|
|
Listy antykoncepcja

Jakie wartości chroni zakaz stosowania antykoncepcji, tak stanowczo i wielokrotnie głoszony
przez Urząd Nauczycielski Kościoła? Publikowane w "TP" nr 22/2003 artykuły
Artura Sporniaka ("Seks, miłość i antykoncepcja") oraz o. Karola Meissnera
OSB ("Niewłaściwe pytanie") rozpoczęły dyskusję, poszukującą odpowiedzi
na to pytanie. Wszystkie teksty oraz listy na ten temat są dostępne na naszej stronie
internetowej: www.tygodnik.com.pl
A może spać osobno?
Materiały o antykoncepcji, jakie ukazały się na łamach "TP", stanowią
esencję tego, za co tak bardzo cenię "Tygodnik". Najpierw poruszenie
zagadnienia antykoncepcji przez publikację dwóch artykułów w tonie
moralizatorsko-teologiczno-filozoficznym, a dwa numery później śmiała odpowiedź z
pozycji czysto praktycznej czytelników. Cieszy mnie, że istnieje pismo, nie obawiające
się poruszać trudnych tematów odważnie i uczciwie.
Czytelnicy pisali już, że metoda NPR nie zawsze jest skuteczna i nie w każdym przypadku
możliwa do zastosowania. Pierwszej tezy nie potwierdziłem z żoną empirycznie, jednakże
2-miesięczny (kochany i sprawiający wielką radość) owoc naszej miłości jest
dowodem, że minimalna niefrasobliwość żony w ocenie fazy cyklu pociąga za sobą
nieodwracalne skutki. Cieszymy się naszą córeczką, ale chcielibyśmy też trochę
nacieszyć się sobą. Tymczasem w instrukcjach NPR wyczytaliśmy: "Po porodzie przez
długi czas może pojawiać się i zanikać śluz, który za każdym razem traktujemy jako
objaw płodności. Jeżeli wtedy mamy wątpliwości, czy wystarczająco wcześnie spostrzeżemy
pojawienie się śluzu po raz kolejny, to należy przerwać współżycie na dłuższy
czas, aż do pojawienia się regularnych cykli, albo zaakceptować niewielkie
prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ciąży" (wg http://free.med.pl/wrochna/www.htm).
Co z tego wynika dla nas?
Druga ewentualność nie wchodzi w grę. Dla mnie nie byłby to jeszcze zbyt duży
problem, bo planujemy więcej dzieci, ale dla żony już tak: "Mój organizm jeszcze
nie odpoczął po "trudach" pierwszej ciąży, a samo zajmowanie się maluchem
(karmienie, przewijanie, spacery itp.) jest ogromnie wyczerpujące. Gdybym teraz zaszła w
ciążę, nie wiem, jak bym sobie poradziła. Ty pracujesz, a najbliższa rodzina mieszka
400 km stąd. Nie wyobrażam sobie chociażby ściągania wózka po schodach z pierwszego
piętra "z brzuchem"". Pomijam tak przyziemne sprawy, jak zwolnienie ciężarnej
żony z pracy.
Jeśli chodzi o pierwszą możliwość, to między innymi: żona karmi tylko piersią, co
sprawia, że regularność cykli może być zachwiana nawet przez 6 miesięcy, a śluz będzie
trudny do rozpoznania. Pomni genezy poczęcia pierwszej pociechy, jesteśmy więc wyłączeni
ze współżycia na pół roku, do czego trzeba dodać półtora miesiąca abstynencji
seksualnej z okresu przed porodem (wg zaleceń lekarza). I jak to się ma do współżycia
jako "miernika uczuć małżeńskich"? W imię czego musimy być poddawani tak
heroicznej próbie? Czy istnieją jakieś pozytywne aspekty długiej wstrzemięźliwości
seksualnej w małżeństwie? Zastanawialiśmy się nawet, czy nie lepiej byłoby spać
osobno, żeby być w zgodzie z nauką Kościoła...
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)
To nie jest dogmat
Sposób poruszenia tak ważnego tematu przez "TP" zasługuje na uznanie. Dziękuję.
Poświęciłam sporo czasu, aby dotrzeć do aktualnego stanu wiedzy, co do metodologii
NPR, ponieważ chciałam je stosować jak najlepiej. Zauważyłam, że ucząc o tej
metodzie, obiecuje się więcej niż może ona dać. Metoda, bazująca na obserwacji objawów
(w połowie klasyfikowanych na podstawie subiektywnej oceny) żywego organizmu, podlegającego
wpływom wielu czynników, jest obarczona sporym marginesem błędu. Oczywiście, że w
razie wątpliwości należy zaniechać współżycia. Tylko że te wątpliwości trzeba
mieć! Znam wieloletnią instruktorkę NPR, która zaszła w nieplanowaną ciążę i nie
był to skutek braku samodyscypliny. Stosowanie NPR nie jest ani proste, ani łatwe, ani
skuteczne, jak głoszą osoby je propagujące.
Dlaczego przemilcza się, informując o NPR, problem psychologicznego obciążenia
kobiety, na której spoczywa ciężar oceny objawów i decyzji o współżyciu? Za mało w
tej popularyzacji naukowego obiektywizmu, za dużo hipokryzji. Doświadczenie sakramentu
małżeństwa dane jest świeckim małżonkom. Szkoda, że o tym, jak żyć w małżeństwie,
mówią przede wszystkim duchowni. Są ludzie, którzy chcą pogodzić drogę do Boga,
poczucie odpowiedzialności za rodzinę i zrozumieć, dlaczego antykoncepcji Kościół mówi
"nie". Co znajdują? Osoby, które chciałyby zadekretować, że teoria już
wszystko wyjaśniła, a jeśli ktoś ma wątpliwości, tym gorzej dla niego. Ale przecież
nauka o antykoncepcji nie jest dogmatem?
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)
Wątpliwości outsidera
Jestem ateistą życzliwie nastawionym do Kościoła dzięki temu, że poznawałem i
poznaję go przez "TP". Chociaż nie zgadzam się z niektórymi poglądami
pisma, na własny użytek określam je jako pismo "katolików, z którymi daje się
dyskutować". Wstęp ks. Adama Bonieckiego do dyskusji o antykoncepcji potwierdza
niechęć "Tygodnika" do dialogu, który byłby rozpisanym na głosy monologiem.
Niestety, tym razem zarówno Artur Sporniak, jak o. Karol Meissner prezentują to samo
stanowisko, tyle że pierwszy autor ma wątpliwości, a drugi - nie.
Takie stwierdzenia, jak "[małżonkowie] podejmują zaś współżycie małżeńskie
w okresach niepłodności po to, aby świadczyć sobie wzajemną miłość i dochować
przyrzeczonej wzajemnej wierności" (Paweł VI) niczego nie wyjaśniają. Przecież
małżonkowie stosują środki antykoncepcyjne także po to, aby świadczyć sobie wzajemną
miłość i dochować przyrzeczonej wierności. Podobne jest rozumowanie o. Meissnera: małżeństwo
nie sięgałoby po antykoncepcję, gdyby stosunek nie prowadził do
poczęcia; albo więc małżonkowie, stosujący antykoncepcję, nie znają NPR, albo
kieruje nimi jedynie "nieodparta potrzeba seksualna". Czy potrzebę seksualną
można z góry oceniać negatywnie? Określenie "otwarcie na przekazywanie życia
ludzkiego" rozumiałem dotychczas inaczej niż Sporniak. Była to dla mnie gotowość
do przyjęcie dziecka, mimo stosowania takich czy innych zabezpieczeń (które mogą zawieść)
oraz świadomość, że stosunek seksualny może prowadzić do poczęcia dziecka.
O. Meissner stwierdza, że antykoncepcja jest przejawem lęku przed płodnością, jak
gdyby w stosunku do NPR nie można było wytoczyć tego samego oskarżenia. Dalej pisze,
że rodzice traktują dziecko jako przeszkodę w osiąganiu swoich celów. To nie tylko
bezpodstawne oskarżenie, ale również wykorzystywanie osobistych wątpliwości wiernych,
którzy nie są pewni, czy jest w nich dość miłości, żeby mieć dziecko, a kiedy już
jest - czy znajdą dość sił i mądrości, aby je wychować. Cokolwiek złego się
stanie, można to przypisać niedostatkom miłości do dziecka, a te z kolei
antykoncepcji. Tyle że jest to uproszczenie. Czy dziewczyna pragnąca rodzeństwa i z żalem
mówiąca o antykoncepcji rodziców, z przykładu o. Meissnera, byłaby uradowana
odkryciem, że nie ma braciszka, bo rodzice stosują metody zalecane przez Kościół?
Czego ma dowodzić ten przykład?
Dziękuję "TP" za podejmowanie niełatwych tematów.
RAFAŁ MASZKOWSKI
(Piaseczno k. Warszawy)
Brak mi dyskrecji
Jako argument przeciw sztucznej antykoncepcji pada m.in. stwierdzenie, że ludzie mogą
nadużywać miłości cielesnej. Kiedy? W tym pośpiechu, szeregu wypełnianych do północy
prac i obowiązków? Gdy na tak wiele rzeczy, nawet sen, brak czasu? NPR raczej nie chroni
przed tym nadużyciami, bo Kościół, zalecając okresy abstynencji, nie docieka jakości
współżycia małżonków w dni "bezpieczne". Skoro w dni bezpłodne Kościół
zatrzymuje się przed drzwiami sypialni, dlaczego tak bardzo dba o przejrzystość czasu płodnego?
Nie dziwię się zażenowaniu niektórych osób, uważających, że brak w tym
konsekwencji i dyskrecji.
Czym, w myśleniu małżonków, różni się współżycie przy użyciu antykoncepcji od
współżycia w fazie niepłodnej? Mentalnie - niczym: i jedni, i drudzy nie chcą poczęcia
dziecka. Być może argumenty o otwarciu się małżonków na siebie przy stosowaniu metod
naturalnych, można wytłumaczyć racjonalnie, ale nie można empirycznie. Na dodatek
kobieta, bojąc się niechcianej ciąży, może obrócić lęki przeciw mężowi. A jeśli
dojdzie do zerwania łączącej ich więzi, nawet w chwilach intymnych? Biorąc pod uwagę
stwierdzenie zapisane w Katechizmie: "w małżeństwie cielesna intymność małżonków
staje się znakiem i rękojmią komunii duchowej" (KKK, 2360), przy stosowaniu NPR
niewiele jest chyba komunii pozbawionych strachu, dających poczucie "ubogacenia się
sercem radosnym i wdzięcznym" (KKK, 2362).
AGNIESZKA TOMASIK
(Sopot)
|
|