytać: czy w ponad 200-letnich dziejach Ameryki jest to chwila rzeczywiście szczególna?

Spory - polemiki

Amerykańskie credo

Joanna i Bohdan Szklarscy


Nie jest łatwo ująć 200 lat rozwoju jakiejkolwiek demokracji tak, by wpisać w nie obecne wydarzenia i stan świadomości społeczeństwa. W przypadku USA pomocne mogą być dwa klucze. Pierwszy to strach przed "nowym", pochodzącym z zewnątrz. Drugi oparty jest na refleksji nad nieprzystawaniem instytucji i procesów politycznych do wyidealizowanych, ale silnych w pamięci zbiorowej, szkolnych podręcznikach i w mediach, obrazów "prawdziwej Ameryki". Co ciekawe, Amerykanie reagują na ową rozbieżność nie pragmatycznym dostosowaniem nieprzystających wartości do rzeczywistości, lecz żądają dostosowania instytucji i praktyk politycznych do wartości. Dzięki temu umacniają wrażenie ich ponadczasowości i doskonałości.

Wrogowie Ameryki

Obraz "wroga amerykańskich wartości" zmieniał się z rozwojem społeczeństwa. Nie dalej niż dekadę po uchwaleniu Konstytucji (1787 r.), państwem zachwiał spór o zakres centralizacji władzy państwowej (zwanej w Stanach federalną) i jej ingerencji w gospodarkę. Konflikt przeniósł się na politykę zagraniczną i zakres swobód obywatelskich. Efektem przewagi Federalistów było uchwalenie ustaw wymierzonych w rzeczywistych i wyimaginowanych wrogów - rodzimych i obcych. Czas oczekiwania na obywatelstwo wydłużono z czterech do czternastu lat, prezydent uzyskał prawo deportowania obcokrajowców, a za publikacje krytyczne wobec rządu groziło więzienie.

Po zmianie rządu postanowienia odwołano, a skazanych wypuszczono. W obliczu niepokojów społecznych, gospodarczej zapaści i braku politycznego konsensu, elity - te same, które uznajemy za światłych Ojców Założycieli - zaczęły szukać innych wrogów, by w rozprawie z nimi znaleźć metodę rozwiązania bieżących problemów. Okazało się, że rozbudzanie ksenofobii w imię dobra publicznego jest mechanizmem sprawowania władzy lub wpływania na nią. Chwilowy okres słabości uświadomił też rolę wartości w dyskursie publicznym. Strony sporu postrzegały siebie jako stróżów idei Ameryki, obrońcy jej tożsamości zbudowanej wokół równości, wolności, indywidualizmu, demokracji i ograniczonej władzy. Te wartości Oświecenia zaczęły być traktowane jak credo, nabierając znaczenia świeckiej religii. Głoszenie ich wyższości nabiera znamion wyznania wiary i legitymizuje polityków, którym udało się zaprezentować w roli jego prawdziwych proroków. Dlatego w Stanach spory polityczne ograniczają się do walki o zajęcie centralnego miejsca, z którego można występować w roli prawowitego (w podtekście: jedynie słusznego) reprezentanta narodu. W zależności od nastrojów społecznych, sytuacji gospodarczej i relacji między grupami w społeczeństwie, zajmują je zwolennicy zmian lub konserwatyści. Interpretacje credo zmieniają się z charakterem społeczeństwa - czemu patronuje Sąd Najwyższy, nadając im zgodne z duchem czasów znaczenie. Drugą podstawą amerykańskiej demokracji jest emocjonalne poparcie dla systemu, z którego wielokrotnie korzystali politycy-reformatorzy, ale też krytycy systemu i społeczeństwo, próbujące oddolnie wymuszać zmiany.

Około połowy XIX w. "wrogami wartości" stali się katolicy, symbolizowani przez "irlandzkich pijaków", szukających za oceanem ratunku przed głodem i biedą. Na pogardzie do nich zbudowała pozycję Partia Amerykańska, druga po Demokratach siła polityczna. Także restrykcje imigracyjne wymierzone w Chińczyków, wcześniej chętnie sprowadzanych jako tania siła robocza, zwiastowały zwarcie szeregów przez "prawdziwych patriotów", którzy stoczyli heroiczny bój o zajęcie politycznego centrum. Szereg organizacji przystrojonych w patriotyczne barwy na przełomie XIX i XX w. zbudowało siłę na hasłach antyimigracyjnych, antysłowiańskich i antysemickich. Pełno w nich typowych dla prawicy zwrotów o "patriotyzmie prawdziwych Amerykanów", "przebrzydłych papistach", "żydowskich sprzedawczykach", "skorumpowanych elitach politycznych i biznesowych" i "groźnych radykałach ze związków zawodowych". Religijny i moralizatorski charakter argumentacji ich zwolenników są podobne do haseł protestanckich fundamentalistów pokroju prokuratora generalnego Johna Ashcrofta.

Po rewolucji w Rosji zestaw "wrogów Ameryki" uzupełniony został przez komunizm. Sprawne i brutalne działania FBI doprowadziły do rozbicia lewicowych organizacji i deportacji radykalizujących imigrantów. Restrykcyjne ustawy imigracyjne z 1924 r. miały przeciwdziałać napływowi elementów z kultur dalekich od protestanckiego anglo-saksońskiego rdzenia społeczeństwa USA. Powrót antykomunizmu na pierwsze strony gazet za czasów senatora Josepha McCarthy'ego na początku lat 50. zaowocował listami proskrypcyjnymi i zakazami publikacji dla izolowania i wyciszenia "obcych elementów".

Oba okresy poszukiwania ideowych wrogów rozdzielone były przez lata Wielkiego Kryzysu, który zaowocował ekspansją populizmu. Najdonioślejszym jego przedstawicielem był o. Charles Coughlin, którego można nazwać amerykańskim Rydzykiem - nie tylko dlatego, że umiał wykorzystać siłę radia, ale też z powodu podobieństwa przekazu. Coughlin głosił konieczność sprawiedliwości społecznej i ochrony interesów "zwykłego człowieka", który za sprawą plutokratów, biurokratów i żydowskich bankierów stracił kontrolę nad własnym losem. W 1936 r., w szczytowym okresie popularności, jego audycji słuchało tygodniowo 20 mln Amerykanów.

Ta popularność okazała się niewystarczająca, gdy duchowny zaatakował prezydenta Franklina D. Roosevelta za kompromisy z biznesem i finansistami z Wall Street, nazywając go "kłamcą i zdrajcą amerykańskich ideałów", a nawet "poplecznikiem komunistów". Prestiż prezydenta okazał się nie do przebicia: o. Coughlin i jemu podobni, nie mogąc zyskać trwałego poparcia, sięgnęli po antysemickie, antyimigranckie i faszystowskie hasła, co ostatecznie pozbawiło ich zwolenników. Ze sceny musiał zejść też McCarthy, gdy w zapale szukania wrogów zaatakował armię i symbolizującego jej patriotyzm prezydenta Dwighta Eisenhowera.

Słaby rząd, większe poparcie

Polityka wprowadzania radykalnych idei w imię bezpieczeństwa czy też innych wartości - wolności, równości, demokracji - nie jest w Ameryce żadną nowością. Paradoksalnie najistotniejszy jest klimat niepewności, który przyzwala dziś na regulację w rodzaju Systemu Zapobiegania i Informacji o Terroryzmie (TIPS) czy pomysły ustawy "O zwiększeniu bezpieczeństwa krajowego". Ich potencjalne poparcie ze strony społeczeństwa nie wynika z przesunięcia ideologicznego centrum na prawo ani też ze szczególnej charyzmy George'a W. Busha czy prokuratora Ashcrofta.

Przypadki McCarthy'ego, Coughlina, populistów-patriotów i ksenofobów dowodzą dwóch prawidłowości. Po pierwsze, że w sytuacji zagrożenia tożsamości i konfliktów ideologicznych Amerykanie popierają populistów, którzy umiejętnie grają kartą strachu. Społeczeństwo staje się małostkowe, nietolerancyjne i poddaje się nastrojom antydemokratycznym - przyzwala np. na ograniczenie swobód obywatelskich, aby "ratować Amerykę". Dodatkowym elementem jest rosnąca pasywność i zdanie się na działania rządu lub dominujących grup społecznych. Z drugiej strony, gdy chwilowa popularność krytyków, uzurpujących sobie rolę trybunów większości, zderzała się z tradycją i szacunkiem dla instytucji demokracji, radykałowie z obu stron tracili poparcie. Stateczna kultura polityczna, premiująca kompromis i konsens oraz obywatelskie przywiązanie do stabilności brały górę nad chwilowym sentymentem, choćby głoszonym z pasją. I choć w amerykańskiej tradycji głosi się pochwałę konfliktu jako wyraz różnorodności i czynnik rozwoju społecznego, to nie on nadawał impet Ameryce. Ważniejsze okazywało się pragnienie harmonii i szacunek dla podstawowych wartości, które wyznaczają granice zmian.

Nawet gdy te obronne mechanizmy okazywały się za słabe lub radykałowie niezwykle sprawni i któraś z podstawowych instytucji znalazła się pod ich wpływem, obroną przed monopolizacją całości był konstytucyjny system hamulców i równowagi. Wymaga on, by dla przeprowadzenia znaczących zmian uzyskać poparcie wszystkich podstawowych aktorów, w tym mediów, lub przynajmniej zdobyć większość ponad dwóch trzecich w instytucjach przedstawicielskich. Przywiązanie do wartości i instytucji demokratycznych ma znaczenie nie tylko dla obrony przed radykałami, ale stanowi mechanizm regulujący konflikt ideologiczny i wymuszający skuteczność władzy. Politolog Samuel Huntington twierdzi wręcz, że władza wykonawcza w USA posiada legitymizację tylko, gdy odzwierciedla podstawowe credo. Z natury jednak żaden rząd nie ucieleśnia ich w stopniu doskonałym - już James Madison twierdził, że gdyby ludzie byli aniołami, rząd byłby niepotrzebny. Stąd im bardziej obywatele są przywiązani do pryncypialnego rozumienia wartości, tym mniejsza będzie legitymizacja rządzących. Z uwagi na "antyrządowy" charakter credo można przyjąć, że brak legitymizacji charakteryzuje silną władzę, zaś rządy słabe będą cieszyły się większym poparciem. Centralizacyjne zakusy Busha w naturalny sposób wywołują sprzeciw obywateli bez względu na ich zapatrywania - stąd koalicja przysłowiowych feministek, lewaków, konserwatystów, antysemitów itd.

Czas na obronę

Działania administracji George'a W. Busha po 11 września 2001 r. - zaostrzone kontrole na lotniskach, utrudnione procedury imigracyjne, inwigilacja środowisk "wysokiego ryzyka" - zyskały poparcie Amerykanów jako metody doraźne w chwili kryzysu. Propozycje te są niezgodne z credo, szczególnie z wolnością i procedurą demokratyczną. Możliwe, że Sąd Najwyższy uznałby je za niekonstytucyjne na podstawie I poprawki (prawo do prywatności). Polityka Busha jest też kontynuacją zwrotu w prawo zapoczątkowanego nieudaną kampanią prezydencką Barry'ego Goldwatera w 1964 r., a wzmocnionego rządami administracji Ronalda Reagana (1981-89) i przejęciem kontroli nad obiema izbami Kongresu przez Republikanów w 1994 r. W tym sensie można określić to, co się dzieje w Ameryce, jako triumf prawicowego populizmu.

Większe przyzwolenie społeczne jest wyłącznie rezultatem faktycznego zagrożenia. W atmosferze umiejętnie podsycanej przy pomocy "alarmów terrorystycznych" społeczeństwo stało się pasywne i polega na rozwiązaniach proponowanych przez Biały Dom. Przyzwolenie nie oznacza jednak akceptacji, na co wskazują ostatnie badania Gallupa: poparcie dla Busha od maja spadło o 4 proc. (do 62 proc.), a 31 proc. ankietowanych uważa, że prezydent umyślnie wprowadził ich w błąd co do istnienia broni masowego rażenia w Iraku. Amerykanie zaczynają dostrzegać dysonans między polityczną rzeczywistością a ideałami.

Niwelacja takich dysonansów pojawiała się cyklicznie w historii Stanów Zjednoczonych. Najpierw Ojcowie Założyciele stworzyli podwaliny politycznej ideologii Ameryki i na ich obraz oraz podobieństwo formowali instytucje państwa. Historyk Irving Kristol twierdzi, że efektem niepodległości było przekształcenie "instytucji politycznych tak, by bardziej odpowiadały opinii publicznej i mniej ograniczały osobistą wolność obywateli". W późniejszych okresach reafirmacji wartości cel był ten sam: skłonienie instytucji do bycia bardziej liberalnymi, demokratycznymi i przyjaznymi dla obywatela. Każdy z tych momentów cechował idealizm, moralizm, pasja działania. Czas odwoływania się do tradycyjnych wartości był okazją do krytyki nadmiernej władzy ekonomicznej lub politycznej: imperialnej Korony Brytyjskiej (1760-70), dominacji pieniądza (Populiści i Progresywiści pod koniec XIX w. walczyli z monopolami i deregulacją rynku), zbyt wielkich prerogatyw władzy wykonawczej i elit (1820-30), braku możliwości wpływu i kontroli władzy przez zyskujące na znaczeniu grupy społeczne - mniejszości etniczne, kobiety, młodzież (1960). Za każdym razem obywatele dokonywali reformy instytucji politycznych. Podobnie dziś, administracja Busha rękami Ashcrofta broni w federalnym sądzie apelacyjnym przetrzymywania 762 potencjalnych terrorystów (organizacje praw obywatelskich twierdzą, że większość jest niewinna) bez przedstawienia im zarzutów. Waszyngton tę batalię wygrał stosunkiem głosów 2:1. Jest jednak pewne, że wiele organizacji pozarządowych nie ustanie w krytyce prezydenta: niezgodność polityki Busha z tradycyjnym zakresem rozumienia podstawowych wartości demokracji amerykańskiej sprawia, że już niedaleko do przekroczenia zakresu tolerancji dla rozbieżności między ideałami a polityką. Być może zbliżająca się kampania prezydencka posłuży wyostrzeniu tej rozbieżności, zwłaszcza jeśli gospodarka nie ruszy do przodu. Rolę w mobilizowaniu obywateli do działań mają do odegrania organizacje pozarządowe, szczególnie Amerykańska Liga Praw Obywatelskich.

Obroną przed ideologicznym monopolem i dominacją Republikanów są Demokraci, którzy mogą dążyć do ujawnienia niespójności między retoryką a działaniami Busha. Osłabić ofensywę Republikanów można też wskazując na powiązania administracji z wielkim biznesem i środowiskami fundamentalistów religijnych. Podobną rolę pełnią media. W telewizyjnych dziennikach coraz częściej pada pytanie o faktyczne istnienie broni masowego rażenia w Iraku. Czy zwiastuje to początek niezadowolenia i reafirmacji wartości? Może nie stanie się to wkrótce - według Huntingtona fala odnowy przelewa się przez Stany mniej więcej co 60 lat - ale obserwatorzy odnotowują już pierwsze objawy.

*


Zapowiada się ostra walka. Zwycięży ten, kto będzie umiał zawłaszczyć centrum, czyli przekonać obywateli, że reprezentuje poglądy większości z nich. Większości, która nie wychodzi na ulice, nie zbiera się na wiecach, ale w cichości domów rozważa, która opcja bliższa jest jej wyobrażeniu, o tym, co stanowi tożsamość Ameryki. To ta milcząca większość zawsze była ostatecznym arbitrem sukcesów i porażek zwolenników zmian, czyniąc z nich populistów i radykałów lub reformatorów.

JOANNA Jastrzębska-SZKLARSKA jest amerykanistką i socjologiem; wykładała na Uniwersytecie Yale i Boston College.
Dr BOHDAN SZKLARSKI jest politologiem, adiunktem w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW; wykładał w City University of New York, Notre Dame University.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl