„TP”, Nr 27 (2817), 6 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2817/fellem.php Zaniedbany front
Stanisław Lem
Temat drugi jest krajowy. Otrzymałem bardzo szlachetną w tonie odezwę rektorów naszych szkół wyższych zgromadzonych na forum we Wrocławiu; nosi ona tytuł "Rola polskich uczelni wyższych w Europie wiedzy". Równocześnie zaproszono mnie, bym wraz z gronem szanowanych osób wziął udział w filmie, który miał być rodzajem propagandówki dla zagranicy. Odmówiłem - moja abominacja do kłamstwa jest na tyle silna, że nie mogę opowiadać pięknych rzeczy o Polsce, kiedy ich nie widzę. Świadomość roli nauki dla gospodarki i rozwoju państwa znajduje się dziś poza horyzontem postrzegania naszej klasy politycznej. Rozsądek każe zakładać, że procent młodych uzdolnionych ludzi, którzy mogliby z pożytkiem zająć się karierą naukową, jest spory, ale istotną rolę w ich selekcji odgrywają czynniki czysto materialne. Pensje naukowców są głodowe, niski urzędnik w MSZ zarabia tyle co profesor zwyczajny ze wszystkimi dodatkami. Uniwersytet Jagielloński chce zabronić swoim pracownikom nauczania w innych krakowskich szkołach wyższych; wiem skądinąd, że niektórzy profesorowie tej uczelni kursują po kraju, żeby związać koniec z końcem. Kiedy się pracuje na amerykańskim uniwersytecie i posiada tak zwaną tenure, nie otrzymuje się wielkiej pensji, ale ma się stałą posadę i można na polu naukowym robić, co się chce. Można się też zatrudnić w jednym z olbrzymich molochów technologicznych i zarabiać od trzech do ośmiu razy więcej aniżeli na uniwersytecie, ale wtedy musisz robić, co każą. Wybór zależy od tego, czy ktoś bardziej kocha wolność nauki, czy pieniądze. Przychodzą do mnie często młodzi ludzie, którzy najpierw oblewają mnie olejkiem różanym z wdzięczności za to, że poprzez swoje książki zadecydowałem o wyborze przez nich kierunku studiów (najczęściej chodzi o nauki ścisłe), po czym oświadczają, że właśnie wyjeżdżają do Bostonu albo Nowego Jorku. Trwa odpływ najzdolniejszych umysłów, ale fakt ten umyka uwadze polityków, na pierwszym planie sceny publicznej znajdują się natomiast takie uczone, jak pani posłanka Beger, która ma kurwiki w oczach. Przerażające jest to pchanie polskiej nauki może nie do grobu, ale ku straszliwemu zastojowi. Gdzie są, pytam, polscy nobliści w naukach przyrodniczych? Gdzie są wynalazki, które przynoszą wielkie sukcesy, także ekonomiczne? U nas zamiast zrobić wynalazek, rozsądniej napaść na jakiś kantor, więcej zysków to przyniesie. Gdy wejdziemy do Europy i znikną bariery graniczne, także i na froncie nauki, zwłaszcza nauk stosowanych, czeka nas frontalne zderzenie. Od znajomych lekarzy - fachowców pierwszej klasy! - słyszę: jak tylko nostryfikacja dyplomu nie będzie już potrzebna, wyjeżdżamy. Niezręcznie im opowiadać o ojczyźnie i patriotyzmie, skoro ich praca w tej ojczyźnie jest tak niedoceniona. Aparaturę mamy często niezgorszą, ale pensje lekarzy i pielęgniarek - podłe. Jednym słowem, jest to front straszliwie zaniedbany. Akcje typu: niech Kapuściński, Miłosz i Lem powiedzą coś do kamery, zrobi się z tego film i on poprawi nasz obraz za granicą, wydają mi się naiwne. Brak nam ludzi kompetentnych i polityków formatu większego niż kieszonkowy. Kiedy trumnę z prochami Słowackiego przywieziono do Polski, Piłsudski wygłosił przemówienie, w którym cytował "Beniowskiego". Oczekiwać, że dzisiaj którykolwiek z polityków będzie cytował Słowackiego, to jakby się spodziewać, że wyrosną mu skrzydła i poleci w niebo. Zastanawiające, jak nasza tradycja rozsypała się w proch. Owszem, przeżyliśmy czterdzieści lat nieszczęścia sowieckiego, ale ono już minęło i nie można się do końca świata powoływać na to, że Sowieci nas gnębili. |