|
Prasa zagraniczna
Brytyjczycy EURO-sceptycy
Od 1 stycznia 2002 r. mieszkańcy Unii Europejskiej mają w portfelach jeden pieniądz.
Ale nie wszyscy: Wielka Brytania, Szwecja i Dania nie zdecydowały się na euro, choć spełniają
kryteria. Traf chciał, że w tym samym czasie, gdy Polacy w referendum podejmowali decyzję
o przystąpieniu do Unii - czemu towarzyszyły deklaracje, iż Polska przyjmie euro tak
szybko, jak to możliwe - rząd w Londynie zastanawiał się, czy nie pożegnać się z
funtem. I uznał, że choć euro dałoby wiele korzyści, to nie są one na razie tak duże,
by warto rezygnować z funta, referendum na Wyspach zatem nie będzie.
Tak brzmiało oficjalne uzasadnienie. A jak jest naprawdę? Londyński GUARDIAN krytycznie
ocenia ten krok rządu Blaira: "Wypada stwierdzić prawdę oczywistą: rząd, który
mógł i powinien uczynić wiele dla brytyjskiego członkostwa w strefie euro, nie zrobił
tego na czas. Przeciwnie, podjął decyzję współgrającą z polityką Londynu wobec
Iraku i będącą rozczarowującym przesłaniem dla wielu Europejczyków, którzy tyle
obiecywali sobie po rządach Partii Pracy. Mówi się: "Po owocach ich poznacie"
- i rzeczywiście, odtąd wszelkie proeuropejskie deklaracje Blaira to tylko
makulatura".
Hiszpański dziennik EL MUNDO szuka przyczyn tej decyzji: "Dwie trzecie Brytyjczyków
sprzeciwia się europejskiej walucie. Choć minister finansów Gordon Brown wyliczył
szereg powodów natury gospodarczej, które mają uzasadniać chwilową rezygnację z
euro, prawdziwe motywy mają charakter czysto polityczny: zaangażowanie Blaira w wojnę z
Irakiem sprawiło, że pozycja premiera została zakwestionowana nawet w jego własnych
szeregach". Blair jest za słaby, by rozpisywać referendum i przekonywać do euro.
"Ale faktem jest też, że jeśli niepewność wobec postawy Londynu utrzyma się
jeszcze przez parę lat, brytyjska gospodarka zacznie tracić. Spadek inwestycji
zagranicznych wskazuje już teraz, że sfery gospodarcze i finansowe sceptycznie oceniają
przyszłość brytyjskiego funta".
Brytyjczyków nie oszczędza austriacki SALZBURGER NACHRICHTEN: "Chcieliby oni być w
Unii i równocześnie poza nią. Chcą jako członek wspólnoty profitować z
dobrodziejstw rynku wewnętrznego i współkształtować jego normy, nie są jednak gotowi
rezygnować z części suwerenności. Latami wahają się, by potem dać odpowiedź połowiczną.
Jak teraz w sprawie euro: "dziś nie, może później"". Wtóruje temu
holenderski DE VOLKSKRANT: "Lęk przed połączeniem Wysp z Kontynentem jest tam
najwyraźniej tak silny, że Blair skrył się za zasłoną dymną, bo za takową uznać
wypada zastrzeżenia, iż konieczne są jeszcze jakieś "analizy ekonomiczne".
Wygląda na to, że euro prędzej niż w Londynie wejdzie do obiegu w krajach, które członkami
Unii staną się w maju 2004".
Bardziej wstrzemięźliwy jest FRANKFURTER ALLGEMEINE: "Decyzja Londynu nie jest
zaskoczeniem. Sensacją byłoby, gdyby stało się inaczej". Niemiecki dziennik
przyznaje, że Blair jest za słaby, by stawić czoła niechęci większości obywateli,
odnotowuje jednak możliwość innej interpretacji tej decyzji: "Niektórzy
dostrzegają w niej odwieczny wzorzec postępowania Wielkiej Brytanii wobec integracji
europejskiej: wedle takiej opinii, Londyn ma znów odłączać się od "Europy",
a przynajmniej nie przybliżać się ku Kontynentowi, a Brytyjczycy po prostu nie chcą być
częścią europejskiej tożsamości - choć tak naprawdę nikt nie wie, co to miałoby
oznaczać". "Frankfurter Allgemeine" uznaje jednak za absurdalne
traktowanie brytyjskiego "nie" jako "triumfu londyńskiego
"atlantycyzmu" nad europejskim "myśleniem wspólnotowym". Wielkie
tematy, które dziś zapierają dech Europejczykom - konflikt w Iraku, spór o konstytucję
Unii i jej rozszerzenie - wszystko to niewiele ma wspólnego z tym, czy Brytyjczycy chcą
czy nie chcą euro. Londyn jest i będzie ważnym graczem - z euro czy bez - i zachowa swą
pozycję (na obrzeżu Europy). Przypuszczalnie istnieje jedna jedyna konstelacja, która
skłoniłaby rząd brytyjski do podjęcia "bitwy o euro": brytyjska gospodarka
musiałaby znaleźć się w kryzysie, a gospodarki strefy euro musiałyby równocześnie błyszczeć.
Ani jedno, ani drugie nie ma teraz miejsca".
Mniej pesymistyczny jest duński dziennik BERLINGSKE TIDENDE: "Nie jest dobrym pomysłem
rozpisywać referendum, gdy z góry można być pewnym, że poniesie się w nim klęskę.
Choćby z tego powodu jako mądrą i realistyczną ocenić wypada decyzję ministra
Browna, który orzekł, że kwestia "jeszcze nie dojrzała". Mało kto wątpi,
że brytyjski rząd, a przede wszystkim Blair nie chcieliby widzieć Brytanii w Unii
Walutowej. Dlatego trzeba po prostu cierpliwie poczekać, aż brytyjskie społeczeństwo
"dojrzeje" do euro".
WP
(za: faz.net, dw-world.de i tłum. własne)
|