|
Nicolas de Staël w Centre Pompidou
Labirynt blasku i ciemności
Anna Arno
"Sztuka stwarza coś, co jest ponad kształtem rzeczy, chociaż jej znaczenie polega
na tym, by zachować kształt rzeczy".
Chiński poemat z epoki Song
Porównywany bywa do van Gogha, za sprawą tragicznego, samotnego życiorysu zakończonego
samobójstwem, którego przyczyny pozostają niejasne, za sprawą losu dzieła, przez długi
czas nie rozumianego, osobnego. Wystawa w Centre Pompidou przypomina zagadki Nicolasa de
Staëla.
 |
 Nicolas de Staël "Les Indes galantes", 1953 |
|
Artysta-wędrowiec - urodzony w 1914 r. w Petersburgu, kilka lat dzieciństwa spędził w
Polsce, studiował w Brukseli, osiadł we Francji, lecz podróżował bezustannie, aż do
końca, przede wszystkim na Południe: do Włoch, Maroka, Algierii.
Samotnik - choć lista wielkich XX wieku, z którymi utrzymywał kontakty i przyjaźnił
się, jest długa: Braque, Kandinsky, Arp, Sonia Delaunay, Le Corbusier, René Char, którego
książki ilustrował.
W Centre Pompidou pokazano dzieła ze wszystkich okresów twórczości de Staëla: od
pierwszych, fragmentarycznych jeszcze, pejzaży, martwych natur i portretów, poprzez ciężkie,
ciemne abstrakcje, ku abstrakcji dojrzałej i promiennej, aż po powrót do malarstwa
figuralnego i ostatnich płócien przenikniętych światłem i atmosferą Południa.
Oprócz obrazów olejnych można oglądać liczne rysunki, grafiki (wśród nich niezwykły
cykl inspirowany siedemnastowiecznymi rycinami), ilustracje do książek. Na ogromnych
planszach widać fotografie artysty w pracowni, wśród powstających obrazów.
Można więc iść labiryntem de Staëla, zachwycić się jego momentami blasku, zastanowić
nad przestrzeniami ciemności, załamania, także tego ostatecznego, gdy na sztalugach
pozostał monumentalny i niedokończony "Koncert" z krzyczącą czerwienią tła.
Czy to płótno przerosło go? Czy też nie wytrzymał napięcia powrotu do natury, po
tylu latach żywienia się abstrakcją w czasie, gdy uważano, iż "malarstwo
abstrakcyjne zbawi malarstwo". Te pytania, powracające podczas oglądania wystawy,
muszą pozostać otwarte - jak wielka, niespełniona przestrzeń "Koncertu".
Można opowiedzieć historię tego artysty, wędrując od portretów Jeannine (jego
pierwszej, wcześnie zmarłej żony), aż do ostatnich płócien z Antibes. Będzie to
opowieść o niepokojach, szarpaninie, samotności i spotkaniach w cieniu i blasku starych
mistrzów - Matisse'a i Picassa; o konieczności konfrontacji z kubizmem i odpowiedzi na
nowe wyzwania płynące z obu stron oceanu.
Można także opisywać drogę de Staëla do abstrakcji, jej kulminację i powrót do
figuracji, dociekając motywacji jego wyborów. Najlepiej jednak stanąć przed nim jak chłopak
z małego płótna Józefa Czapskiego ("Chłopak przed de Staëlem"), zwrócony
ku rzeczywistości obrazu. Spróbować przeniknąć dzieło, stać się niemal jego częścią,
jak postać naszkicowana przez Czapskiego w kilku jakby de staelowskich pociągnięciach.
Ten, kto staje przed de Staëlem, przechodzi przez jego kolejne atelier w Paryżu przy rue
Nollet, przy rue Gauget; mija pokoje, w których zatrzymywał się podczas podróży na Południe
- w Marsylii, Agrigento, aż po ten ostatni, w Antibes. Widz obserwuje odmiany światła,
które to malarstwo formowały, i blask, jaki z niego emanuje. W małych abstrakcjach
znajduje obraz tego, co samemu zdarzało mu się widzieć: wielobarwne płaszczyzny pól,
słońca i cienia, wspaniałość chmur, wysmukłe zarysy butelek i pędzli.
Ten świat jest rzeczywisty i dotykalny, lecz jakby zapamiętany we wspomnieniu, zatartym
w szczegółach, ale bardzo intensywnym, zmysłowym. "Katedra" to płaszczyzny
jasności na tle ciemnego granatu nieba; jest tu ogrom i lekkość, w których tkwi jej
duma.
"Dachy" - mistrzostwo abstrakcji: w górnej partii ekspresyjnej, malowanej z
rozmachem - swobodnymi, szerokimi pociągnięciami pędzla; niżej ujętej w formy
zgeometryzowane, lecz niepewne, obłe. Te dwie strefy zderzają się, i aż prosi się, byśmy
odczytali w tym płótnie kontury rzeczywistości. "Tak widziałem", zdaje się
mówić artysta.
De Staël wybrał miejsce pomiędzy, w niepewnej strefie na pograniczu abstrakcji. Niektórzy
skłonni są twierdzić, że była to jego słabość, która wprawiała go w niepokój i
drżenie, nie pozwalając osiągnąć szczytu. Staël zrozumiał jednak, że twórczość
jest działaniem na granicy niemożliwości, w przestrzeni paradoksalnej, wśród
oksymoronów.
W tej pozornej sprzeczności kryje się chęć przełamania pokusy naśladowania, bałwochwalczego
posłuszeństwa. Spojrzenie uległe, służalczo posłuszne, myli się nieraz lub prześlizguje
po powierzchni. Nie o poddaństwo, lecz o wierność tu chodzi, o wierność widzianym
rzeczom. Promień skupiony w oku przechodzi przez jasny umysł, przez cień wrażliwości,
by powrócić zawsze poprzez wzrok, by tworzyć obraz dla zawsze czujnych oczu.
Stajemy przed de Staëlem. W "Parc des Princes" barwy koszulek sportowców i
trawy nakładają się na siebie i plączą. To radość widoku, jaki można i dziś
zobaczyć. Radość abstrakcyjna - daje poczucie malarskiego wymiaru życia, ale
towarzyszy jej także świadomość tego, że są to kształty istniejących ludzi,
formowane wedle ich pragnień i na miarę ich charakterów.
"Orkiestra" - niemalże odgadywana, malarska sugestia, jednakże wyraźna i
przekonywująca: jasne zarysy fortepianu, wiolonczeli, pulpitów, ciał poruszonych muzyką.
"La Route d'Uzes" - droga zwężająca się ku punktowi, w którym znika. To
droga prowadząca za nieznany horyzont, może na Południe, w oślepiające barwy i światło.
Po wystawie trzeba jeszcze wyjrzeć przez panoramiczne okna Centre Pompidou na Paryż, w
którym można dostrzec prostokąty "Dachów" i niedbałą materię nieba. A
potem idzie się dalej, w "Paris la nuit", nad grafitową Sekwanę z jaśniejszą
linią mostu, z czarnym masywem kamienic i uderzającą jasnością wież Notre-Dame.
Nicolas de Staël. Wystawa w paryskim Centre Georges Pompidou; marzec - czerwiec 2003.
|