|
Jedna godzina muzyki
Z Maciejem Rychłym i Tomaszem Rodowiczem,
twórcami Orkiestry Antycznej Teatru Gardzienice, rozmawia Jan Kawiorski
JAN KAWIORSKI: - To, co zostało z muzyki starożytnych Greków, można porównać do
kilku maleńkich skorupek, które pozostały ze wspaniałej wazy. Jak ją odtworzyć?
MACIEJ RYCHŁY: - Z całej antycznej muzyki zachowało się 61 króciutkich fragmentów,
ledwie godzina muzyki. Ale już to wystarczy, by zyskać wyobrażenie o jej bogactwie.
Rekonstrukcja każdego utworu zaczyna się od odnalezienia jego stylu. Początek i koniec
pieśni bardzo często określają skalę muzyczną, a za nią styl. Gdy wypełniam luki,
staram się iść za ukazanym gestem. Chcę odczytać charakter myślenia, ruchu, tropu,
którym szli kompozytorzy 2 - 2,5 tys. lat temu.
- Jakimi drogami chodziło ich natchnienie?
RYCHŁY: - Muzyki antycznych Greków nie można bezpośrednio porównać z istniejącymi
tradycjami ludowymi lub z inną muzyką znaną z historii. Pracując nad jej dźwiękami,
odkrywasz świat, w którego istnienie chwilami zaczynasz wątpić. Zachowały się
okruchy, ale i w nich dzieją się muzyczne cuda. 2,5 tys. lat temu grecka kultura
muzyczna przeżyła podobne wstrząsy, jak muzyka europejska na progu XX w. Znaleźli się
kompozytorzy niemal tak awangardowi jak ci, których znamy z Warszawskiej Jesieni.
Melanipides, Kinezjasz, Timotejos przestali tworzyć peany, zaczęli pisać dytyramby,
rozbili kanon muzyki apollińskiej, tworzyli melodie pogmatwane niczym mrówcze korytarze.
Podobna rewolucja jak ta, którą zgotowali nam kompozytorzy XX wieku. Przedtem Grecy nie
myśleli o kompozytorach jak o artystach. Kompozytor, a więc melopoios, to był rzemieślnik,
który potrafił z melosu żywej mowy wyłonić śpiewną melodię muzyczną.
TOMASZ RODOWICZ: - Mieli skodyfikowany system skal i z góry było wiadomo, jaką skalę
zastosują, by napisać pieśń miłosną czy muzykę do tragedii. Muzyka była
rozpoznawalna po pierwszych dwóch, trzech dźwiękach. I pojawili się muzycy, którzy złamali
te zasady. Wprowadzili nowe skale, nowe harmonie. Zmienili instrumenty, dodali nowe struny
- na początku Grecy używali 4 strun, potem nawet do 11.
- Dotąd wyobrażenie o antycznej kulturze muzycznej skłaniało raczej do szukania
analogii w muzyce ludowej.
RYCHŁY: - Mikis Theodorakis, słynny grecki kompozytor, powiedział mi, że muzyczny
antyk do dzisiaj żyje w tawernie greckiej. Chylę czoło przed Theodorakisem - ale w
zachowanych zapisach trudno znaleźć muzyczny trop, który przywoływałby współczesną
muzykę grecką graną na buzuki.
- Co to więc znaczy: brzmieć grecko?
RYCHŁY: - Muzyka starożytnej Grecji ma urok bliżej nieznanej muzyki ludowej, ale oparta
jest na ścisłej teorii. Jest pomiędzy Dionizosem a Apollinem, między tym, co żywiołowe,
a tym, co intelektualne. Przecież w Delfach, skąd pochodzi większa część muzyki, z
którą pracujemy, czczono i ekstatycznego Dionizosa, i Apollina, uosabiającego światło
słoneczne, myśl.
RODOWICZ: - Grecy poznawani dzięki ich muzyce okazują się żywsi, radośniejsi,
obdarzeni ogromną wrażliwością i energią. Muzyka pełniła u nich wielorakie funkcje,
od terapeutycznych po religijne. Zdumiewa mnie ogrom jej możliwości. I zdumiewa mnie, że
została tak zapomniana.
- Zapomniana na jak długo?
RYCHŁY: - Po Grecji przyszedł Rzym. Rzym do Grecji ma się tak, jak dziś Ameryka do
Europy. Rzymianie idą śladem Greków, ale wszystko jest u nich upotwornione, wielkie.
Grecka forminga była zbudowana na miarę człowieka, w Rzymie jest takiej wielkości, że
można by osła do niej zaprząc. Rzymianie zlekceważyli teorię muzyczną, rozwinęli za
to ekspresję, i to w kierunku jarmarcznym. A potem świat grecki przepadł zupełnie.
Instrumenty greckie wędrują na północ, do barbarzyńców, grecka tradycja znika z
liturgii. Do kościoła wchodzi muzyka syryjska, orientalna - muzyka pustyni, pełna
melizmatów, śpiewana gardłowym głosem, zanurzona w pogłosach świątyni, jakby we
mgle. I rodzi się z tego chorał.
- Antyk przez cały czas spoczywał jednak gdzieś w głębi muzyk różnych regionów
Europy.
RODOWICZ: - Stanisław Vincenz, autor huculskiego eposu "Na wysokiej połoninie",
był przekonany, że to na Huculszczyźnie zachowała się żywa tradycja antyku. Przystępując
do pracy nad "Metamorfozami" według Apulejusza właśnie u Hucułów szukaliśmy
muzyki. Potem Maciej zaproponował odtworzenie muzyki sczytanej z kamieni. Idea Vincenza
jest poetycka. My z Maciejem jesteśmy bardziej konkretni. W żywych tradycjach szukamy
klucza, który pomógłby nam czytać starożytną muzykę.
RYCHŁY: - Trudno oczekiwać, że w tradycji żywego przekazu przechowają się jak w
bursztynie zabytki przeszłości. Jest piękna metafora rzeki - w środku ruch, a na
brzegach woda stoi i wiruje w baniorach. Gdzieś na peryferiach kultury są ostańce, które
wymknęły się jej głównemu nurtowi. Obserwowałem, pracując w międzynarodowym
zespole, jak ludzie wspaniale śpiewali pieśni ze swych krajów i niemal zasypiali, gdy
śpiewano pieśni z kraju ościennego. Gdyby zrobić etnooratorium utkane z różnych wątków
etnicznych, może ono być dla nikogo. A z muzyką Greków jest tak, że w każdej
tradycji mógł zachować się jej ślad. Może być formą jednoczącą wysiłek
artystyczny grupy, symbolem łączącym ludzi z różnych ekumen, z różnych nacji.
- Wspomnieliśmy o podobieństwie rewolucji muzycznej z V w. przed Chrystusem i tej
dwudziestowiecznej. Czy w innych obszarach kultury też dostrzegają Panowie analogie między
tamtymi czasami a teraźniejszością?
RYCHŁY: - Podobieństwo jest zbyt szokujące, by je ignorować. Jak wtedy, i dziś jest
ten ląd inny, na który wyeksportowano kulturę, jest moment rozpadu form, kiedy kładzie
się nacisk na siłę, na szok, na efekty wręcz fizjologiczne - kosztem rozwijania
systemu. Tak było za czasów Eurypidesa, kiedy komponowali dytyrambiści, którzy zaczęli
czcić nowego boga. Warto sięgać w przeszłość. Umarli powiedzą nam, co nas czeka.
Ich możemy pytać o przyszłość.
|