adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 26 (2816)
29 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Christophera Marthalera
paszkwil na kapitalizm


Uziemieni

Piotr Gruszczyński


Kraj mały, bezpieczny jak miękki skórzany fotel, zamożny, po prostu Szwajcaria. I jego linia lotnicza, bezpieczna, niezawodna, Swissair. Już wiadomo, co będzie dalej? Z dnia na dzień, w aurze skandalu, Swissair zbankrutował.


Zbankrutował, za przyczynę podając katastrofalną sytuację w lotnictwie po 11 września. Samoloty Swissairu zostały uziemione. "Uziemienie" - tak należy tłumaczyć angielski tytuł przedstawienia Christopha Marthalera "Groundings", w którym katastrofa ekonomiczna linii lotniczej staje się początkiem opowieści o katastrofie ludzi, uziemionych.

Anna Viebrock - genialna, nieodłączna scenografka Marthalera zaprojektowała jak zwykle wnętrze septyczne i skrajnie nieprzyjemne. Tyle że tym razem mniej monumentalne. Jesteśmy we wnętrzu samolotu, który jednocześnie stanowi siedzibę zarządu lotniczej superkorporacji. Białe ściany, prostota geometrycznej konstrukcji. W głębi niewygodne stłoczone krzesła klasy ekonomicznej, pełniące jednocześnie funkcję poczekalni, z przodu dwa obszerne fotele, ale podobnie jak krzesła nielotnicze, tylko zwykłe, naziemne. Dwie strefy oddziela przesuwająca się po szynach biegnących wokół sceny zasłona. Szara w nieregularne wzory w przykrych odcieniach fioletu i zieleni. To magiczna granica oddzielająca wybrańców światowego kapitalizmu od zwykłych pasażerów.

Nad sceną góruje sejf, niedostępny jak oko opatrzności (nocna próba jego zdobycia przez jednego z pasażerów kończy się cyrkową katastrofą: załamują się szczeble drabinki). W dole, u stóp możnych tego świata, jak gdyby przez szklaną podłogę samolotu widać wielkie nadmorskie miasto. W tym prostym zabiegu scenograficznym wyraża się cała pogarda i lekceważenie, jakie latający superpasażerowie mają dla spraw rojących się pod nimi, w zglobalizowanej wiosce. A jednak nie mogą czuć się do końca bezpiecznie. Co jakiś czas obszerny fotel z obszernym prezesem zaczyna niespodziewanie jechać, poruszany niewiadomą siłą i przebijając ścianę samolotu, znów w iście cyrkowym trybie, wypada na zewnątrz wraz z prezesem, po którym zostaje tylko krzyk. Maszyniści ze stoickim spokojem montują nową ściankę, dla następnego "wylatującego".

Spektakl zaczyna przychodzący do kanału dla orkiestry muzyk. Próbuje doprowadzić do podniesienia żelaznej kurtyny, która kilka razy oczywiście się zacina. W końcu pójdzie w górę, a na scenie pojawią się pasażerowie. Wszyscy w garniturach, w większości w poważnym wieku, wśród nich jedna tylko pasażerka. Każdy taszczy identyczną, dużą walizkę. Muzyk, który prowadzi niejako cały spektakl, po krótkiej przygrywce zaczyna imitować rozklekotane lotniskowe komunikaty. Pierwszy ogłasza opóźnienie odlotu do Johannesburga o kilka sekund, z niewyraźnych, bo bełkotliwie wypowiedzianych przyczyn. Pasażerowie natychmiast sięgają do kieszeni i wyciągają coś, czego używają jak komórki. Zaczynają się rytuały lotniskowe, zunifikowane tak jak przestrzeń dworca lotniczego, wszędzie i zawsze prawie identyczna. Następna zapowiedź, ogłoszona niespełna minutę później, anonsuje opóźnienie odlotu o kilka dni. To jest właśnie groundings.

Wśród uziemionych jest na przykład przedstawiciel kapitalizmu typu kasyno, jest narodowy globalista, jest bezgranicznie rozczarowany, jest doradca kapitałowy. Marthaler z lubością posługuje się prawdziwymi wypowiedziami przedstawicieli Swissairu po bankructwie linii. Początkowo mimo katastrofy nastroje są triumfalistyczne. Przecież w świecie pełnym wyzwań nie można się załamywać. Nerwowa nieco krzątanina przybiera charakter coraz bardziej groteskowy. A kolejni potencjalni zbawcy bankruta wylatują przez ścianę samolotu. Pasażerowie śpiewają (jak zwykle u Marthalera niewiarygodnie pięknie!), popadając w stany melancholijne lub euforyczne ("Pa, pa, pa, pa, I will by Alitalia!"). Zapraszają nawet specjalistę od marketingu, który ma zaprezentować nowy wizerunek odrodzonego przedsiębiorstwa. Ten przedstawiciel agencji reklamowej również ma swój odpowiednik w aferze Swissairu - to Tyler Brule, założyciel "Wall Paper", który tworzył wizerunek następcy bankruta, czyli linii Swiss, obiecując nawet zamontowanie w samolotach nowego typu oświetlenia, w którym pasażerowie będą wyglądać bardziej sexy. Specjalista stoi pod białą tablicą, wodzi po niej świetlnym wskaźnikiem i coraz intensywniej pogrąża w tikach nałogowego kokainisty. To zachowanie zjednuje mu jednak najwyraźniej przychylność słuchaczy, którym nie przeszkadzają nawet obfite wymioty wydobywające się z prezentera.

Marthaler nie zostawia suchej nitki na blichtrze superkapitalizmu i superkorporacji. Śmiech zabija nadętą powagę i obnaża żałosność supermenów z biznes klasy. Ale stopniowo uziemieni zaczynają ujawniać zwykłą ludzką bezradność. Najpierw dochodzi między nimi do ekscesów erotycznych. Jeden z prezesów dosłownie zjada pończochę z nóg demonicznej bizneswoman. Potem wśród nieustającego ruchu kotar życie powoli zamiera. Pasażerowie coraz częściej sięgają po dziwne maski, składające się z ust i nosa, i nerwowo ssą przez nie palec. W końcu otwierają swoje walizy; w każdej znajduje się fantom, taki jakiego używa się do nauki sztucznego oddychania. Najpierw spokojnie demonstrują, jak prowadzić akcję reanimacyjną. Potem niespodziewanie zaczynają namiętnie całować fantomy, dochodzi nawet do kopulacji. Odbywa się też bitwa, w wyniku której fantomy tracą swoje ustonosy. Wreszcie pasażerowie rozbierają się i zamieniają ubraniami z fantomami.

Kiedy na scenie pozostaną już tylko fantomy w krawatach i marynarkach, kadłuby z porozbijanymi twarzami, widok jest wielce poruszający. Nastąpiła zglobalizowana dehumanizacja, której ofiarami okazali się jednak ludzie, a nie biznesmeni i prezesi. Wśród kadłubów pojawia się kobieta. W białej sukni, jak do pierwszej komunii, z pobieloną twarzą, w białych pończochach. Siada pośród fantomów i zaczyna im czytać bajkę. Królewna Śnieżka i krasnoludki? Obraz całkowitej demencji ludzkości, jej bezradności i tragicznego pozorowania siły i działań? I jak do tego ma się podtytuł spektaklu - "wariant nadziei" - który ostatecznie przenicowuje znaczenia?

Marthaler uparcie demaskuje nicość nowoczesnych rytuałów gospodarki kapitalistycznej. Kilka lat temu wystawił "Specjalistów" i "Godzinę Zero", także przedstawienia o menadżerach światowej gospodarki i polityki. Upadek Swissairu stał się dla reżysera dowodem w sprawie, potwierdził jego intuicje i zdemaskował skorumpowane mechanizmy władzy. Pewnie dlatego ze spektaklu promienieje złośliwa satysfakcja niepokornego kontestatora, która jednak szybko ustępuje rozpaczy płynącej z przekonania, że przecież wszyscy jesteśmy uziemieni. I to coraz bardziej.


"Groundings", reż.: Christoph Marthaler, scenografia: Anna Viebrock, dramaturg: Stefanie Carp, spektakl Schauspielhaus z Zurychu prezentowany podczas 40 Theatertreffen w Berlinie w maju 2003.

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny