dotb.gif

„TP”, Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2816/kultura04.php

Dwie części "trylogii ludzi bez losu" noblisty Imre Kertésza po polsku


Kadysz za los utracony

Paweł Dudziak


"Mnie bóg objawił się pod postacią obozu w Auschwitz".

Imre Kertész


Gdyby na okładce "Kadyszu" nie widniało imię i nazwisko Imre Kertésza, gdyby nie jego dobrze rozpoznawalne zdjęcie, trudno byłoby odgadnąć, że jest to dzieło autora "Losu utraconego".


Paradoks polega na tym, że chociaż pozornie te dwie "powieści" nie mają ze sobą wiele wspólnego, chociaż ich styl zwodzi i uwodzi w różnych kierunkach, to jednak nie są one zdolne do istnienia bez siebie nawzajem, a nawet więcej - nadają sobie właściwy sens. O ile "Los utracony" broni się jako opowieść zdolna istnieć bez komentarza (chociaż cóż to za istnienie...), o tyle "Kadysz" nie jest już książką samodzielną - komentarz sam w sobie trąciłby przecież absurdem. Bo "Kadysz" jest komentarzem do "Losu utraconego", powieścią dyskursywną, a nawet - nie waham się powiedzieć: traktatem filozoficznym. Daje odpowiedź na bardzo dręczące pytanie: dlaczego Kertész jest postacią tak bardzo kontrowersyjną, z jakiego powodu stał się w świecie literackim kimś w rodzaju enfant terrible Ocalonych.

Całe ryzyko jego intelektualnego projektu wpisane jest właśnie w "Kadysz" (i nomen omen "Fiasko", na którego polskie wydanie przyjdzie jeszcze poczekać). Jako filozoficzny suplement - demaskuje naiwność oglądu świata, jest eksplozją goryczy i szczerości. Kertész zrzuca maskę, która mu najwyraźniej zaciążyła - w "Losie utraconym" porażał konsekwentnym odgrywaniem genialnej roli, w "Kadyszu" wstrząsa nagością twarzy pozbawionej makijażu i językiem suchej improwizacji. Autor wyszedł z roli, a zrobił to w wielkim stylu i z pełną świadomością: "Opowiadam tę samą historię - straconego ludzkiego losu, z różnych perspektyw, za każdym razem innej" - powiedział podczas swojej wizyty w Polsce w marcu 2002 roku.   

"Los utracony" to arcydzieło maski, którą nałożył autor, aby opisać Zagładę oczami dziecka. Trudno pojąć, jak udało mu się (dosłownie!) wcielić w swojego bohatera, jak mógł na chwilę "zapomnieć", "nie wiedzieć", a właściwie "ukryć" swoją wiedzę o tym wszystkim, co już przecież wiedział pisząc; jak to możliwe, że nie zadrżał mu głos na kilka stron, na parę słów przed tym, co za chwilę miał wypowiedzieć. To niewątpliwa tajemnica tej przepięknej literacko, a zarazem chłodnej i pisanej jakby bez emocji powieści otwierającej "trylogię ludzi bez losu".

"Los" nie mógł jednak uwolnić swojego autora od koszmaru, nie był terapią psychoanalityczną, a raczej skupieniem w sobie całego bólu i cierpienia. Był narzuconym sobie przez Kertésza nakazem powściągliwości i milczenia, próbą odegrania przed samym sobą teatru wspomnień. Dopiero "Kadysz" pozwala zrozumieć, jak ogromne napięcie kryje się w "naiwnym" wspomnieniu "chłopca"; dopiero on jest prawdziwym katharsis, możliwym po wielu latach, kiedy bohater nie jest już dzieckiem, niezdolnym do analiz i snucia teorii, ale podstarzałym, zgorzkniałym człowiekiem, któremu tylko analizy i podsumowania pozostały.

"Kadysz" onieśmiela szczerością i odwagą demaskacji - to namiętne, bardzo emocjonalne obnażenie tego wszystkiego, co w życiu najbardziej bolesne i wstydliwe: klęski miłości, zdrady i odrzucenia. Są to właściwie historie miłosne narratora; byłyby to historie miłosne narratora, gdyby nie to, kim był-jest i co przeżył-przeżywa. Normalnej miłości i zwyczajnego życia tu nie ma - okazuje się bowiem, że już niczego poza Obozem być nie może, że jedyną opowieścią, która wbrew najlepszym intencjom i chęciom autora snuje się pod piórem, jest wciąż opowieść małego niegdyś, a teraz dorosłego Więźnia. O czymkolwiek się mówi, cokolwiek się przeżywa, za każdym razem jest to albo zdanie dotyczące obozu, albo przeżycie stamtąd zapamiętane: nie sposób np. opisać internatu szkolnego tak, żeby nie był to opis doskonale pasujący do opisu obozu.

Niegdyś Kertész wyznał: "Ja bym powiedział, nawiązując do tego, co mówił Adorno, że po Oświęcimiu można mówić tylko o Oświęcimiu. (...) literatura współczesna bez wpływu na nią holokaustu nie istnieje". Tragizm i swego rodzaju egzystencjalny bezsens, jaki daje się wyczytać z tego opresywnego stwierdzenia, znajduje odbicie w "Kadyszu". Jest to "powieść" tak samo niezdolna do opowiadania innych historii i opowiadająca o niemożliwości opowiadania innych historii, tak samo tkwiąca w niemocy i demencji fabularnej, jak bohater, który nie potrafi kochać i w ogóle robić czegokolwiek poza pracą pisarską i uzasadnianiem swojego utraconego losu.

Mógłby się wydawać żałosnym, odrażającym, odcinającym kombatanckie kupony człowiekiem, zaprzątniętym tylko sobą i potrafiącym skutecznie ranić innych - jest nim, ale jednak jest przede wszystkim cudem ocalałym od śmierci dzieckiem, bohaterem "Losu utraconego". Skoro raz go pokochaliśmy, nie powinniśmy teraz nienawidzić. Chociażby dlatego, że ma niezwykłą odwagę mówienia rzeczy strasznych i przerażających, w czym dorównuje jednemu ze swoich mistrzów - Tadeuszowi Borowskiemu. To jest największe niebezpieczeństwo czytania "Kadyszu" poza "Losem utraconym" - z nadmierną śmiałością i nieostrożnością można obdarzyć bohatera tanią ckliwością - albo odwrotnie - niesprawiedliwą pogardą.

Bohater Kertésza (nie sam Kertész, bo trzeba uszanować zastrzeżenie: "moja książka nie jest autobiografią") nie jest, wbrew pozorom i ocenom części krytyki, uchylającym się przed życiem, nic nie robiącym człowiekiem: jest filozofem, który w dodatku szuka odpowiedzi na bardzo konkretne pytania: dlaczego do Tego doszło i gdzie kryje się uzasadnienie Tego, do czego doszliśmy. Jedna z głównych tez brzmi: to my doszliśmy do holokaustu, a nie holokaust "nadszedł"; wszystko To osiągnęliśmy własnymi siłami.

Poza tym złoszczą bohatera wypowiedzi typu: "dla Auschwitz nie ma wytłumaczenia". "Kadysz", jak też czytany poprzez jego pryzmat "Los utracony", to sprzeciw wobec takich sądów. Jeśli bowiem czegoś nie można wyjaśnić, to nie można o tym mówić, a jeśli tak, jeżeli o holokauście nie można mówić, to on nie istniał, co jest oczywistym absurdem, bo wtedy nie byłoby ani narratora "powieści", ani tejże "powieści", ani samego Kertésza, który bez swojej opowieści musiałby zniknąć, gdyż nie dopełniłby swojego losu: "spoglądam na jaśniejące niebo albo na chmury, w których kopię wiecznym piórem swój grób, pracowicie, jak przymusowy robotnik, na którego wrzeszczą co dzień, żeby głębiej rył łopatą i mocniejszym, słodszym głosem wyśpiewywał nuty swojej śmierci".

Oto ars poetica Kertésza, który wszystko to "zapisał w swoim notesie, z którego teraz, po kilkudziesięciu latach, przepisuje zdania do kolejnego notesu". Takie jest najwyraźniej przeznaczenie Ocalałych, którzy postanowili długie lata modlić się swoją literaturą o własną śmierć i którzy nie zawierzyli, jak Tadeusz Borowski, "kawałkowi powroza" na szyi.


Imre Kertész, "Los utracony", przeł. Krystyna Pisarska, Warszawa 2002, Wydawnictwo W.A.B., seria Don Kichot i Sancho Pansa.
"Kadysz za nienarodzone dziecko", przeł. Elżbieta Sobolewska, Warszawa 2003, Wydawnictwo W.A.B., seria Don Kichot i Sancho Pansa.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl