adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 26 (2816)
29 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Portret i pożegnanie

Lektor


• Iza Chruślińska: BYŁA RAZ "KULTURA"... ROZMOWY Z ZOFIĄ HERTZ - "Jak ta Zosia jest w stanie robić korektę, rachunki, prowadzić kasę i korespondencję, biegać do drukarni, łamać numer, pilnować rewizji, czuwać nad ekspedycją, zajmować się wydawnictwami, a ponadto prowadzić dom zawsze pełen gości i gotować strawę dla całej ferajny - a przy tym wyglądać świeżo, młodo, elegancko i szykownie, to jest doprawdy sekret nad sekrety" - pisał Wacław Zbyszewski w "Zagubionych romantykach", świetnym portrecie zbiorowym "falansteru z Maisons-Laffitte" powstałym w 1959 roku. I dodawał: "Ale najistotniejsza jej rola jest nieuchwytna (...) To ona jest strażnikiem i westalką "Kultury". A także ona decyduje o ludzkich stosunkach w laffite'owskim gnieździe. (...) Ale nade wszystko, Zosia Hertz ma jakąś piekielną witalność, jakąś niespożytą energię. Może by Giedroyc mógł cudem jakimś znaleźć równie idealną korektorkę, maszynistkę, sekretarkę, administratorkę i... kucharkę oraz panią domu w jednej osobie. Byłby to cud. Ale takiego dynamo, tego ładunku inicjatywy na pewno by znaleźć nie mógł, bo sądzę, że w całej Polsce go nie ma".

Zapis długiej rozmowy, którą z Zofią Hertz przeprowadziła na początku lat 90. Iza Chruślińska, wydany po raz pierwszy w 1994 roku, wznowiony został niedawno, na 92. urodziny współtwórczyni "Kultury" obchodzone 27 lutego. Dziś ta starannie wydana i bogato zilustrowana książka nabiera szczególnej wagi. Zwłaszcza że ogromna rola, jaką w Maisons-Laffitte pełniła jej bohaterka, nie znajduje odzwierciedlenia w rocznikach "Kultury". Nieco tłumaczeń, prowadzona przez blisko ćwierć wieku rubryka "Humor krajowy" - to wszystko. A przecież, jak pisał Giedroyc, "jej wpływ na politykę "Kultury" i na mnie był zawsze bardzo wielki".

*

Opowieść Zofii Hertz - zauważa we wstępie Czesław Miłosz - "jest taka, jak ona sama: trzeźwa, dokładna, trzymająca się faktów, wstrzemięźliwa w ujawnianiu uczuć, ledwo tu i ówdzie pozwalająca sobie na przyprawę suchego humoru". Najpierw, krótko i bez sentymentów, opowiada o swoim niełatwym dzieciństwie i młodości: rozejściu się rodziców, wczesnej śmierci matki, wymuszonej samodzielności i ciągłym braku pieniędzy. O studiach prawniczych, pracy w kancelarii notarialnej i sukcesie, jakim było zdanie egzaminu na stanowisko notariusza. O poznaniu Zygmunta Hertza, syna zamożnego przemysłowca, i ślubie w lutym 1939.

"Ponieważ nie wyjechaliśmy w podróż poślubną, chcieliśmy latem 1939 wyjechać na wakacje do Francji i Północnej Afryki. Mieliśmy już gotowy cały plan podróży. Ale ojciec Zygmunta bał się, że wybuchnie wojna i jeśli będziemy za granicą, pozostaniemy rozłączeni. Poprosił nas wobec tego o przełożenie wyjazdu na następny rok i spędzenie wakacji w Polsce. W zamian za to obiecał, że jeśli wojna nie wybuchnie - twierdził, że albo wybuchnie do 1 września, albo uda się jej zapobiec - zafunduje nam podróż na wystawę światową do Nowego Jorku. Wykupił nam nawet bilety na statek na 24 września!".

Zamiast do Francji, młodzi Hertzowie pojechali na Hel. Te ostatnie przedwojenne wakacje skończyły się 24 sierpnia, gdy na plaży dowiedzieli się z radia o powszechnej mobilizacji. We wrześniu Zygmunt Hertz został wzięty do niewoli sowieckiej, na szczęście udało mu się uciec z transportu oficerów, który trafił potem do Katynia, i schronić w Stanisławowie, gdzie w styczniu 1940 dołączyła do niego żona. W czerwcu wyjechali do Lwowa, tam aresztowało ich NKWD i wywiozło do Cyngłoka w Maryjskiej Republice Autonomicznej, do pracy przy wyrębie lasu. "Tu spędziliśmy szesnaście najdłuższych w naszym życiu miesięcy" - podsumowuje krótko Zofia Hertz. "Pamiętam, niedługo po przyjeździe Zygmunt powiedział mi, że na pewno tam umrzemy. Odpowiedziałam mu wtedy, że nie ma mowy, abyśmy zginęli, że musimy przeżyć. W przeciwnym wypadku powinniśmy natychmiast powiesić się na najbliższym kołku, bo po co się tak straszliwie męczyć przed śmiercią!".

Następny rozdział tej opowieści zaczyna się po podpisaniu umowy Sikorski-Majski. Do posiołka, w którym mieszkają Hertzowie, przyjeżdża pułkownik NKWD z wiadomością o amnestii dla Polaków. Wkrótce dociera też wiadomość o przybyciu do Moskwy Polskiej Misji Wojskowej. "Złożyliśmy się wszyscy na wysłanie depeszy, z opłaconą odpowiedzią... Z tą depeszą wysłaliśmy jednego z mężczyzn na pocztę oddaloną o 40 kilometrów, aby ją tam nadał i nie wracał bez odpowiedzi". Posłaniec wraca z rozkazem, by wszyscy mężczyźni sprawni do noszenia broni opuścili posiołek i kierowali się do Buzułuku. Hertzowie decydują się wyruszyć natychmiast, za jedyny glejt mając ową odpowiedź z Polskiej Misji Wojskowej, przepisaną na... kawałku tapety.

Potem zaczyna się odyseja z armią Andersa: z Buzułuku do Jangijulu, w sierpniu 1942 ewakuacja z Jangijulu do Iranu, potem droga przez Irak, Palestynę i Egipt do Włoch. Zofia Hertz pracuje w Wydziale Kultury, Prasy i Propagandy kierowanym przez Józefa Czapskiego. Tutaj w marcu 1943 poznaje Jerzego Giedroycia, nowego kierownika działu czasopism i wydawnictw wojskowych, wkrótce zaczyna prowadzić jego sekretariat.

"Szczegóły naszej pracy są bardzo trudne do opowiedzenia - wspominała w rozmowie z Chruślińską. - Jerzy miał zawsze, co jest dla niego charakterystyczne, tysiące pomysłów. Zazwyczaj najpierw omawiał je z Józiem, który był jego porte-parole u Andersa, a potem ze mną. Całą stronę praktyczną każdego przedsięwzięcia pozostawiali mnie. Często co godzina "wychodziła" nowa sprawa i trzeba było dopilnować kilku, kilkunastu rzeczy jednocześnie"... Mamy tu więc prawzór sytuacji, która powtórzy się po powstaniu Instytutu Literackiego i "Kultury"; najpierw w Rzymie, potem w pierwszym, wynajętym jeszcze domu w Maisons-Laffitte przy avenue Corneille (Zbyszewski nazwie go "starą ruderą"), potem we własnej już siedzibie przy avenue de Poissy, której adres stanie się symbolem niezależności i wolnego słowa.

"Nasi ówcześni przyjaciele, których wielu nie mieliśmy, mówili nam stukając się w głowę: "Ile macie tych pieniędzy?". Odpowiadaliśmy: "Na półtora roku". Oni na to: "No dobrze, pieniądze może znajdziecie, ale kto was będzie czytał, a przede wszystkim, skąd weźmiecie autorów?"". Heroiczne lata "Kultury", wciąż na granicy bankructwa, zdobywanie środków finansowych, a przede wszystkim czytelników i współpracowników, Zofia Hertz wspomina powściągliwie ("Jerzy wysyłał setki listów szukając autorów, my z Zygmuntem tysiące, często ręcznie pisanych, w poszukiwaniu prenumeratorów"). Znakomitym uzupełnieniem są dołączone do rozmowy trzy bloki listów Zofii Hertz i Jerzego Giedroycia: pierwszy z okresu włoskiego, między lutym a majem 1946, drugi z sierpnia i września 1947, trzeci z czerwca 1950, gdy Redaktor przebywał w Berlinie na Kongresie Wolności Kultury. W pośpiechu pisane, pełne nie zawsze dziś czytelnych szczegółów, komentarzy i poleceń, zachowały gorączkowy klimat tamtych lat, odbicie ówczesnych emocji i nadziei, a przede wszystkim zaangażowania we wspólne dzieło.

*

"Jedno wydaje mi się pewne: do nazw miejscowości podparyskich, które stały się częścią naszej historii - Batignolles, Montmorency - trzeba dodać nazwę "Maisons-Laffitte"". Tak kończył przed laty swój szkic Wacław Zbyszewski. Dzisiaj, kiedy z odejściem Zofii Hertz, od śmierci Jerzego Giedroycia pełniącej funkcję dyrektora Instytutu Literackiego, zamyka się jeden z ostatnich rozdziałów historii tej niezwykłej instytucji, słowa Zbyszewskiego wydają się oczywistością. (Towarzystwo Opieki nad Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2003, s. 170. Na wkładkach kilkadziesiąt fotografii archiwalnych.)


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny