adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 27 (2817)
6 lipca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Spory - polemiki

Amerykańskie credo

Joanna i Bohdan Szklarscy


Nie jest łatwo ująć 200 lat rozwoju jakiejkolwiek demokracji tak, by wpisać w nie obecne wydarzenia i stan świadomości społeczeństwa. W przypadku USA pomocne mogą być dwa klucze. Pierwszy to strach przed "nowym", pochodzącym z zewnątrz. Drugi oparty jest na refleksji nad nieprzystawaniem instytucji i procesów politycznych do wyidealizowanych, ale silnych w pamięci zbiorowej, szkolnych podręcznikach i w mediach, obrazów "prawdziwej Ameryki". Co ciekawe, Amerykanie reagują na ową rozbieżność nie pragmatycznym dostosowaniem nieprzystających wartości do rzeczywistości, lecz żądają dostosowania instytucji i praktyk politycznych do wartości. Dzięki temu umacniają wrażenie ich ponadczasowości i doskonałości.

Wrogowie Ameryki

Obraz "wroga amerykańskich wartości" zmieniał się z rozwojem społeczeństwa. Nie dalej niż dekadę po uchwaleniu Konstytucji (1787 r.), państwem zachwiał spór o zakres centralizacji władzy państwowej (zwanej w Stanach federalną) i jej ingerencji w gospodarkę. Konflikt przeniósł się na politykę zagraniczną i zakres swobód obywatelskich. Efektem przewagi Federalistów było uchwalenie ustaw wymierzonych w rzeczywistych i wyimaginowanych wrogów - rodzimych i obcych. Czas oczekiwania na obywatelstwo wydłużono z czterech do czternastu lat, prezydent uzyskał prawo deportowania obcokrajowców, a za publikacje krytyczne wobec rządu groziło więzienie.

Gdy słyszymy o zagrożeniach wolności słowa i łamaniu praw obywatelskich, o zanikającym rozdziale sfery religijnej i świeckiej, o centralizacji władzy i jej zawłaszczeniu przez oligarchów (Tomasz Tabako "Z podróży Guliwera", "TP" nr 26/2003), warto zapytać: czy w ponad 200-letnich dziejach Ameryki jest to chwila rzeczywiście szczególna?

Po zmianie rządu postanowienia odwołano, a skazanych wypuszczono. W obliczu niepokojów społecznych, gospodarczej zapaści i braku politycznego konsensu, elity - te same, które uznajemy za światłych Ojców Założycieli - zaczęły szukać innych wrogów, by w rozprawie z nimi znaleźć metodę rozwiązania bieżących problemów. Okazało się, że rozbudzanie ksenofobii w imię dobra publicznego jest mechanizmem sprawowania władzy lub wpływania na nią. Chwilowy okres słabości uświadomił też rolę wartości w dyskursie publicznym. Strony sporu postrzegały siebie jako stróżów idei Ameryki, obrońcy jej tożsamości zbudowanej wokół równości, wolności, indywidualizmu, demokracji i ograniczonej władzy. Te wartości Oświecenia zaczęły być traktowane jak credo, nabierając znaczenia świeckiej religii. Głoszenie ich wyższości nabiera znamion wyznania wiary i legitymizuje polityków, którym udało się zaprezentować w roli jego prawdziwych proroków. Dlatego w Stanach spory polityczne ograniczają się do walki o zajęcie centralnego miejsca, z którego można występować w roli prawowitego (w podtekście: jedynie słusznego) reprezentanta narodu. W zależności od nastrojów społecznych, sytuacji gospodarczej i relacji między grupami w społeczeństwie, zajmują je zwolennicy zmian lub konserwatyści. Interpretacje credo zmieniają się z charakterem społeczeństwa - czemu patronuje Sąd Najwyższy, nadając im zgodne z duchem czasów znaczenie. Drugą podstawą amerykańskiej demokracji jest emocjonalne poparcie dla systemu, z którego wielokrotnie korzystali politycy-reformatorzy, ale też krytycy systemu i społeczeństwo, próbujące oddolnie wymuszać zmiany.

Około połowy XIX w. "wrogami wartości" stali się katolicy, symbolizowani przez "irlandzkich pijaków", szukających za oceanem ratunku przed głodem i biedą. Na pogardzie do nich zbudowała pozycję Partia Amerykańska, druga po Demokratach siła polityczna. Także restrykcje imigracyjne wymierzone w Chińczyków, wcześniej chętnie sprowadzanych jako tania siła robocza, zwiastowały zwarcie szeregów przez "prawdziwych patriotów", którzy stoczyli heroiczny bój o zajęcie politycznego centrum. Szereg organizacji przystrojonych w patriotyczne barwy na przełomie XIX i XX w. zbudowało siłę na hasłach antyimigracyjnych, antysłowiańskich i antysemickich. Pełno w nich typowych dla prawicy zwrotów o "patriotyzmie prawdziwych Amerykanów", "przebrzydłych papistach", "żydowskich sprzedawczykach", "skorumpowanych elitach politycznych i biznesowych" i "groźnych radykałach ze związków zawodowych". Religijny i moralizatorski charakter argumentacji ich zwolenników są podobne do haseł protestanckich fundamentalistów pokroju prokuratora generalnego Johna Ashcrofta.

Po rewolucji w Rosji zestaw "wrogów Ameryki" uzupełniony został przez komunizm. Sprawne i brutalne działania FBI doprowadziły do rozbicia lewicowych organizacji i deportacji radykalizujących imigrantów. Restrykcyjne ustawy imigracyjne z 1924 r. miały przeciwdziałać napływowi elementów z kultur dalekich od protestanckiego anglo-saksońskiego rdzenia społeczeństwa USA. Powrót antykomunizmu na pierwsze strony gazet za czasów senatora Josepha McCarthy'ego na początku lat 50. zaowocował listami proskrypcyjnymi i zakazami publikacji dla izolowania i wyciszenia "obcych elementów".

Oba okresy poszukiwania ideowych wrogów rozdzielone były przez lata Wielkiego Kryzysu, który zaowocował ekspansją populizmu. Najdonioślejszym jego przedstawicielem był o. Charles Coughlin, którego można nazwać amerykańskim Rydzykiem - nie tylko dlatego, że umiał wykorzystać siłę radia, ale też z powodu podobieństwa przekazu. Coughlin głosił konieczność sprawiedliwości społecznej i ochrony interesów "zwykłego człowieka", który za sprawą plutokratów, biurokratów i żydowskich bankierów stracił kontrolę nad własnym losem. W 1936 r., w szczytowym okresie popularności, jego audycji słuchało tygodniowo 20 mln Amerykanów.

Ta popularność okazała się niewystarczająca, gdy duchowny zaatakował prezydenta Franklina D. Roosevelta za kompromisy z biznesem i finansistami z Wall Street, nazywając go "kłamcą i zdrajcą amerykańskich ideałów", a nawet "poplecznikiem komunistów". Prestiż prezydenta okazał się nie do przebicia: o. Coughlin i jemu podobni, nie mogąc zyskać trwałego poparcia, sięgnęli po antysemickie, antyimigranckie i faszystowskie hasła, co ostatecznie pozbawiło ich zwolenników. Ze sceny musiał zejść też McCarthy, gdy w zapale szukania wrogów zaatakował armię i symbolizującego jej patriotyzm prezydenta Dwighta Eisenhowera.

Słaby rząd, większe poparcie

Polityka wprowadzania radykalnych idei w imię bezpieczeństwa czy też innych wartości - wolności, równości, demokracji - nie jest w Ameryce żadną nowością. Paradoksalnie najistotniejszy jest klimat niepewności, który przyzwala dziś na regulację w rodzaju Systemu Zapobiegania i Informacji o Terroryzmie (TIPS) czy pomysły ustawy "O zwiększeniu bezpieczeństwa krajowego". Ich potencjalne poparcie ze strony społeczeństwa nie wynika z przesunięcia ideologicznego centrum na prawo ani też ze szczególnej charyzmy George'a W. Busha czy prokuratora Ashcrofta.

Przypadki McCarthy'ego, Coughlina, populistów-patriotów i ksenofobów dowodzą dwóch prawidłowości. Po pierwsze, że w sytuacji zagrożenia tożsamości i konfliktów ideologicznych Amerykanie popierają populistów, którzy umiejętnie grają kartą strachu. Społeczeństwo staje się małostkowe, nietolerancyjne i poddaje się nastrojom antydemokratycznym - przyzwala np. na ograniczenie swobód obywatelskich, aby "ratować Amerykę". Dodatkowym elementem jest rosnąca pasywność i zdanie się na działania rządu lub dominujących grup społecznych. Z drugiej strony, gdy chwilowa popularność krytyków, uzurpujących sobie rolę trybunów większości, zderzała się z tradycją i szacunkiem dla instytucji demokracji, radykałowie z obu stron tracili poparcie. Stateczna kultura polityczna, premiująca kompromis i konsens oraz obywatelskie przywiązanie do stabilności brały górę nad chwilowym sentymentem, choćby głoszonym z pasją. I choć w amerykańskiej tradycji głosi się pochwałę konfliktu jako wyraz różnorodności i czynnik rozwoju społecznego, to nie on nadawał impet Ameryce. Ważniejsze okazywało się pragnienie harmonii i szacunek dla podstawowych wartości, które wyznaczają granice zmian.

Nawet gdy te obronne mechanizmy okazywały się za słabe lub radykałowie niezwykle sprawni i któraś z podstawowych instytucji znalazła się pod ich wpływem, obroną przed monopolizacją całości był konstytucyjny system hamulców i równowagi. Wymaga on, by dla przeprowadzenia znaczących zmian uzyskać poparcie wszystkich podstawowych aktorów, w tym mediów, lub przynajmniej zdobyć większość ponad dwóch trzecich w instytucjach przedstawicielskich. Przywiązanie do wartości i instytucji demokratycznych ma znaczenie nie tylko dla obrony przed radykałami, ale stanowi mechanizm regulujący konflikt ideologiczny i wymuszający skuteczność władzy. Politolog Samuel Huntington twierdzi wręcz, że władza wykonawcza w USA posiada legitymizację tylko, gdy odzwierciedla podstawowe credo. Z natury jednak żaden rząd nie ucieleśnia ich w stopniu doskonałym - już James Madison twierdził, że gdyby ludzie byli aniołami, rząd byłby niepotrzebny. Stąd im bardziej obywatele są przywiązani do pryncypialnego rozumienia wartości, tym mniejsza będzie legitymizacja rządzących. Z uwagi na "antyrządowy" charakter credo można przyjąć, że brak legitymizacji charakteryzuje silną władzę, zaś rządy słabe będą cieszyły się większym poparciem. Centralizacyjne zakusy Busha w naturalny sposób wywołują sprzeciw obywateli bez względu na ich zapatrywania - stąd koalicja przysłowiowych feministek, lewaków, konserwatystów, antysemitów itd.

Czas na obronę

Działania administracji George'a W. Busha po 11 września 2001 r. - zaostrzone kontrole na lotniskach, utrudnione procedury imigracyjne, inwigilacja środowisk "wysokiego ryzyka" - zyskały poparcie Amerykanów jako metody doraźne w chwili kryzysu. Propozycje te są niezgodne z credo, szczególnie z wolnością i procedurą demokratyczną. Możliwe, że Sąd Najwyższy uznałby je za niekonstytucyjne na podstawie I poprawki (prawo do prywatności). Polityka Busha jest też kontynuacją zwrotu w prawo zapoczątkowanego nieudaną kampanią prezydencką Barry'ego Goldwatera w 1964 r., a wzmocnionego rządami administracji Ronalda Reagana (1981-89) i przejęciem kontroli nad obiema izbami Kongresu przez Republikanów w 1994 r. W tym sensie można określić to, co się dzieje w Ameryce, jako triumf prawicowego populizmu.

Większe przyzwolenie społeczne jest wyłącznie rezultatem faktycznego zagrożenia. W atmosferze umiejętnie podsycanej przy pomocy "alarmów terrorystycznych" społeczeństwo stało się pasywne i polega na rozwiązaniach proponowanych przez Biały Dom. Przyzwolenie nie oznacza jednak akceptacji, na co wskazują ostatnie badania Gallupa: poparcie dla Busha od maja spadło o 4 proc. (do 62 proc.), a 31 proc. ankietowanych uważa, że prezydent umyślnie wprowadził ich w błąd co do istnienia broni masowego rażenia w Iraku. Amerykanie zaczynają dostrzegać dysonans między polityczną rzeczywistością a ideałami.

Niwelacja takich dysonansów pojawiała się cyklicznie w historii Stanów Zjednoczonych. Najpierw Ojcowie Założyciele stworzyli podwaliny politycznej ideologii Ameryki i na ich obraz oraz podobieństwo formowali instytucje państwa. Historyk Irving Kristol twierdzi, że efektem niepodległości było przekształcenie "instytucji politycznych tak, by bardziej odpowiadały opinii publicznej i mniej ograniczały osobistą wolność obywateli". W późniejszych okresach reafirmacji wartości cel był ten sam: skłonienie instytucji do bycia bardziej liberalnymi, demokratycznymi i przyjaznymi dla obywatela. Każdy z tych momentów cechował idealizm, moralizm, pasja działania. Czas odwoływania się do tradycyjnych wartości był okazją do krytyki nadmiernej władzy ekonomicznej lub politycznej: imperialnej Korony Brytyjskiej (1760-70), dominacji pieniądza (Populiści i Progresywiści pod koniec XIX w. walczyli z monopolami i deregulacją rynku), zbyt wielkich prerogatyw władzy wykonawczej i elit (1820-30), braku możliwości wpływu i kontroli władzy przez zyskujące na znaczeniu grupy społeczne - mniejszości etniczne, kobiety, młodzież (1960). Za każdym razem obywatele dokonywali reformy instytucji politycznych. Podobnie dziś, administracja Busha rękami Ashcrofta broni w federalnym sądzie apelacyjnym przetrzymywania 762 potencjalnych terrorystów (organizacje praw obywatelskich twierdzą, że większość jest niewinna) bez przedstawienia im zarzutów. Waszyngton tę batalię wygrał stosunkiem głosów 2:1. Jest jednak pewne, że wiele organizacji pozarządowych nie ustanie w krytyce prezydenta: niezgodność polityki Busha z tradycyjnym zakresem rozumienia podstawowych wartości demokracji amerykańskiej sprawia, że już niedaleko do przekroczenia zakresu tolerancji dla rozbieżności między ideałami a polityką. Być może zbliżająca się kampania prezydencka posłuży wyostrzeniu tej rozbieżności, zwłaszcza jeśli gospodarka nie ruszy do przodu. Rolę w mobilizowaniu obywateli do działań mają do odegrania organizacje pozarządowe, szczególnie Amerykańska Liga Praw Obywatelskich.

Obroną przed ideologicznym monopolem i dominacją Republikanów są Demokraci, którzy mogą dążyć do ujawnienia niespójności między retoryką a działaniami Busha. Osłabić ofensywę Republikanów można też wskazując na powiązania administracji z wielkim biznesem i środowiskami fundamentalistów religijnych. Podobną rolę pełnią media. W telewizyjnych dziennikach coraz częściej pada pytanie o faktyczne istnienie broni masowego rażenia w Iraku. Czy zwiastuje to początek niezadowolenia i reafirmacji wartości? Może nie stanie się to wkrótce - według Huntingtona fala odnowy przelewa się przez Stany mniej więcej co 60 lat - ale obserwatorzy odnotowują już pierwsze objawy.

*


Zapowiada się ostra walka. Zwycięży ten, kto będzie umiał zawłaszczyć centrum, czyli przekonać obywateli, że reprezentuje poglądy większości z nich. Większości, która nie wychodzi na ulice, nie zbiera się na wiecach, ale w cichości domów rozważa, która opcja bliższa jest jej wyobrażeniu, o tym, co stanowi tożsamość Ameryki. To ta milcząca większość zawsze była ostatecznym arbitrem sukcesów i porażek zwolenników zmian, czyniąc z nich populistów i radykałów lub reformatorów.

JOANNA Jastrzębska-SZKLARSKA jest amerykanistką i socjologiem; wykładała na Uniwersytecie Yale i Boston College.
Dr BOHDAN SZKLARSKI jest politologiem, adiunktem w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW; wykładał w City University of New York, Notre Dame University.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny