dotb.gif

„TP”, Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2816/prasazagraniczna.php


Prasa zagraniczna

Brytyjczycy EURO-sceptycy


Od 1 stycznia 2002 r. mieszkańcy Unii Europejskiej mają w portfelach jeden pieniądz. Ale nie wszyscy: Wielka Brytania, Szwecja i Dania nie zdecydowały się na euro, choć spełniają kryteria. Traf chciał, że w tym samym czasie, gdy Polacy w referendum podejmowali decyzję o przystąpieniu do Unii - czemu towarzyszyły deklaracje, iż Polska przyjmie euro tak szybko, jak to możliwe - rząd w Londynie zastanawiał się, czy nie pożegnać się z funtem. I uznał, że choć euro dałoby wiele korzyści, to nie są one na razie tak duże, by warto rezygnować z funta, referendum na Wyspach zatem nie będzie.

Tak brzmiało oficjalne uzasadnienie. A jak jest naprawdę? Londyński GUARDIAN krytycznie ocenia ten krok rządu Blaira: "Wypada stwierdzić prawdę oczywistą: rząd, który mógł i powinien uczynić wiele dla brytyjskiego członkostwa w strefie euro, nie zrobił tego na czas. Przeciwnie, podjął decyzję współgrającą z polityką Londynu wobec Iraku i będącą rozczarowującym przesłaniem dla wielu Europejczyków, którzy tyle obiecywali sobie po rządach Partii Pracy. Mówi się: "Po owocach ich poznacie" - i rzeczywiście, odtąd wszelkie proeuropejskie deklaracje Blaira to tylko makulatura".

Hiszpański dziennik EL MUNDO szuka przyczyn tej decyzji: "Dwie trzecie Brytyjczyków sprzeciwia się europejskiej walucie. Choć minister finansów Gordon Brown wyliczył szereg powodów natury gospodarczej, które mają uzasadniać chwilową rezygnację z euro, prawdziwe motywy mają charakter czysto polityczny: zaangażowanie Blaira w wojnę z Irakiem sprawiło, że pozycja premiera została zakwestionowana nawet w jego własnych szeregach". Blair jest za słaby, by rozpisywać referendum i przekonywać do euro. "Ale faktem jest też, że jeśli niepewność wobec postawy Londynu utrzyma się jeszcze przez parę lat, brytyjska gospodarka zacznie tracić. Spadek inwestycji zagranicznych wskazuje już teraz, że sfery gospodarcze i finansowe sceptycznie oceniają przyszłość brytyjskiego funta".

Brytyjczyków nie oszczędza austriacki SALZBURGER NACHRICHTEN: "Chcieliby oni być w Unii i równocześnie poza nią. Chcą jako członek wspólnoty profitować z dobrodziejstw rynku wewnętrznego i współkształtować jego normy, nie są jednak gotowi rezygnować z części suwerenności. Latami wahają się, by potem dać odpowiedź połowiczną. Jak teraz w sprawie euro: "dziś nie, może później"". Wtóruje temu holenderski DE VOLKSKRANT: "Lęk przed połączeniem Wysp z Kontynentem jest tam najwyraźniej tak silny, że Blair skrył się za zasłoną dymną, bo za takową uznać wypada zastrzeżenia, iż konieczne są jeszcze jakieś "analizy ekonomiczne". Wygląda na to, że euro prędzej niż w Londynie wejdzie do obiegu w krajach, które członkami Unii staną się w maju 2004".

Bardziej wstrzemięźliwy jest FRANKFURTER ALLGEMEINE: "Decyzja Londynu nie jest zaskoczeniem. Sensacją byłoby, gdyby stało się inaczej". Niemiecki dziennik przyznaje, że Blair jest za słaby, by stawić czoła niechęci większości obywateli, odnotowuje jednak możliwość innej interpretacji tej decyzji: "Niektórzy dostrzegają w niej odwieczny wzorzec postępowania Wielkiej Brytanii wobec integracji europejskiej: wedle takiej opinii, Londyn ma znów odłączać się od "Europy", a przynajmniej nie przybliżać się ku Kontynentowi, a Brytyjczycy po prostu nie chcą być częścią europejskiej tożsamości - choć tak naprawdę nikt nie wie, co to miałoby oznaczać". "Frankfurter Allgemeine" uznaje jednak za absurdalne traktowanie brytyjskiego "nie" jako "triumfu londyńskiego "atlantycyzmu" nad europejskim "myśleniem wspólnotowym". Wielkie tematy, które dziś zapierają dech Europejczykom - konflikt w Iraku, spór o konstytucję Unii i jej rozszerzenie - wszystko to niewiele ma wspólnego z tym, czy Brytyjczycy chcą czy nie chcą euro. Londyn jest i będzie ważnym graczem - z euro czy bez - i zachowa swą pozycję (na obrzeżu Europy). Przypuszczalnie istnieje jedna jedyna konstelacja, która skłoniłaby rząd brytyjski do podjęcia "bitwy o euro": brytyjska gospodarka musiałaby znaleźć się w kryzysie, a gospodarki strefy euro musiałyby równocześnie błyszczeć. Ani jedno, ani drugie nie ma teraz miejsca".

Mniej pesymistyczny jest duński dziennik BERLINGSKE TIDENDE: "Nie jest dobrym pomysłem rozpisywać referendum, gdy z góry można być pewnym, że poniesie się w nim klęskę. Choćby z tego powodu jako mądrą i realistyczną ocenić wypada decyzję ministra Browna, który orzekł, że kwestia "jeszcze nie dojrzała". Mało kto wątpi, że brytyjski rząd, a przede wszystkim Blair nie chcieliby widzieć Brytanii w Unii Walutowej. Dlatego trzeba po prostu cierpliwie poczekać, aż brytyjskie społeczeństwo "dojrzeje" do euro".

WP

(za: faz.net, dw-world.de i tłum. własne)

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl