|
O obrazie powstania w getcie, Żydowskim Związku Wojskowym i książce Mariana
Apfelbauma
Zgubne szukanie (jedynej) prawdy historycznej
Anka Grupińska, współpraca: Bartek Choroszewski
Anka Grupińska: - Czy tuż przed powstaniem wchodziła Pani do getta?
Szoszana Kossower (Emilka Rozencwajg): - Tak. Tydzień przed powstaniem byłam w getcie.
- I u kogo Pani wtedy była?
- U tych z organizacji Bejtar.
- W książkach wspominana jest Pani jako łączniczka Żydowskiego Związku Wojskowego.
- Ja taka czynna u nich nie byłam. Ze dwa razy zaniosłam broń do getta. Kupiłam ją po
aryjskiej stronie i zaniosłam. Dałam ją komuś, ale nie pamiętam, jak on się nazywał.
Nawet radziłam mu, żeby wyszedł z getta, bo on nie wyglądał jak Żyd. Ale nie chciał,
został tam.
- Chaim Lazar w swojej monografii o ŻZW "Muranowska 7" pisze, że broń
przekazywała pani Gedalii Zilbermanowi.
- Możliwe, ja jego imienia nie znałam. Proszę pani, ja nawet nie wiedziałam, że jest
jakaś organizacja ŻZW. Żydzi prosili mnie o broń, udało mi się ją kupić, to im
zaniosłam. Mnie nie było ważne, kto gdzie należy, wiedziałam, że broń jest przeciw
Niemcom i to wszystko.
(Rozmowa publikowana w "Tygodniku Powszechnym" nr 18/2001)
Powstanie w getcie warszawskim rozegrało się 60 lat temu. Żydowska Organizacja Bojowa,
najpewniej około 300 żołnierzy z dziewięciu różnych organizacji, walczyła na trzech
wydzielonych terenach wewnątrz murów. Poza murami miała kilkudziesięciu swoich ludzi,
którzy wspierali powstańców. Z gruzów getta wydostało się kanałami około 80 żołnierzy.
Większość poszła do lasu. Większość z lasu wróciła do miasta. Większość z nich
zginęła (często z rąk lub przez Polaków). Wojnę przeżyło kilkudziesięciu żobowców.
Dziś jest ich kilkoro między nami.
Żołnierze ŻOB pozostawili setki zapisanych stron: świadectw, relacji, wspomnień. Ich
przyjaciele pisali o nich w swoich wspomnieniach. Te pojedyncze historie dopełniały się
przez lata. Czasem weryfikowały się wzajemnie. Bywało, że przeczyły sobie i nikt do
końca wiedzieć dziś nie może, czy w świetle "prawdy historycznej" wygrzewa
się ta (jedyna) słuszna. Przez lata powstawała opowieść o ludziach z Organizacji, o
powstaniu, w którym walczyli. I ŻOB stał się symbolem żydowskiej siły zbrojnej w
warszawskim getcie.
Żydowskie powstanie w warszawskim mieście zamkniętym działo się w kwietniu i maju
1943 roku. Żołnierze Żydowskiego Związku Wojskowego walczyli przy placu Muranowskim.
Znamy kilkadziesiąt nazwisk bojowców ŻZW. Większość wyszła z getta tunelem 25
kwietnia. Jedna grupa zginęła po drugiej stronie muru, na Muranowskiej 6. Druga dotarła
do lasku michalińskiego, tam zginęło wielu. Wojnę przeżyło może kilkunastu żetzetwowców.
Nie wiemy, czy dziś żyje choć jeden między nami.
Żołnierze ŻZW nie pozostawili świadectw, relacji, wspomnień. Nie mieli przyjaciół,
którzy by o nich pisali. Opowieści nie mogły się weryfikować, nie powstał mit.
Pozostała przestrzeń tak pusta, że nikt jej nie zauważał. Dziś, po 60 latach,
odnajdują się gospodarze tej przestrzeni. Trzeba bardzo uważać, by nie wprowadzili się
do niej zwykli squatersi.
* * *
Dlaczego te dwie organizacje nie były razem w powstaniu? Dlaczego nie połączyły swoich
sił? Bejtarowcy, żydowscy rewizjoniści, którzy później stali się rdzeniem Żydowskiego
Związku Wojskowego, już przed wojną byli osobni. Kiedy ich przywódca Włodzimierz Żabotyński
ogłosił w 1936 roku plan "ewakuacji" polskich Żydów, prasa żydowska wyrażała
oburzenie, a kręgi rządowe i endecja odniosły się do projektu z entuzjazmem.
Bejtarowcy w getcie nie przyjaźnili się z młodymi z innych organizacji. Nikt ich nie
zaprosił, kiedy tworzono ŻOB w lipcu 1942, ani też potem, w październiku, kiedy do
Organizacji przyłączył się Bund. Bejtarowcy organizowali się inaczej niż bundowcy,
chaluce, szomrowie, socjaliści i komuniści. Nie budowali ścisłych struktur
konspiracyjnych. Przyjmowali wszystkich chętnych z bronią, także szmuglerów i
tragarzy. Nie prowadzili ćwiczeń dla swoich bojowców. Skoszarowani byli tylko dowódcy
- grupa, jak się wydaje, kilkunastu mężczyzn, których role nie są nam dokładnie
znane, być może nie były jasno określone. (Właściwie nie wiadomo, kto był dowódcą
ŻZW. Niektórzy autorzy tekstów wspomnieniowych podają nazwisko Pawła Frenkla, inni
Moryca Apfelbauma.)
Bejtarowcy uważali się za biegłych w wojskowości, kilku z nich ukończyło kursy
przysposobienia wojskowego, niektórzy - podchorążówki. Mówili dobrze po polsku, bo
najczęściej pochodzili z rodzin zasymilowanych, byli chyba zasobniejsi niż dziewczyny i
chłopcy z ŻOB. Zdaje się, że uważali się za elitę, za lepszych od innych. Ich
przedwojenna wyniosłość zachowała się także w getcie.
Bejtarowcy mieli swoją kwaterę przy placu Muranowskim 7 i chyba mieszkali też na
Karmelickiej. Podobno byli dobrze uzbrojeni. (Podobno, bo dokładnych informacji nie mamy.
Historyk getta, Emanuel Ringelblum, który widział mieszkanie przy placu Muranowskim,
zapisał, że chłopcy mieli rewolwery u pasa, a na stojakach w jednym z sześciu pokoi
trzymali broń. Nikt nie wie, ile jej było, ale to zaskoczenie Ringelbluma bronią jawnie
przechowywaną jest powtarzane w każdym tekście i przekłada się na informację o świetnym
uzbrojeniu ŻZW.)
Bejtarowcy właściwie nie wydawali prasy. (Zachowały się dwa tytuły, po jednym
egzemplarzu. Dla porównania: w tym samym archiwum Ringelbluma przetrwało m.in.
kilkadziesiąt numerów dziesięciu tytułów prasy bundowskiej i kilkadziesiąt numerów
ośmiu tytułów prasy szomrowskiej. W getcie warszawskim ukazywało się około pięćdziesięciu
tytułów podziemnej prasy żydowskiej.)
Bejtarowcy, być może z innymi, zbudowali tunel pod Muranowską, który wykorzystywany był
do szmuglu towarów i ludzi. (Przede wszystkim do szmuglu towarów. Właściciele tego
tunelu, którzy, zdaje się, nie należeli do ŻZW, zarabiali na jego użytkowaniu.) Ten
tunel także podzielił dwie organizacje. (Żobowcy nie szykowali sobie drogi odwrotu z
powstania. Wyszli kanałami z gruzów po tygodniach. Żetzetwowcy wyszli szybko, po kilku
dniach. Z bronią, bo, jak się przyjmuje, chcieli iść do lasu.)
Bejtarowcy mieli swoje kontakty z Polakami. Inne i inaczej utrzymywane niż kontakty żobowców.
(Nie prowadzili politycznej konspiracji ani z AK, ani z AL. Współpracowali z mało znaną
organizacją OW KB [Organizacja Wojskowa Korpus Bezpieczeństwa], która miotała się od
komunistów do AK, i z socjalistycznym PLAN-em; obie grupy nie zmieściły się w głównym
nurcie historii. Podejrzewano bejtarowców o współpracę z NSZ. Nie mieli swego
przedstawiciela za murami, nie wysyłali raportów do rządu londyńskiego. Nie zostawili
śladów tamtej współpracy. Wszelkie świadectwa zostały zapisane w wiele lat po
wojnie.)
Tuż przed powstaniem spotkali się po raz kolejny, tym razem gdzieś na Nalewkach. Dowódcy
ŻOB i dowódcy ŻZW. Rozmawiali o połączeniu sił. Bejtarowcy chcieli, by ich człowiek
był dowódcą powstania; uważali, że są lepiej wyszkoleni i lepiej uzbrojeni. Żobowcy
godzili się przyjąć ich w swoje szeregi, ale nie grupami, indywidualnie; nie mieli
chyba dość zaufania. Dowódcy rozstali się właściwie nic nie ustalając.
* * *
Kilka miesięcy temu wydałam książkę "Odczytanie Listy. Opowieści o powstańcach
żydowskich". W tekście wprowadzającym dopowiedziałam, wyjaśniłam: że są to
opowieści o żołnierzach i łącznikach, którzy należeli do Żydowskiej Organizacji
Bojowej, że nie opowiadam o żołnierzach Żydowskiego Związku Wojskowego, że nie piszę
o "dzikich" powstańcach w getcie. A jednak. Tytuł może być czytany jako mylący:
powstańcy żydowscy to powstańcy ŻOB. Przyczyniłam się do wzmocnienia obrazu
budowanego przez lata, obrazu skróconego i jakoś symbolicznego, obrazu z pewnością
niepełnego. Nie powiem: obrazu nieprawdziwego.
Właśnie ukazała się książka Mariana Apfelbauma "Dwa sztandary. Rzecz o
powstaniu w getcie warszawskim". I jest to rzecz kontrowersyjna. Dobrze i źle.
Dobrze, bo przypomina i dopomina się o zapomniane. Źle, bo robi to nieudolnie, w oparciu
o materiały wielce wątpliwej wartości, bo chce podzielić bardziej niż dopełnić.
(Wydaje się, że autor chce wynieść ŻZW poprzez zdyskredytowanie ŻOB.) Marian
Apfelbaum, ów autor, jest spokrewniony z jednym z przywódców ŻZW. I ten fakt, jak
pisze we wstępie, stał się pretekstem do złożenia książki, której intencją jest
przywrócenie fragmentu wykreślonego z historii getta warszawskiego: opowieści o Żydowskim
Związku Wojskowym.
Książka Apfelbauma to zbiór fragmentów najróżniejszych tekstów zestawionych wedle
zasady: ten sam temat albo ilustracja tezy autora książki. Wyimki czasem ujęte są w
cudzysłów, a czasem nie, często komentowane przez autora publikacji, opatrzone
przypisami, które są cytatami z kolejnych tekstów bądź znów komentarzem Apfelbauma.
Pewnie klarowniej byłoby zebrać wszystkie cudze teksty, przytoczyć je w całości, a
komentować w osobnych akapitach czy wręcz rozdziałach. Klarowniej na pewno, a może i
uczciwiej. Rzadko który czytelnik studiuje książki. Z reguły czytelnicy książki
czytają: szybko, często pobieżnie, na pewno nie na tyle uważnie, żeby podkreślać
fragmenty, wracać, porównywać i znajdować niekonsekwencje czy może nawet odkrywać
manipulacje autorskie.
Czytelnikom pozostaje wrażenie po przeczytaniu książki. I na to, jak sądzę, liczył
Marian Apfelbaum. Z sukcesem. Książka jego ukazała się we Francji w 2002. Z różnych
stron świata, od bardziej i mniej uważnych czytelników docierały do mnie zdania: czy
wiem, czy widziałam, że to rewelacja, i jak to możliwe, że wszyscy bojkotowali ŻZW
przez tyle lat, a Edelman, jak mógł nazywać ich faszystami? Tu odpowiem, jak innym już
odpowiadałam: że wiem, i że to nie rewelacja, że o istnieniu ŻZW wiadomo bardzo mało
od bardzo dawna. I że nikt ich obecności nie wymazywał, oni niestety swojej obecności
nie zaznaczyli: bo większość zginęła, bo tekstów niewątpliwie wiarygodnych nie
pozostawili, bo nie mieli przyjaciół (także politycznych, ani w Izraelu, ani w Polsce,
ani gdzie indziej), którzy by się za nimi ujęli. I że dokumenty, które przytacza
Apfelbaum, są znane historykom, że to nie żadne odkrycie, że te dokumenty, zdecydowana
ich większość, uznane zostały za niewiarygodne. I jeszcze raz: że nikt ŻZW nie
bojkotował, ich po prostu w świadectwach nie było.
A że Edelman nazwał ich faszystami... Rzeczywiście, w czasie poholokaustowym brzmi to
okropnie, ale Edelman mówił językiem żydowskiej ulicy przedwojnia, której my nie
znamy. Oto fragment wypowiedzi Józefa Grynblatta, członka ŻZW, pochodzący z rozmowy,
którą z nim przeprowadziłam latem 1991:
"Pani powinna być tutaj 1 maja przed wojną, w żydowskiej dzielnicy: na Gęsiej, na
Franciszkańskiej... HaSzomer HaCair szedł oddzielnie, Poalej Syjon Prawica i Lewica szły
oddzielnie, HeChaluc szedł oddzielnie. I HaSzomer HaCair niosło hasła: "Precz z
rewizjonistami i faszystami", Bund szedł z transparentem: "Precz z HaSzomer
HaCair - faszyści", "Precz z Bejtar - faszyści", "Precz z HeChaluc -
faszyści", tak było."
* * *
Francuskie wydanie książki Apfelbauma i jej polskie tłumaczenie różnią się nie
tylko tytułem. (Tropienie różnic jest dość uciążliwe, bo nie zaznaczono ich w tekście.)
Błędy faktograficzne, jak się wydaje, zostały zachowane w obu wersjach językowych.
Ogromnie brak tej książce solidnego opracowania solidnego historyka. Nie czytalibyśmy w
niej wówczas, że Żydowska Organizacja Bojowa powstała 2 grudnia 1942, że powstanie w
getcie skończyło się we wrześniu 1943, i podobnych tym wielu.
Popatrzmy przez chwilę na dokumenty obszernie cytowane przez Mariana Apfelbauma. Książki
i artykuły drukowane oraz oświadczenia, relacje, wspomnienia nie drukowane, pochodzące
z zaledwie trzech archiwów (nie wykorzystano materiałów z archiwum Jad Waszem ani z
Lochamej Hagettaot).
Podstawowym źródłem wiedzy na temat działań ŻZW w getcie warszawskim jest dla
Mariana Apfelbauma książka Tadeusza Bednarczyka "Życie codzienne warszawskiego
getta", wydana przez antysemickie wydawnictwo "Ojczyzna". Ponad 300 stron
niewiarygodnych wprost bzdur i nonsensów. Fikcja grafomańska oparta na lekturach i wymyśleniach.
Książka rzeczywiście bojkotowana przez polskich badaczy czasu Zagłady. No bo jak można
dyskutować z tezą, że Wenus jest zrobiona z parmezanu, pyta Paweł Szapiro. Książka
Bednarczyka została napisana dla co najmniej dwóch powodów: by dać niezliczone dowody
historycznej roli autora i rozsławić polską pomoc dla getta warszawskiego. Apfelbaum
cytuje go obszernie, wybierając, jak sądzę, fragmenty najistotniejsze. Pisze na przykład
(13 stron tekstu cytowanego za Bednarczykiem), że inż. Adam Czerniaków, prezes
Judenratu w getcie warszawskim, zgodził się nawet do ŻZW wstąpić, pod warunkiem, że
będzie to organizacja warszawska. Podaje, że Bednarczyk przez dwa i pół roku współpracował
z Czerniakowem i wylicza 17 punktów dotyczących kwestii, którymi obaj panowie w owym
czasie się zajmowali. Doprawdy nie trzeba być solidnym historykiem, żeby wiedzieć, że
takie rewelacje wymagają choćby jeszcze jednego potwierdzenia. W literaturze dotyczącej
Czerniakowa nie ma informacji na temat jego kontaktów z Tadeuszem Bednarczykiem.
Apfelbaum pisze we wstępie, że jest świadom skrajnie antysemickich opinii Bednarczyka,
ale decyduje się przedstawić jego świadectwo, ponieważ potwierdzone ono zostało przez
wielu innych. Pisze też, że "Bednarczyk został mianowany przez polski ruch oporu
koordynatorem do spraw pomocy Żydom od chwili utworzenia getta" i dla potwierdzenia
tego komentarza odsyła do pierwszego źródła informacji, czyli do... książki
Bednarczyka. Szkoda, że nie dotarł do dokumentu z Archiwum Ringelbluma pt. "Ucisk
fiskalny Żydów Getta", z którego jasno wynika, że jeśli Bednarczyk nie był
agentem niemieckim w getcie (o co od dawna podejrzewają go historycy), to był co
najmniej znienawidzonym poborcą podatkowym.
I jeszcze artykuły zebrane przez Apfelbauma. Nie ma wśród nich takich, które nie byłyby
znane zainteresowanym badaczom. Są to teksty publikowane w prasie krajowej lub
emigracyjnej, najczęściej narodowej lub komunistycznej z odcieniem narodowym, od końca
lat 50. do lat 90. (wiele z nich sławi polską pomoc dla getta, dla powstania). Inne, te
niepublikowane, w większości na publikację nie zasługują. Oświadczenia, składane często
przed tym samym notariuszem, mają potwierdzać czyjąś przynależność do struktur
podziemnych i jego chwalebne czyny w walce z Niemcami. (Trudno nie pomyśleć, że oświadczenia
te składane były dla potrzeb odznaczenia czy zapomogi kombatanckiej.)
Na stronie 60. swojej książki Apfelbaum pisze: "W okresie od lata 1941 do kwietnia
1943 pluton dowodzony przez Mendelsona wyprowadził z getta około czterech tysięcy
ludzi", a w przypisie wyjaśnia, że informacja ta zaczerpnięta jest z tekstu Kałme
Mendelsona. Mógłby z pewnością znaleźć potwierdzenie tejże w książce Bednarczyka.
Bo Mendelson w swoich artykułach pisał o bohaterstwie Bednarczyka, a ten przypisywał
niezwykłe dokonania Mendelsonowi. I tak autorzy korespondowali na łamach
"Rzeczywistości", "Kroniki" i "Argumentów". Dla porządku:
Apfelbaum nie opublikował żadnej relacji ocalonego spośród owych 4 tysięcy, którzy
swe życie mieli zawdzięczać żołnierzowi ŻZW Kałme Mendelsonowi.
* * *
Warto pewnie w tym miejscu zapytać, jakie źródło można uznać za wiarygodne. Dlaczego
teksty, którym Apfelbaum chciałby przypisać moc obalenia istniejącego obrazu powstania
w getcie warszawskim, nie zostały przez autorów tematu uznane za dość warte?
Profesjonaliści przedmiotu odpowiadają, że źródeł idealnych jest niewiele. Są
takimi dokumenty z miejsca i czasu podane przez autora, który miał wystarczającą wiedzę
o podawanych faktach, potwierdzone przez inne równie wiarygodne materiały. Ale nade
wszystko, przy ocenie owych źródeł należy się kierować ostrożnością i zwykłym
rozsądkiem. Historyk w ogromnej mierze zdany jest na intuicję, bo instrumentalizowanie,
fałszowanie czy wręcz wywoływanie źródeł po wojnie było praktykowane chętnie.
Jedynym znanym nam tekstem z miejsca i czasu dotyczącym historii ŻZW jest niepublikowana
dotychczas trzyipółstronicowa "Relacja rewiz.", tekst spisany
najprawdopodobniej przez żołnierza ŻZW Pawła Besztimta "Rudego" na prośbę
Icchaka Cukiermana już po powstaniu w getcie, po polskiej stronie, późną wiosną lub
latem 1943. Autor podaje wiele cennych i, jak się wydaje, wiarygodnych informacji. Pisze
o ucieczce czterdziestu czterech bojowców ŻZW z getta do Michalina 25 kwietnia. Pisze z
goryczą i bólem, bo 30 kwietnia willa, w której się ukrywali, została zaatakowana
przez polską policję. Zginęło wówczas piętnastu żołnierzy. Autor wini AK, w skład
którego, jak powiada, wchodziło ŻZW, za osamotnienie żydowskich bojowców w walce, która
miała być przecież wspólną. "Gdy na kilkanaście dni przed akcją [powstaniem -
AG] przemawiał do nas kapitan [polski] - powiedział wtedy - że jeśli przetrzymamy w
walce chociażby jeden dzień, to może mieć to znaczenie dla całej Europy. (...) Truto
nasze dusze dla swoich patriotycznych celów". Nie przeniesiono grupy do lasu, bo Żydzi
to komuniści, nie dano im schronienia, bo nie można narażać polskich rodzin. Autor
relacji pisze: "Moim wielkim pragnieniem jest dostać się do getta, do schronu,
gdzie zostawiłem 20-letnią żonę i 24-letniego brata, z nimi tam w schronie chciałbym
zginąć".
Tej relacji Marian Apfelbaum nie zamieścił w swojej książce. Może dlatego, że
sprzeczna jest z obrazem budowanym przez źródła przez niego cytowane. Nie skorzystał
też Marian Apfelbaum z trzydziestostronicowej relacji żołnierza ŻZW Józefa
Grynblatta, spisanej w 1974 roku i przechowywanej m.in. w archiwum Instytutu Jad Waszem. Józef
Grynblatt podaje swoją prawdę o tamtych wydarzeniach, opowiada o dowódcy ŻZW, Pawle
Frenklu, z którym był zaprzyjaźniony. Nie wspomina o Morycu Apfelbaumie.
* * *
Żydowski Związek Wojskowy nie miał i chyba ciągle nie ma szczęścia do swojego
zapisywacza. Pisał o nim Chaim Lazar, bejtarowiec z Wilna, który do Warszawy przyjechał
wiele lat po wojnie. Jego "Muranowska 7" z 1966 roku jest w zasadzie oparta na
tych samych materiałach, które wykorzystał w 2002 roku Marian Apfelbaum. Chaotycznie
napisana książka Lazara, bez informacji o źródłach, z pomylonymi po wielokroć
polskimi imionami i nazwami, ukazała się po hebrajsku i po angielsku. Pisał o ŻZW także
Bernard Mark, historyk getta warszawskiego koncesjonowany przez polskie władze
komunistyczne. A potem wielu innych powoływało się na teksty Marka i Lazara. Co ostrożniejsi
pisali o ŻZW lakonicznie, cytując niekwestionowanej wiarygodności tekst Ringelbluma i
podając kilka podstawowych informacji będących w obiegu i uznawanych za prawdziwe. Książka
Mariana Apfelbauma jest trochę kijem włożonym w mrowisko, choć kij to cienki i wyschnięty,
a mrowisko, jak po burzy - trochę niemrawe. Tematowi życzyć należy, by książka
Apfelbauma nie wyrządziła mu niedźwiedziej przysługi.
Czerwiec 2003
MARIAN APFELBAUM, "DWA SZTANDARY. RZECZ O POWSTANIU W GETCIE WARSZAWSKIM". Przeł.
z francuskiego Małgorzata Maliszewska. Kraków 2003, Wydawnictwo Literackie.
|