adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 26 (2816)
29 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

W polskich więzieniach rośnie liczba skazanych na dożywocie, najwyższą karę przewidzianą dziś przez kodeks karny


Dożywocie



Mówią o nich: "bezterminowi". W więzieniach jest już ponad 130 więźniów - w tym sześć kobiet - skazanych na dożywocie. Dwójkę skazano na dożywocie podwójne. Około 30 spośród tych 130 to tzw. więźniowie niebezpieczni: ich trzyma się w osobnych celach. Większość siedzi jednak w celach wieloosobowych. Służba więzienna przyznaje, że dopiero zaczyna zbierać doświadczenia z "bezterminowymi".


Dwa dożywocia oraz 25 lat więzienia - na takie kary warszawski sąd skazał kilka dni temu troje mężczyzn, którzy trzy lata temu "bezinteresownie" - bez żadnego powodu - zakatowali na śmierć czworo bezdomnych; dwaj pierwsi, skazani na dożywocie, mają po 31 i 33 lata. Podobnej kary prokurator może zażądać dla 34-letniego sanitariusza z łódzkiego pogotowia, jednego z tzw. "łowców skór", który w ubiegłym tygodniu przyznał się do zamordowania dwojga pacjentów i próby uśmiercenia trzeciego. To kolejni "bezterminowi" w polskich więzieniach.


Zbrodnia

Mówi, że lubi las. I przestrzeń. Często noc spędzał poza domem, śpiąc na powietrzu. na pytanie, co to jest wolność tylko chwilę się zastanawia: - Wolność...? To do lasu pójść, nad jezioro. Ale teraz to niemożliwe. I długo nie będzie. Są za to beton i kraty.

Dożywocie w polskim prawie

Termin "dożywocie" w polskim prawodawstwie pojawił się pod koniec XVIII w., choć początków tej kary można szukać wcześniej: przestępców skazywano wówczas na karę wieży, górnej i dolnej. Wieżą dolna - to był loch, kilka metrów w głąb ziemi, pod zamkową wieżą albo ratuszem. Nie było tam światła ani kanalizacji. Kto tam trafił, choćby na kilka lat, szybko umierał albo wychodził krańcowo wyczerpany. W czasie rozbiorów dożywocie przewidywały kodeksy zaborców. Po odzyskaniu niepodległości dożywocie oficjalnie wprowadził kodeks karny z 1932 r., który obowiązywał przez blisko 40 następnych lat, także w PRL. W latach 1957-69 na dożywocie skazano w Polsce ponad 600 osób. W 1970 r. wszedł w życie nowy kodeks karny, który zamiast dożywocia wprowadzał 25 lat więzienia.

Cały czas obowiązywała także kara śmierci. W 1988 r. w więzieniu w Krakowie wykonano ostatni w Polsce taki wyrok. W kolejnych latach wyroki śmierci zapadały, ale nie wykonano już żadnego, choć kilka było prawomocnych. W drugiej połowie lat 90. kara dożywocia pojawiła się ponownie: po zniesieniu kary śmierci jest dziś najwyższą karą.
- Ile masz lat?

- Dwadzieścia cztery.

- Jaki wyrok?

- Dożywocie.

Większość bezterminowych stanowią ludzie młodzi, w okolicach trzydziestki. Co ciekawe, wcześniej rzadko albo wcale nie mieli konfliktu z prawem. Recydywistów wśród nich jest niewielu. Sześciu - to więźniowie skazani przed laty na karę śmierci: zmiana prawa zamieniła im "kaes" na dożywocie.

Każdy z nich przynajmniej raz zabił człowieka. Niektórzy zrobili to wielokrotnie. Żeby okraść, żeby się zemścić, żeby nie było świadków. Lub tak "po prostu", przypadkiem, bo akurat ktoś wszedł im w drogę.

- To miał być zwykły napad, jak to mówią "dziesiona" - mówi 24-letni Jacek, odsiadujący dożywocie w więzieniu w centralnej Polsce. - Z kolegą wybraliśmy stację benzynową, którą chcieliśmy tylko okraść. Stało się inaczej, poniosły nerwy. Zginął człowiek. Nie widziałem jego twarzy. Nieśliśmy go, nawet nie pamiętam, był lekki czy ciężki.

Ukradli pieniądze i papierosy. Potem był kolejny napad. I znowu czyjaś śmierć. Wpadli po kilku miesiącach. Teraz Jacek mówi, że żałuje, ale zaraz dodaje, że gdyby ktoś nie zginął, napady pewnie by się powtarzały. I nie jest pewien, czy nie zrobiłby tego jeszcze raz: - Bo kiedy to się dzieje, nikt nie myśli, że go złapią.

Jacek bał się sądu. Chwili, gdy będzie musiał siąść na ławie oskarżonych i inni będą na niego patrzeć. Po cichu liczył na mniejszą karę, ale spodziewał się tej najwyższej.

Podobnie jak Janusz, kilkanaście lat starszy od Jacka, dziś w więzieniu na Dolnym Śląsku.

- Jechaliśmy na włamanie i w środku nocy zatrzymali nas policjanci - opowiada. - To miała być rutynowa kontrola. W czasie jednego z poprzednich włamań zdobyłem broń i miałem ją przy sobie. Policjanci chcieli mnie zrewidować. Doszło do szamotaniny, padł strzał, potem jeszcze jeden...

Janusz uciekł, rano złapano go w obławie. Siedział na drzewie. Dowiedział się, że zabił policjanta, a drugiego ranił. Dostał karę śmierci. - Wiedziałem, że sąd chce mnie tak ukarać, czuć było ogromną presję - mówi. - Dlatego na sali sądowej powiedziałem, że chcę kary śmierci.

Po roku wyrok został uchylony. Ponowny brzmiał: dożywocie.

I Jacek, i Janusz mówią, że nie chcieli zabić.

Janusz: - To były ułamki sekund, ten policjant mierzył do mnie. Strzeliłem, nawet nie mierzyłem. Nie myślałem o zabijaniu.

Jacek: - Gdyby ten człowiek ze stacji stał spokojnie, nie uciekał, nic by mu się nie stało.

- To typowe zachowanie - ocenia Luiza Sałapa, rzecznik Centralnego Zarządu Służby Więziennej w Warszawie. - Skazany broni się, chce oddalić od siebie winę, wyprzeć ją i umniejszyć swoją rolę w tym, co zrobił. To próba zdystansowania się od tego, co się stało. I co jest nieodwracalne.


Kara

Dzień za murem ma swój rytm. Dla Jacka też: jednostajny, schematyczny, niezmienny. Najpierw pobudka, śniadanie, trochę ćwiczeń, obiad, telewizja, kolacja. I tak od kilku lat.

Jacek: - Były dni, gdy przesypiałem kilkanaście godzin. Bo nic się nie dzieje. Nuda. Zresztą po co robić cokolwiek? Jest telewizor, czasem karty, może książka. I tyle.

Są jeszcze rozmowy w celi. O wszystkim, poza jednym: wyrokiem każdego z nich. Ale choć o tym nie mówią, i tak każdy wie: kto, za co i ile będzie siedzieć. - A jak już kompletnie nic się nie dzieje - mówi Jacek - to chodzę od ściany do ściany, kilka metrów w jedną, kilka w drugą stronę.

- Tak trochę buntowniczo, apatycznie zachowuje się każdy, kto trafia za kraty - mówi Luiza Sałapa. - Zwłaszcza z dużym wyrokiem. To bunt, sprzeciw wobec miejsca, do którego człowiek trafił.

- Wiem - mówi Jacek - że będę siedział długo, ale to nigdy nie będzie mój dom.
Janusz siedzi kilka lat dłużej. Znalazł już swoją niszę, zaadaptował się, przystosował. I, jak mówi, zmienił: - Moja zbrodnia oraz to, że się tu znalazłem, pomogły mi zmienić się wewnętrznie - przekonuje. - Stałem się wierzący, uczestniczę w naszych więziennych spotkaniach katolików. Mamy wspaniałego kapelana, dużo rozmawiamy.

Janusz ożywia się, kiedy mówi o znajdywaniu w ludziach tego, co dobre. I o pomaganiu innym: - Rozmawiam z młodymi, którzy mają do odsiadki trzy, cztery lata. Chcą coś połykać, buntować się. Tłumaczę, że źle robią. Po co mają komplikować sobie i tak skomplikowane życie? Lepiej spokojnie odsiedzieć swoje i nigdy tu nie wracać.

Czy go posłuchają, nie wiadomo. Ale wysłuchują. Janusz przez rok siedział z "kaesem", a to jest wyrok, który w więzieniu wzbudza swego rodzaju szacunek. - Wtedy, w celi śmierci, miałem uczucie pustki - wspomina Janusz. - To było umieranie na raty. Czasem chciałem, żeby to się skończyło, nawet gdyby mieli mnie wyprowadzić na egzekucję. To nie był strach, ale chęć, żeby przerwać czekanie. Po tym, co przeszedłem przez ten rok, nic mnie już nie załamie.

Jacek mówi, że takich jak on, z dożywociem, inni więźniowie z celi "nie ruszają", nie zmuszają nawet do grypsowania: - Taki wyrok przybija. A poza tym może myślą, że jak zrobiłem to kiedyś, to kolejny raz też się nie zawaham?

- Rzeczywiście jest to trochę tak, jakbym był ponad prawem - zastanawia się Janusz. - Bo co mi jeszcze mogą zrobić? Mam dożywocie, czym byłaby dodatkowa więzienna kara? W takiej sytuacji sam wybieram, odwołując się tylko do sumienia, co i jak robić. Bo nic tu po żadnym paragrafie. Więzienny zakaz niewiele już dla mnie znaczy. Ale go nie łamię. To moja decyzja. To trudne, ale przynajmniej się staram. Jeśli człowiek przegrał wszystko, nie ma już dla niego żadnego kodeksu. Jednak złość, niechęć trzeba zmieniać w sobie, na lepsze. Ale to nie zawsze się udaje.

Janusz przyznaje, że na wolności zapewne nigdy nie miałby ani czasu, ani ochoty na takie myśli. Teraz ma dużo czasu na myślenie: Chodzę też do domu modlitwy, to mi pomaga - dodaje. - I mnie, i innym. Jestem tu potrzebny. To, że tu jestem, dało mi szansę znaleźć wartości, o których na wolności nawet bym nie pomyślał.
Przyszłość

Skazany na dożywocie może po 25 latach odsiadki ubiegać się o zwolnienie warunkowe, chyba że sąd zaznaczy w wyroku, że może to być czas dłuższy, np. 30 lat lub więcej.

Bunt, potem przystosowanie, wreszcie czas przygotowywania do wyjścia. To podręcznikowa teoria. - Ale każdy więzień jest inny - mówi Leszek Lubicki, zastępca dyrektora zakładu karnego we Włocławku - i nie zawsze odbywa się to tak samo. Jak będzie z bezterminowymi, nie wiadomo, bo większość siedzi dopiero kilka lat.

Doświadczenia w obcowaniu z nimi będziemy nabierać.

- Wiele czynników wpływa na to, jak i czy w ogóle ludzie ci będą się zmieniać - zaznacza Bożena Nowicka, więzienny psycholog z Włocławka. - Tym, co najbardziej może wpływać na nich, jest czas.

Co będzie dalej? Dla Janusza, jak mówi, nie ma takiej perspektywy. Przyszłość nie istnieje, żyje dniem dzisiejszym. Na zewnątrz nikt na niego nie czeka. - Ojciec nie mógł znieść presji więzienia - mówi. - Nie przychodził na widzenia. Za to mama robiła to regularnie. Ale oboje już nie żyją.

Żona i dzieci nie utrzymują z nim kontaktu: - Żyją swoim życiem.
- Kiedy siedzi się tak długo, rodzina może bardzo pomóc - mówi Luiza Sałapa. - Ona jest ważnym sposobem kontaktowania się ze światem. Jeśli zachowuje kontakt ze skazanym. Tym, którzy tych kontaktów nie mają, jest gorzej. Ale wiadomo, że nie każda rodzina to wytrzymuje.

Rodzina Jacka przywykła. - Nie mieli innego wyjścia - mówi Jacek. - Choć się buntowali. Pytali: dlaczego.

Powiedziałem, żeby nie pytali.

Bo sam, jak mówi, nie wie "dlaczego".

Każdy skazany na dożywocie trafia do zakładu karnego zamkniętego. Dopiero najmniej po 15 latach może starać się o przeniesienie do więzienia o innym rygorze, tzw. półotwartego. Nie wcześniej też niż po 15 latach może starać się o pierwszą przepustkę. Jacek: - Jak koledzy z celi dostają przepustki, z jednej strony trochę mnie to denerwuje, bo wiadomo, idą za mur. Ale człowiek też się cieszy, że ktoś wychodzi, czy na trochę, czy na stałe.

On będzie mógł starać się o to dopiero za kilkanaście lat, jako czterdziestolatek. - Lepiej o tym nie myśleć - ucina. - Jeszcze głupie myśli mogą przyjść człowiekowi do głowy i coś sobie zrobi.

Jacek myśli więc tylko o tym, co będzie dziś, jutro, najdalej za tydzień. Na tym koniec. Marzenia? Najprostsze. Żeby magnetofon był na sali. O wolności nie chce nawet myśleć.

- Ci więźniowie są jak ludzie we mgle - mówi Bożena Nowicka. - Ci, których wyrok był określony, nawet jeśli był duży, np. 25 lat, mieli jakiś horyzont, mogli snuć plany. U bezterminowych tego nie ma. Zostaje niepewność. To może frustrować.

Po 25 latach Jacek i Janusz mogą starać się o przedterminowe zwolnienie. Większość obecnych bezterminowych będzie mieć wówczas około pięćdziesiątki albo więcej. To w więzieniu będą dorośleć, a niektórzy - jak Janusz - powoli się starzeć. Sama możliwość starania się o przedterminowe zwolnienie nie oznacza, że tak się stanie.
Jacek: - A poza tym, jak po takim długim wyroku dać sobie radę za murem, kiedy tyle rzeczy się zmieni? Nie wiem, czy bym umiał.

Chwilę się zastanawia: - Ale chciałbym kiedyś wyjść.

Janusz: - Wiem, co złego zrobiłem. Dlatego muszę cierpliwie brnąć do finału.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny