dotb.gif

„TP”, Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2816/main02.php



Polityka i życie ludzkie

Józefa Hennelowa


Cykliczne powroty polityków lewicy do prób wprowadzania zmian w ustawie "o ochronie płodu ludzkiego i dopuszczalności przerywania ciąży", uchwalonej w styczniu 1993 roku, każą odczytywać motyw tych inicjatyw całkowicie jednoznacznie. Tym motywem jest oczywiście pozyskiwanie elektoratu, któremu taką obietnicę składali kolejni działacze począwszy od uchwalenia ustawy ogłoszonej przez nich jako "wyjątkowo restrykcyjna".


Nikt nie ukrywa, iż zmiany w ustawie - te pożądane przez lewicę - sprowadzają się właściwie do jednego zapisu: dodającego "wzgląd na trudną sytuację społeczną" matki do tych wyjątków, które dziś legalizują przerywanie ciąży w wypadkach: zagrożenia życia i zdrowia matki, ciężkich wad płodu, wreszcie ciąży w wyniku gwałtu. Nikt też nie ma złudzeń - w wyniku dziesiątków lat doświadczeń obowiązywania ustawy wcześniejszej - że zapis taki w krótkim czasie funkcjonować zaczyna jako zgoda dla aborcji "na życzenie".

Mamy jednak oto taką właśnie nową próbę. Podjętą w parlamentarnym kole kobiet, w Senacie (z błogosławieństwem marszałka!), sygnalizowaną w odzywkach czołowych polityków SLD. Zdumiewa szczery do bólu cynizm: wytacza się działa przeciw hierarchom i wiernym dosłownie nazajutrz po referendum, w którym ich poparcie tak było ważne. Zdumiewa jednak także i brak realizmu: inicjatorzy zmian wiedzą przecież doskonale, że nawet i w obecnym Sejmie taka próba nie ma szans powodzenia. "Zostanie odrzucona w pierwszym czytaniu" - ostrzega jeden z prominentów. Dlaczego więc się ją podejmuje? Z samej chęci dokuczenia Kościołowi i wszystkim, którzy obronę praw człowieka pojmują w całym znaczeniu tego słowa?

W odpowiedzi usłyszy się zaprzeczenie. I powołanie się na fakt, iż ustawa i tak jest łamana prawie codziennie. Faktycznie, jednemu nie da się zaprzeczyć: liczba ofert typu "ginekolog - wszystko" w prasie codziennej jest przerażająca. W czym jednak zalegalizowanie dalszych wyjątków miałoby tu pomóc, jeśli zwolennicy takich zmian będą chcieli nas przekonywać, że też chodzi im o zmniejszenie liczby aborcji, że też chcą "chronić życie"? Albo przyznają, że ich inicjatywa nie pomoże w niczym - nielegalnie czy legalnie, dzieci będą ginąć - albo przyznają, że nadal nie przyjmują do wiadomości podstawowego faktu, iż skrywające się w łonie matki życie w każdym swoim stadium jest już życiem ludzkim.

Znamienny jest pod tym względem artykuł Joanny Podgórskiej w "Polityce" nr 25. Autorka cytuje stwierdzenie, z którym się zgadza, iż "przeciwnicy aborcji wygrali bitwę o język". Ta wygrana oceniona jest nie jako znalezienie terminów wreszcie nazywających rzeczy i fakty po imieniu, lecz jako sugestywna, nie do odparcia manipulacja. "Słowa embrion, płód, ciąża zniknęły z publicznego dyskursu, zastąpione przez życie poczęte. Nie ma już kobiety w ciąży, jest matka dziecka poczętego. Kiedyś brzmiało to dziwacznie i absurdalnie, ale się osłuchało i zostało. A w tym języku o liberalizacji ustawy rozmawiać się nie da". I prawda - nie da się. Ale nie dlatego, że tak daleko sięgnęła manipulacja językowa, tylko dlatego, że - zacytujmy tu z kolei publicystę "Newsweeka", opinia publiczna przekonana wreszcie została, iż "kwestia aborcji nie jest problemem z dziedziny technologii medycyny, lecz fundamentalną kwestią dotyczącą życia, śmierci i godności osoby ludzkiej" (Tomasz Maćkowiak, "Nowy front starej wojny").

Byłby więc to sygnał sprawy, która - niezależnie od losu ustawy - obchodzić powinna nas wszystkich: dalej trwających odłogów świadomości, które bronią się przed tą prawdą. Tu nie wystarczy oburzenie i nic nie załatwią inwektywy, nawet wypowiadane z najszczerszym zgorszeniem. Okazuje się, że po tych dziesięciu latach musimy w Polsce dalej - i lepiej, o wiele lepiej - "uczyć się człowieka".

Taką nauką jest na przykład upowszechnianie wiedzy o medycynie płodu, odnoszącej nie tylko w świecie, ale i u nas coraz większe sukcesy. Akurat artykuł Maćkowiaka służy tu fascynującymi przykładami. Ale też dostarcza jeszcze poważniejszych znaków ostrzegawczych. Wiążą się one z drugim argumentem wysuwanym przez inicjatorów zmian: że ustawa nie jest respektowana nawet w obecnym kształcie, coraz częściej bowiem kobiety natrafiają na odmowę przeprowadzania badań prenatalnych. Lekarze, którzy w sumieniu rzeczywiście mają pełne prawo odmówienia wykonania aborcji, odmawiają także skierowań na badania, argumentując, że wynik posłuży kobiecie za argument, by aborcji dokonać.

Otóż odpowiedzią na to może być tylko praktyka życia. Właśnie świadczona przez wszystkich życia broniących. Zapis tamtej ustawy z 1993 roku wspierany był argumentem, że nie wolno karnie zmuszać do heroizmu, jakim jest przyjęcie dziecka głęboko upośledzonego, że może to być tylko decyzja dobrowolna. Ale jeśli chcemy, by zapis ten jak najrzadziej był wykorzystywany, jedyną odpowiedzią może być tylko pomoc - prawdziwa, rzetelna, skuteczna. A tymczasem? Jeszcze raz zacytuję Maćkowiaka, odwołującego się do wypowiedzi prof. Jacka Zaremby z Zakładu Genetyki w Warszawie: "Poprosiłem kiedyś (jednego z "obrońców życia"- uw. moja J.H.), żeby mi dał listę matek, które chcą ciężko upośledzone dziecko adoptować, abym mógł przekonywać zrozpaczone kobiety do trzeciej możliwości. Po kilku miesiącach okazało się, że w Polsce na taką adopcję nie ma chętnych". Natomiast "z propozycją adoptowania chorych dzieci z Polski zwrócił się amerykański katolicki Międzynarodowy Program Adopcyjny "Genesis". Tam jest kolejka rodzin, które chcą zaadoptować chore dziecko". Profesor Zaremba dodaje, że od pięciu lat proponuje pacjentkom takie adopcje do Ameryki - ale na próżno. Może znaczy to, że polskie kobiety nawet niechcianego i odrzucanego dziecka nie chcą oddawać w nieznane ręce na dalekim świecie? Czy pomoc, aby została przyjęta, powinna być nie tylko naprawdę skuteczna, ale także naprawdę dostępna? Niedawno opublikowany w prasie, także i u nas w "Tygodniku", apel organizacji pomagających rodzicom niepełnosprawnych dzieci jest sygnałem ostrzegawczym: daleko nie wszystko zostało już zrobione, by pomóc. A co robić, by starczyło nie tylko dobrej woli, ale i środków?

Zdawałoby się, że wszyscy od prawa do lewa - i tak zwani obrońcy życia, i tak zwani społecznicy - na tym właśnie pytaniu się skoncentrują. A zamiast tego mamy oto zaczątek nowych awantur. Nie tylko o ustawę. Czymże innym, jak nie skandalem, jest to wszystko, co właśnie dzieje się dokoła holenderskiego statku aborcyjnego, który zawinął nielegalnie do portu we Władysławowie? Żer dla mediów, piłeczka dla polityków obu stron i żałosna kompromitacja inicjatorów, już nawet nie próbujących wmawiać, że chodzi im o jakiekolwiek "względy społeczne".

Co z tego będą miały matki, ich nie narodzone dzieci i my wszyscy, zatroskani o rodzinę? Wciąż okazuje się, że najtrudniej spotkać się w działaniu uczciwym i dobru służącym.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl