dotb.gif

„TP”, Nr 27 (2817), 6 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2817/komentarze.php

Komentarze

Krzysztof Burnetko
Projekt zdegenerowany - i zły


To że projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji powstawał w atmosferze może nawet i kryminalnych machlojek, określanych jako afera Rywina, jest oczywiście ważne - zwłaszcza jako element wiedzy o kulisach styku biznesu i polityki w Polsce. Nie to jednak - wbrew opinii niektórych polityków i komentatorów - dyskwalifikuje posłów, którzy w ub. tygodniu zdecydowali się kontynuować pracę nad skalanym od poczęcia projektem. Ważniejsze, że wciąż przewiduje on zabójcze dla rynku mediów (nie tylko elektronicznych, ale i prasowych) rozwiązania. Chodzi zwłaszcza o zwiększenie kompetencji skompromitowanej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji - które stałyby się w pełni już uznaniowe i arbitralne, a dotyczyć by mogły nawet i sfery wolności przekazywanych treści. Chodzi też o wzmocnienie strukturalnie dziś upolitycznionych mediów państwowych kosztem nadawców prywatnych - tak finansowe (brak reformy w sferze abonamentu i reklamy, kwestia własności archiwów), jak prawne (daleko idące zakazy antykoncentracyjne).

Olfa Osica
USA-UE: razem - albo klęska


Odbywające się co roku szczyty UE i USA upływały z reguły pod znakiem harmonii okraszonej banalnymi stwierdzeniami o konieczności wzajemnej współpracy, po czym wszystko działo się po staremu. Tym razem może być inaczej, choć pokusa forsowania własnych idei nie osłabnie po żadnej stronie Atlantyku.
Osiągnięciem ubiegłotygodniowego szczytu w Waszyngtonie jest z pewnością podpisanie umowy o ściganiu terrorystów. Brzmi to wprawdzie dziwnie, jeżeli zważyć, że podpisują ją państwa, dla których z oczywistych względów terroryzm jest zagrożeniem. W praktyce jednak współpraca policyjna napotykała na trudności, związane z niechęcią rządów do ujawniania swej wiedzy innym. Problemem będzie też uzgodnienie, kto jest terrorystą, jeżeli sam terroryzm ma różne twarze: w USA niezwykle szeroko definiuje się to pojęcie - w Europie na odwrót. Oba podejścia wiążą się z dużym ryzykiem: albo dla obywateli, albo dla bezpieczeństwa międzynarodowego.
Pochodną tego problemu jest też stosunek do palestyńskiego Hamasu, będącego bezsprzecznie organizacją terrorystyczną, ale zarazem znaczącym aktorem politycznym, którego nieobecność przy rokowaniach w sprawie pokoju na Bliskim Wschodzie może oznaczać ich fiasko. Czy zatem ugrupowanie to należy zwalczać w całości, jak chce Waszyngton, czy też skoncentrować atak na jego militarnym odgałęzieniu, a ze skrzydłem politycznym podjąć współpracę, jak nalega Paryż? Pierwsze wydaje się być nakazem sprawiedliwości, drugie wyrazem nie pozbawionej logiki politycznej kalkulacji. Oba są jednak nie do pogodzenia.
Na tym tle spory wokół protekcjonizmu rolnego w UE oraz stalowego w USA, a także żywności genetycznie modyfikowanej wydają się być mało istotne, choć pokazują jedną z przyczyn obecnych problemów. George W. Bush kwestionuje zarzuty Unii, że tego rodzaju żywność jest szkodliwa dla zdrowia, choć w przeprowadzonych niedawno m.in. w USA badaniach opinii aż 55 proc. pytanych opowiadało się przeciwko genetycznym manipulacjom. Z kolei państwa europejskie zdają się zapominać, że jakość żywności drastycznie się pogorszyła także wskutek Wspólnej Polityki Rolnej. W rezultacie i w USA, i w Europie, ci, których na to stać, wydają bajońskie sumy, aby zjeść małego pomidora o pomarszczonej skórce z uprawy bio-ekologicznej.
Poprawa współpracy między Europą a Ameryką wymaga, aby każda ze stron przemyślała swą postawę i działania, w których egotyzm i besserwisserstwo stają się plagą. W jednym uczestnicy szczytu mieli rację: albo USA i UE będą grać razem, albo poniosą wspólną porażkę.

Michał Zieliński
Podatki po pijaku


Rząd postanowił nie robić rewolucji w podatku od dochodów osób fizycznych. To dobra wiadomość w kontekście stabilności podatkowej oraz w zestawieniu z nieco ekstrawaganckimi propozycjami b. wicepremiera Grzegorza W. Kołodki. Jednocześnie jest to zła wiadomość, bo oznacza, że odłożona - prawdopodobnie ad kalendas graecas - została prawdziwa reforma wprowadzająca prorozwojowy system podatkowy. Cieszyć może tylko wypraktykowanie prostego pomysłu na powiększenie mieszkania. Wystarczy na 342 dni zaprosić Grzegorza W. Kołodkę. Kiedy wizyta się skończy, mieszkanie zrobi się bardzo duże i przytulne.

Wojciech Pięciak
Ostatnia bitwa Arika Szarona


Kiedy Vera Scheinermann, która na ziemie przyszłego Izraela przywędrowała z Polski, pierwszy raz żegnała idącego na wojnę syna Arika, był rok 1948, zaczynała się wojna o niepodległość państwa żydowskiego, a Ariel miał 20 lat. Potem były kolejne wojny i Ariel Szaron, który chciał zostać rolnikiem, walczył w każdej: jako prosty żołnierz, potem oficer i twórca jednostki specjalnej. W 1973 r., gdy podczas "wojny Yom Kippur" państwom arabskim udało się zaskoczyć Izrael, gen. Szaron zignorował rozkaz i zamiast cofać się, rzucił jednostki pancerne do szarży za Kanał Sueski: poniósł straty, został ranny, ale rozbił wroga (jest takie jego czarno-białe zdjęcie: z wieżyczki czołgu wynurza się osmalona głowa, owinięta niedbale bandażem). Fetowany jak zbawca, 9 lat później zmuszony do wycofania się życia publicznego, był najbardziej znienawidzonym politykiem izraelskim - nie tylko w świecie arabskim, także w Izraelu - po tym, jak będąc ministrem obrony przeforsował plan inwazji na Liban, zakończonej fiaskiem, ofiarami i kompromitacją polityczną po masakrze w palestyńskich obozach (zabijały chrześcijańskie bojówki, ale armia izraelska ich nie powstrzymała). Doglądał więc swej plantacji cytrusów na Pustyni Negev (w końcu został rolnikiem) i powoli wracał do polityki - aby dwa lata temu zostać premierem, w środku trwającego od września 2000 palestyńskiego powstania.
Dziś, po obaleniu Husajna i mocnym wejściu USA w politykę Bliskiego Wschodu, Izrael znalazł się w najlepszym położeniu geopolitycznym od swego powstania 55 lat temu: z państw, które podważały jego prawo do istnienia, Iraku Husajna już nie ma, Syria jest ponoć gotowa do negocjacji pokojowych, Jordania to niemal sojusznik USA, jak Egipt, który mediuje między Izraelczykami a Palestyńczykami.
Kto jak kto, ale właśnie Szaron (rocznik 1928) powinien mieć osobiste, niejako biograficzne powody, by stać się współtwórcą nowego porządku na Bliskim Wschodzie. Szczyt w Akabie; akceptacja dla państwa palestyńskiego; szokujący dla osadników język, w którym pojawiło się słowo "okupacja" i gotowość do konfliktu z częścią żydowskiej prawicy; wola rozmawiania z Palestyńczykami mimo zamachów terrorystycznych i z drugiej strony wola Palestyńczyków (mimo nie liczących się z cywilnymi ofiarami akcji izraelskich, w których chęć odwetu czasem przeważa nad mądrością polityczną), wreszcie zawarte w miniony weekend zawieszenie broni i rozpoczęcie wycofywania wojsk z części Gazy i Zachodniego Brzegu (czyli powrót do stanu sprzed intifady) - wszystko to, co ostatnio robi premier Izraela sprawia wrażenie, jakby Szaron uznał, że jeśli nie wykorzysta okazji przecięcia bliskowschodniego węzła, to następna taka szansa szybko się nie pojawi. A na pewno nie za jego życia.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl