dotb.gif

„TP”, Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2816/kultura06.php

Nicolas de Staël w Centre Pompidou


Labirynt blasku i ciemności

Anna Arno


"Sztuka stwarza coś, co jest ponad kształtem rzeczy, chociaż jej znaczenie polega na tym, by zachować kształt rzeczy".

Chiński poemat z epoki Song


Porównywany bywa do van Gogha, za sprawą tragicznego, samotnego życiorysu zakończonego samobójstwem, którego przyczyny pozostają niejasne, za sprawą losu dzieła, przez długi czas nie rozumianego, osobnego. Wystawa w Centre Pompidou przypomina zagadki Nicolasa de Staëla.


Artysta-wędrowiec - urodzony w 1914 r. w Petersburgu, kilka lat dzieciństwa spędził w Polsce, studiował w Brukseli, osiadł we Francji, lecz podróżował bezustannie, aż do końca, przede wszystkim na Południe: do Włoch, Maroka, Algierii.

Samotnik - choć lista wielkich XX wieku, z którymi utrzymywał kontakty i przyjaźnił się, jest długa: Braque, Kandinsky, Arp, Sonia Delaunay, Le Corbusier, René Char, którego książki ilustrował.

W Centre Pompidou pokazano dzieła ze wszystkich okresów twórczości de Staëla: od pierwszych, fragmentarycznych jeszcze, pejzaży, martwych natur i portretów, poprzez ciężkie, ciemne abstrakcje, ku abstrakcji dojrzałej i promiennej, aż po powrót do malarstwa figuralnego i ostatnich płócien przenikniętych światłem i atmosferą Południa.

Oprócz obrazów olejnych można oglądać liczne rysunki, grafiki (wśród nich niezwykły cykl inspirowany siedemnastowiecznymi rycinami), ilustracje do książek. Na ogromnych planszach widać fotografie artysty w pracowni, wśród powstających obrazów.

Można więc iść labiryntem de Staëla, zachwycić się jego momentami blasku, zastanowić nad przestrzeniami ciemności, załamania, także tego ostatecznego, gdy na sztalugach pozostał monumentalny i niedokończony "Koncert" z krzyczącą czerwienią tła.

Czy to płótno przerosło go? Czy też nie wytrzymał napięcia powrotu do natury, po tylu latach żywienia się abstrakcją w czasie, gdy uważano, iż "malarstwo abstrakcyjne zbawi malarstwo". Te pytania, powracające podczas oglądania wystawy, muszą pozostać otwarte - jak wielka, niespełniona przestrzeń "Koncertu".

Można opowiedzieć historię tego artysty, wędrując od portretów Jeannine (jego pierwszej, wcześnie zmarłej żony), aż do ostatnich płócien z Antibes. Będzie to opowieść o niepokojach, szarpaninie, samotności i spotkaniach w cieniu i blasku starych mistrzów - Matisse'a i Picassa; o konieczności konfrontacji z kubizmem i odpowiedzi na nowe wyzwania płynące z obu stron oceanu.

Można także opisywać drogę de Staëla do abstrakcji, jej kulminację i powrót do figuracji, dociekając motywacji jego wyborów. Najlepiej jednak stanąć przed nim jak chłopak z małego płótna Józefa Czapskiego ("Chłopak przed de Staëlem"), zwrócony ku rzeczywistości obrazu. Spróbować przeniknąć dzieło, stać się niemal jego częścią, jak postać naszkicowana przez Czapskiego w kilku jakby de staelowskich pociągnięciach.

Ten, kto staje przed de Staëlem, przechodzi przez jego kolejne atelier w Paryżu przy rue Nollet, przy rue Gauget; mija pokoje, w których zatrzymywał się podczas podróży na Południe - w Marsylii, Agrigento, aż po ten ostatni, w Antibes. Widz obserwuje odmiany światła, które to malarstwo formowały, i blask, jaki z niego emanuje. W małych abstrakcjach znajduje obraz tego, co samemu zdarzało mu się widzieć: wielobarwne płaszczyzny pól, słońca i cienia, wspaniałość chmur, wysmukłe zarysy butelek i pędzli.

Ten świat jest rzeczywisty i dotykalny, lecz jakby zapamiętany we wspomnieniu, zatartym w szczegółach, ale bardzo intensywnym, zmysłowym. "Katedra" to płaszczyzny jasności na tle ciemnego granatu nieba; jest tu ogrom i lekkość, w których tkwi jej duma.

"Dachy" - mistrzostwo abstrakcji: w górnej partii ekspresyjnej, malowanej z rozmachem - swobodnymi, szerokimi pociągnięciami pędzla; niżej ujętej w formy zgeometryzowane, lecz niepewne, obłe. Te dwie strefy zderzają się, i aż prosi się, byśmy odczytali w tym płótnie kontury rzeczywistości. "Tak widziałem", zdaje się mówić artysta.

De Staël wybrał miejsce pomiędzy, w niepewnej strefie na pograniczu abstrakcji. Niektórzy skłonni są twierdzić, że była to jego słabość, która wprawiała go w niepokój i drżenie, nie pozwalając osiągnąć szczytu. Staël zrozumiał jednak, że twórczość jest działaniem na granicy niemożliwości, w przestrzeni paradoksalnej, wśród oksymoronów.

W tej pozornej sprzeczności kryje się chęć przełamania pokusy naśladowania, bałwochwalczego posłuszeństwa. Spojrzenie uległe, służalczo posłuszne, myli się nieraz lub prześlizguje po powierzchni. Nie o poddaństwo, lecz o wierność tu chodzi, o wierność widzianym rzeczom. Promień skupiony w oku przechodzi przez jasny umysł, przez cień wrażliwości, by powrócić zawsze poprzez wzrok, by tworzyć obraz dla zawsze czujnych oczu.

Stajemy przed de Staëlem. W "Parc des Princes" barwy koszulek sportowców i trawy nakładają się na siebie i plączą. To radość widoku, jaki można i dziś zobaczyć. Radość abstrakcyjna - daje poczucie malarskiego wymiaru życia, ale towarzyszy jej także świadomość tego, że są to kształty istniejących ludzi, formowane wedle ich pragnień i na miarę ich charakterów.

"Orkiestra" - niemalże odgadywana, malarska sugestia, jednakże wyraźna i przekonywująca: jasne zarysy fortepianu, wiolonczeli, pulpitów, ciał poruszonych muzyką. "La Route d'Uzes" - droga zwężająca się ku punktowi, w którym znika. To droga prowadząca za nieznany horyzont, może na Południe, w oślepiające barwy i światło.

Po wystawie trzeba jeszcze wyjrzeć przez panoramiczne okna Centre Pompidou na Paryż, w którym można dostrzec prostokąty "Dachów" i niedbałą materię nieba. A potem idzie się dalej, w "Paris la nuit", nad grafitową Sekwanę z jaśniejszą linią mostu, z czarnym masywem kamienic i uderzającą jasnością wież Notre-Dame.


Nicolas de Staël. Wystawa w paryskim Centre Georges Pompidou; marzec - czerwiec 2003.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl