|
„TP”, Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2816/kraj07.php
Ameryka: zwrot ku religijnemu fundamentalizmowi?
Z podróży Guliwera
Tomasz Tabako z Seattle (USA)
Ewangelicki fundamentalizm prezydenta Busha coraz wyraźniej zabarwia scenę polityczną w
USA. Mesjanistyczny mit, bezpiecznie schowany za parawanem największej demokracji, jest
dostawcą energii, z której czerpią swą witalność dwa największe dziś amerykańskie
fundamentalizmy: religijny i prawny, a także będące na ich służbie media.
Gdyby współczesną Amerykę odwiedził Guliwer - bohater pamfletu Jonathana Swifta, który
widział wiele zdumiewających miejsc - zdumiałby się: zauważyłby, że grupy lewaków
i staromodnych konserwatystów, posiwiałych hippisów i młodych yuppies, duchownych
katolickich i proaborcyjnych feministek, amerykańskich Żydów i antysemitów zawiązują
koalicję. Czego chcą? Poszanowania konstytucji.
Religijny mit Ameryki
Że taka koalicja powstaje, że ogień i woda łączą się na politycznych peryferiach w
imię "obrony demokracji", powinno być sygnałem, iż w Stanach Zjednoczonych
dzieje się coś nadzwyczajnego. Sygnałem, który - niestety - jest słabo słyszalny w
Polsce. Wedle badań opinii publicznej Polska to najbardziej proamerykański kraj na świecie.
Ten obraz Ameryki jest regulowany przez dwa stereotypowe wyobrażenia. W pierwszym Stany
to ideał ustrojowy (idealny kontrakt społeczny i eldorado gospodarcze), w drugim - ideał
osobowy, międzynarodowy szeryf.
To w dużej mierze dzięki USA Polska może czuć się wreszcie bezpieczniej w stosunkach
z Rosją i Niemcami. Chyba sile owych fascynacji należy przypisać to, że w polskich
wyobrażeniach na temat Ameryki na marginesie znalazł się trzeci element, który dla
wielu obywateli USA stanowi lwią część ich tożsamości: religijny mit Ameryki. Ów
mesjanistyczny mit, bezpiecznie schowany za parawanem największej demokracji, jest wciąż
dostawcą energii, z której dziś czerpią swą witalność dwa amerykańskie
fundamentalizmy: religijny i prawny, oraz służące im media.
W ślad za pierwszymi purytańskimi pielgrzymami, którzy w Ameryce dostrzegli Nową
Jerozolimę, dla wielu pokoleń Amerykanów stało się jasne, że Bóg traktuje ich nader
łaskawie: dał im ląd, którego piękno zapiera dech, i stworzył naród, by ten
poprowadził ród ludzki z ery ciemności ku światłości. Taką Amerykę - heroiczną,
kolonizującą świat w imię wyższych celów - zachwalał George Bancroft w popularnej
"Historii Stanów Zjednoczonych". Eschatologiczna retoryka towarzyszyła powoływaniu
"Głosu Ameryki", tworzeniu Planu Marshalla, budowie Korpusu Pokoju oraz
uzasadnianiu - w kategoriach teleologicznego dobra i zła - wojny w Wietnamie czy inwazji
na Irak.
Radykalizm religijny umyka uwadze, gdy sięga po twory rozumu i narzędzia potocznie
kojarzone ze świecką cywilizacją techniczną, jak studia telewizyjne i najnowsze
generacje broni. Obraz fanatyka jest medialnie zarezerwowany dla biedaka z egzotycznych
krajów. Badania jednak pokazują, że to nie ludy Bliskiego Wschodu, lecz Amerykanie są
najbardziej religijnym narodem na świecie. Dowodem na to, że fanatyzm i kunszt inżynierski
nie wykluczają się wzajemnie było zbiorowe samobójstwo grupy programistów
komputerowych z Kalifornii, członków religijnej sekty Heaven's Gate ("Bramy
Niebios"), którzy w 1998 r. uznali, że nadchodzi czas zbawienia. Więcej: uzbrojony
w potężną armię żar religijny nie musi udowadniać swej gotowości do poświęceń
poprzez wysyłanie samobójców na wrogie obiekty - wystarczy mu laserowo naprowadzana na
wroga bomba.
Teokracja Busha
Dziennikarz zapytał premiera Wielkiej Brytanii Tony'ego Blaira: "Czy modli się pan
razem z prezydentem Bushem?". Pytanie było o tyle zasadne, że ewangelicki
fundamentalizm czterdziestego trzeciego prezydenta USA coraz wyraźniej zabarwia scenę
polityczną w Ameryce. Religijne ornamenty nadały szczególną wymowę przemówieniu
George'a Busha, jakie wygłosił 1 maja na pokładzie lotniskowca "Lincoln". Nie
tylko obwieścił zakończenie zwycięskiej kampanii w Iraku, ale uznał, że akcja
militarna była częścią "Bożego planu". Nie powiedział: "Niech Bóg błogosławi
Amerykę". Powiedział: "Niech Bóg nadal błogosławi Amerykę".
Kiedy tuż po zamachu z 11 września 2001 r. do Białego Domu zaproszono na spotkanie z
prezydentem kilkunastu przedstawicieli różnych wyznań religijnych, w mesjanistyczny ton
uderzył Gerald Kieschnick, przewodniczący Luterańskiego Synodu z Missouri: "Panie
prezydencie, to Bóg wezwał pana, swego sługę, na czasy tak trudne, jak obecne".
Bush miał odpowiedzieć: "Przyjmuję tę odpowiedzialność". Wedle relacji
pisma "Christianity Today", prezydent wyznał duchownym, że był
"grzesznikiem i pijakiem, któremu brakowało w życiu poczucia sensu", aż
"wszystko odmieniło się" dzięki iluminacji, jakiej doznał podczas rozmowy z
pastorem Billy Grahamem.
Dla wielu Amerykanów iluminacją był sam atak z 11 września. Od tamtej pory nastrój w
kraju zmienił się nie do poznania. Relatywizm kulturowy jest w odwrocie, gdyż - jak
napisała w "Wall Street Journal" Peggy Noonan - "Bóg powrócił". O
takim cudzie zapewnia znany teleewangelista Jerry Falwell, rektor Uniwersytetu Wolności,
który twierdzi, że terrorystyczny napad był boską karą za niegodziwości, jakich
dopuszczają się feministki, aborcjoniści, homoseksualiści i członkowie Amerykańskiego
Związku na Rzecz Wolności Obywatelskich.
Instytucjonalizacją nowiny kieruje prokurator generalny John Ashcroft, który wprowadził
do Departamentu Sprawiedliwości obyczaj porannych modlitw i sesji studiów biblijnych.
Krytykowany przez Demokratów, że przekształca urząd państwowy w kaplicę, Ashcroft
wyjaśniał: "Ameryka tym się różni od innych krajów, że jej duchowe źródło
jest wieczne - i nie będziesz miał króla ponad Jezusa Pana".
W imię bezpieczeństwa
"Zgromadzenie w tych samych rękach całej władzy - legislacyjnej, wykonawczej i sądowej
- może służyć jako definicja tyranii" - pisał w XIX w. prezydent USA James
Madison. Cytat ten można też odnieść do mesjanistycznej rewolucji prawnej
przeprowadzanej pod patronatem Ashcrofta. Jej zwiastunem był zestaw antyterrorystycznych
regulacji zawartych w ustawie zwanej potocznie "Aktem Patriotycznym USA". Ducha
zmian najlepiej oddaje projekt o nazwie "Terrorism Information and Prevention
System", w skrócie TIPS (w slangu "tip" oznacza "cynk" - radę
lub poufną informację), który przewiduje przeszkolenie milionów wolontariuszy -
rekrutujących się spośród listonoszy, pracowników elektrowni i innych grup zawodowych
mających na co dzień styczność z domostwami Amerykanów - tak, by zbierali informacje
o "podejrzanych osobnikach" i przekazywali je władzom.
Projekt ustawy "O zwiększeniu bezpieczeństwa krajowego" przewiduje, że
obywatele - aresztowani np. na podstawie donosu - nie będą mieli prawa do poznania
zarzutów, które im się stawia, a samo zatrzymanie będzie objęte klauzulą tajności.
Z punktu widzenia swych rodzin staną się oni zaginionymi bez wieści. Paragraf 501
projektu stanowi, że Amerykanie będą mogli być pozbawiani obywatelstwa, jeśli władze
uznają, że współdziałali z grupą uznaną przez prokuraturę za organizację
terrorystyczną. Dokąd wyjadą bezpaństwowcy? Do Iraku czy Polski?
Procedury te przetestowano już na emigrantach. Nielegalni emigranci mogą być trzymani w
areszcie w nieskończoność, bez prawa do obrony. Gdy Urząd Imigracyjny ujął się za
jednym z nich, Davidem Josephem, 18-letnim uciekinierem politycznym z Haiti, decyzję - by
zwolnić go za kaucją - zawetował sam Ashcroft twierdząc, że Haitańczyk musi pozostać
zamknięty "tak długo, jak trzeba". Zwolnienie mogłoby być sygnałem dla
innych chętnych do osiedlania się w Ameryce, co z kolei stanowiłoby problem społeczny
zasysający federalne środki przydatne gdzie indziej - do walki z terroryzmem. Zgodnie z
tą logiką każdy program społeczny wymagający rządowych funduszy (np. pomoc dla
bezdomnych) staje się de facto wspólnikiem terroryzmu i jako taki powinien być
zwalczany. Logikę tę wspiera doktryna moralna, wedle której nawet osoba nie będąca
zagrożeniem dla innych może być uwięziona i ukarana po to, by służyć jako przypadek
odstraszający. Nawet zdaniem redakcji konserwatywnego "Chicago Tribune"
"zamykanie niewinnego po to, by odstraszyć potencjalnie winnego, nie jest polityką
służącą amerykańskim wartościom".
Publiczna samokrytyka
Zakres szykan to oczywiście rzecz względna. Więźniowie Fidela Castro zapewne z pobłażaniem
powiedzieliby: cóż to za represje? Ktoś z Polski doda: gdzież tu do naszego stanu
wojennego? I zrelatywizuje - polski stan wojenny i tak był pestką w porównaniu z np.
sytuacją w Rumunii. Takie zestawienia obrażają jednak tych Amerykanów, którzy wciąż
wierzą, że ich republika została ufundowana na ideałach Oświecenia.
Dla obrony swych praw tworzą więc ponadpartyjną koalicję, która teoretycznie nie
powinna powstać w kraju kwitnącej demokracji. Marsz protestacyjny jest zawsze sygnałem,
że konwencjonalny przekaz poglądów - poprzez biura poselskie i agendy rządowe - nie
działa. Ktoś mógłby sądzić, że demonstrujące wiosną tego roku miliony Amerykanów
- tłumy liczniejsze od tych, które wpłynęły na zmianę polityki rządu wobec wojny w
Wietnamie - znów odegrają historyczną rolę. Nic podobnego: w ocenie prezydenta Busha
owe miliony to ledwie "grupka dyskusyjna", która w żaden sposób nie może wpłynąć
na jego decyzje.
Prawdziwe problemy dla demonstrantów zaczynają się jednak dopiero po zakończeniu
ulicznego protestu; w samotności obywatela, do którego dobiera się państwo i
sojusznicze korporacje. Oto skrajne przykłady ilustrujące klimat polityczny, w którym
"jeśli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam".
W marcu republikański senator John Minnis przedstawił w legislaturze stanu Oregon
projekt ustawy określającej jako terrorystów wszystkich, którzy uczestniczą w antyrządowych
demonstracjach. Przesłanka: angażują siły policji potrzebne gdzie indziej.
Przewidywana kara: 25 lat więzienia.
Agenci FBI nie wpuszczają na pokład samolotu w San Francisco działaczek pokojowych
Rebeki Gordon i Janet Adams. Na czarną listę osób, które z powodów politycznych nie
mogą podróżować liniami lotniczymi w USA, trafiają dziesiątki antywojennych aktywistów.
Prawicowy "New York Sun" pisze w komentarzu odredakcyjnym, że aktywiści w
istocie działają na rzecz Saddama Husajna i wobec tego muszą być karani jak zdrajcy.
Richard Abdoo odważył się wpłacić 250 dolarów na rzecz funduszu antywojennego. Po
ukazaniu się listy ofiarodawców z jego nazwiskiem i funkcją - główny menedżer w
Wisconsin Energy Corporation - został pod groźbą zwolnienia z pracy zmuszony przez firmę
do złożenia publicznej samokrytyki.
Nauczycielka Carmelita Roybal ze szkoły średniej z Rio Grande otrzymała od dyrekcji
naganę za noszenie plakietki "NIE dla wojny w Iraku". Prawnik Stephan Downs
zostaje aresztowany w nowojorskim supermarkecie, gdy odmawia policjantom zdjęcia bluzy z
napisem "Pokój na ziemi".
Ktoś mógłby zapytać: co się stało z piękną polską alergią na autorytarne
chamstwo, bez względu na to, gdzie i kiedy się ono pojawia? Dawniej, gdy za błahostkę
- jak noszenie znaczka "Solidarności" lub opornika w klapie - dawano w PRL
naganę, w alternatywnej prasie podnoszono raban. A dziś?
"Uważaj na to, co mówisz"
Leniwy obserwator, by dowieść, jak dobrze ma się amerykańska debata, wskaże, że
antywojenna reklama ukazała się przecież w konserwatywnym "Wall Street
Journal". Nie zauważy, że podobna reklama została wycofana z programów CNN, ani
tego, że z kilku gazet i sieci TV zwolniono krytycznych wobec Busha reporterów. Ich los
stał się lekcją dla braci dziennikarskiej i ilustracją siły sprawczej słów (byłego
już) rzecznika prasowego Waszyngtonu Ari Fleishera, który powtarzał: "Watch what
you say" ("Uważaj na to, co mówisz").
To, że media przestają być filarem amerykańskiej demokracji, można prześledzić na
przykładzie trzech trendów. Po pierwsze, na coraz bardziej kapitałowo ujednoliconym
rynku mediów trwa "kurs na prawo". Raporty w tej sprawie podsumowuje Eric
Alterman w książce "What Liberal Media?" ("Jakie znów liberalne
media?"). Co z tego - mówi - że w debatach nadal prezentowane są różne poglądy?
Wyobraźmy sobie, że prawicowiec dyskutuje ze skrajnym prawicowcem - różnica poglądów
murowana.
Po drugie, w środowisku odpowiedzialnym za debatę dominuje cynizm. W dziedzinie
autocenzury dziennikarze - zauważa Alterman - poruszają się niebezpiecznie blisko
granicy, za którą zaczyna się "sowietyzacja bez Sowietów". Nieoczekiwanie
aktualnie brzmią pamflety z PRL poświęcone sztuce hipokryzji, jak "Traktat o
gnidach" Piotra Wierzbickiego. Przegląd artykułów redakcyjnych z głównych
amerykańskich gazet pokazuje, że w odpowiedzi na kluczowe pytanie, skąd wziął się
zamach 11 września, spektrum głosów jest tak wąskie, jak szeroka maska narcyzmu:
"Bo świat arabski zazdrości nam wolności oraz dobrobytu".
Po trzecie, zanik debaty przejawia się w coraz większej ochocie, z jaką media rezygnują
z informacji własnej, zdobywanej przez przebojowego reportera. W zamian pojawia się
informacja ze źródeł zewnętrznych - jak konferencja prasowa, na której perspektywa
zapraszającego (establishmentu) zyskuje przewagę. Mechanizm ten był dobrze widoczny w
czasie wojny irackiej, której obraz i język zostały mediom podarowane przez speców z
Pentagonu. Śledzonemu w amerykańskiej telewizji wybuchowi pocisku (przyczynie) nigdy nie
towarzyszył portret śmierci Irakijczyków (skutek), a spiker tylko komentował:
chirurgicznie usunięto wrogi obiekt. Dzięki metaforze "wojny jako przedłużenia
stołu operacyjnego" niewidzialny obcy był usuwany jak nowotwór, a widz mógł ufać,
że wojna służy zdrowiu.
Jaki jest rezultat zawężenia debaty? Wedle badań opinii publicznej, blisko trzy czwarte
Amerykanów wierzy, że to Saddam Husajn, a nie Osama bin Laden, zburzył wieżowce w
Nowym Jorku. Równie wielu Amerykanów jest przekonanych, że w Iraku znaleziono zakazaną
broń i że wobec tego powód rozpoczęcia wojny był słuszny. Skąd to przekonanie? Każdego
ranka Amerykanie dowiadywali się z radia, że w irackim mieście właśnie odkryto
"broń". Wieczorem wiadomość powtarzano w udekorowanych flagami studiach
telewizyjnych. W nocy rzecznicy Pentagonu dementowali informację, lecz mediom brakowało
już tchu na jej sprostowanie, gdyż nazajutrz rano napływała kolejna wiadomość: w
Iraku znaleziono...
Z badań nad retoryką strachu wynika, że działa ona najskuteczniej w czasach kryzysu,
kiedy ludzie - nie znajdując wystarczającego oparcia w autorytetach tradycji i prawa -
zwracają się ku autorytetom charyzmatycznym, na przykład silnym przywódcom. Czy John
Ashcroft lub Bush jr. mają medialną charyzmę? Pytanie jest źle postawione. Lepiej
zapytać: czy obywatele chcą w nich widzieć przywódców? Bush i Ashcroft są bowiem
tworem oczekiwań większości Amerykanów, którzy w ten sposób pragną zaspokoić głód
porządku. Tym oczekiwaniom sprzyja mesjanistyczny mit, zgodnie z którym ład ma tym
razem zostać wprowadzony na całym globie.
Zasada równości
To właśnie w takim globalnym kontekście należy zadać pytanie, dlaczego w dzisiejszej
Ameryce powstają dziwne koalicje dla obrony demokratycznych wartości. Czy trzeba aż
optyki Guliwera, aby takim przemianom w USA zacząć się w Polsce wreszcie dziwić?
Dzisiejsza Ameryka wciąż urzeka różnorodnością. Ludzie tu życzliwi, myślący
pozytywnie. Zgodnie z duchem kultury protestanckiej pracują wydajnie i narzekają mało.
Pod warunkiem, że z ekranu telewizora nie rozlegnie się alarm o zagrożeniu
terrorystycznym. Wtedy nerwowo akceptują niemal wszystko, co powie im coraz silniejsze państwo.
Wzmacnianie amerykańskiej państwowości - czemu towarzyszą nacjonalistyczne slogany -
jest procesem dokładnie odwrotnym do tego, który toczy się w Europie, gdzie słabnie
pozycja państw narodowych i budowana jest nowa tożsamość "nas, Europejczyków".
Bogata wielkim rynkiem dóbr, idei i pamięci o historycznych tragediach, jednocząca się
Europa z nieufnością odnosi się do znanych sobie z przeszłości praktyk odbierania
obywatelom wolności w imię bezpieczeństwa.
Można mieć tylko nadzieję, że to właśnie w nowej Europie taka świadomość
przyspieszy integracyjne procesy, w rezultacie których "stary świat" stanie się
przeciwwagą dla "nowego", amerykańskiego, i pomoże samotnej, mesjanistycznej
Ameryce otrząsnąć się z jej własnej potęgi, przywracając ją tym samym do wspólnoty
międzynarodowej tworzonej wedle zasady równości.
TOMASZ TABAKO jest językoznawcą, pracownikiem naukowym katedry retoryki na University of
Puget
Sound w Seattle.
W następnym numerze opublikujemy polemikę z tekstem T. Tabaki autorstwa Joanny i Bohdana
Szklarskich.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|