|
Po publikacji wyników Narodowego Spisu Powszechnego
Jest lepiej, jest gorzej
Z prof. Janem Jerschiną, socjologiem, o wykształceniu Polaków rozmawia Andrzej
Brzeziecki
ANDRZEJ BRZEZIECKI: - Jak ocenia Pan raport Głównego Urzędu Statystycznego podsumowujący
wyniki spisu powszechnego z 2002 r.?
JAN JERSCHINA: - Dziwię się, że spis przeprowadzono tak późno. Przez 13 lat zarządzano
procesem przemian społecznych i ustrojowych bez danych o Polakach. Takie spisy najlepiej
robić co cztery lata. Jest to wysiłek finansowy i organizacyjny, ale też tempo zmian w
Polsce jest duże. Natomiast prezesowi GUS i Generalnemu Komisarzowi Spisowemu prof.
Tadeuszowi Toczyńskiemu należą się wyrazy uznania za wspaniałą robotę. Najwyższe
odznaczenia państwowe byłyby tu w pełni zasłużone.
W ubiegłym tygodniu Główny Urząd Statystyczny opublikował raport podstawowych
wyników pierwszego w III Rzeczypospolitej Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i
Mieszkań przeprowadzonego na przełomie maja i czerwca 2002 r.; poprzedni spis
przeprowadzono w 1988 r. Raport prezentuje m.in. informacje dotyczące ludności Polski,
jej stanu i struktury demograficznej, wykształcenia, mobilności, charakterystyki i
aktywności ekonomicznej, a także zasobów i warunków mieszkaniowych polskich rodzin.
Z rozdziału poświęconego wykształceniu Polaków w wieku 15 lat i więcej (inne rozdziały
spisu omówimy niedługo na łamach "TP") wynika, że wykształcenie wyższe
posiada 10,2 proc. ludzi, w tym 10,4 proc. kobiet i 9,3 mężczyzn (w 1988 r. odpowiednio
6,5 proc., 5,9 proc. 7,2 proc.); średnie i policealne 32,6 proc., w tym kobiet 35,1
proc., mężczyzn 27,6 proc. (w 1988 r. odpowiednio 24,7 proc., 28,4 proc., 20,6 proc.);
zasadnicze zawodowe 24,1 proc., w tym kobiet 16,9 proc., mężczyzn 30,1 proc. (w 1988 r.
odpowiednio: 23,6 proc, 16,2 proc. 31,5 proc.); podstawowe ukończone 28,2 proc., w tym
kobiet 31,4 proc. mężczyzn 28 proc. (w 1988 r. odpowiednio 38,8 proc., 41,5 proc., 35,9
proc.).
Wyniki spisu pokazują wysoki wzrost wykształcenia kobiet. Odsetek kobiet z wykształceniem
ponadpodstawowym wynosił w 2002 r. ponad 62 proc. (w 1988 r. 50 proc.). Dla mężczyzn
liczby te wyglądają odpowiednio: 67 proc. i 59 proc.
Spis pokazuje, że wciąż miasto jest lepiej wykształcone od wsi. Udział mieszkańców
miast wśród ludzi z wykształceniem ponadpodstawowym wynosi 73 proc. (w 1988 r. 64
proc.), w tym z wykształceniem wyższym 14 proc. (w 1988 r. 9 proc.). Ważne jednak, że
wieś szybko nadrabia braki: odsetek osób z wykształceniem ponadpodstawowym wzrósł z
39 proc. w 1988 r. do prawie 56 proc. obecnie, a z wykształceniem wyższym wzrost był
ponad dwukrotny: z niecałych 2 do ponad 4 proc.
Źródło: GUS, www.stat.gov.pl |
|
Proszę pokornie pana Toczyńskiego, by baza elektroniczna wyników spisu była
powszechnie, w całości, natychmiast i bezpłatnie dostępna. Czas skończyć z tym, że
badania GUS wykonane za pieniądze podatników są sprzedawane, co wyklucza użytkowanie
ich przez ubogich naukowców. Dane spisu mogą być podstawą do tysięcy opracowań i
studiów naukowych, służyć dobrej publicystyce, mogą być użyteczne w gospodarce,
polityce i administracji i nie powinny być trzymane pod kluczem.
- Jakie zjawiska społeczne - wyniki transformacji - odzwierciedlone w raporcie uważa Pan
za najistotniejsze?
- Formowanie się w społeczeństwie polskim kapitału edukacyjnego. To proces pozytywny i
widoczny, ale dotyczący przede wszystkim wykształcenia wyższego. Szkoda, że raport nie
przedstawia struktury tego wykształcenia. Polskie społeczeństwo zapewne potrzebuje więcej
osób z wykształceniem humanistycznym i przyrodniczym, jak we wszystkich rozwiniętych
społeczeństwach i gospodarkach. W przeszłości struktura wykształcenia była
skrzywiona, bo wierzono, że trzeba inżynierów i ekonomistów. Tymczasem Amerykanie i
Japończycy, gdy dokonywali skoków gospodarczych w drugiej połowie XX w., kładli nacisk
na kształcenie ludzi w naukach humanistycznych. Usługi intelektualne z tych dziedzin
towarzyszą wzrostowi gospodarczemu i jednocześnie go pobudzają.
Gorzej jest natomiast z wykształceniem średnim. W Polsce między 1988 a 2002 r. niewiele
wzrosła liczba ludzi z pełnym wykształceniem średnim: z 25 do 33 proc. To zmiana zbyt
płytka: mniej niż 1 proc. rocznie. W 1990 r. na łamach "Tygodnika Solidarność"
ubolewałem nad niskim odsetkiem Polaków z wykształceniem ogólnokształcącym. Wtedy
byliśmy lepsi jedynie od Albanii, daleko za innymi krajami europejskimi. W krajach Europy
Zachodniej już wtedy kończyło licea 60-80 proc. osób.
- U nas wciąż ponad 20 proc. ludzi ma wykształcenie zasadnicze zawodowe.
- Oznacza to, że przynajmniej co piąty Polak ma nikłe możliwości adaptacji do rynku
pracy. Politycy tę sprawę zaniedbali. Należało przekształcać szkoły zawodowe i
zmierzać do upowszechnienia wykształcenia średniego. To zadanie cywilizacyjne, nie można
go unikać. U nas panowało pozornie demokratyczne przekonanie, żeby "dawać zawód",
zgodnie z demagogią i praktyką PRL. Tymczasem wykształcenie zasadnicze to edukacyjna pułapka:
daje marne przygotowanie zawodowe i zamyka drogę do dalszej nauki. Niestety istnieje
lobby postpeerelowskie, które broni szkół zawodowych. To najczęściej urzędnicy
ministerialni, zajmujący się tymi szkołami i lękający się utraty ciepłych posadek.
A przecież dopiero gdy co najmniej połowa społeczeństwa będzie posiadała średnie
wykształcenie, będziemy mogli powiedzieć, że jesteśmy przyzwoicie wykształconym
narodem.
- Cieszy wzrost liczby studentów i szkół wyższych, ale wraz z nim nie zawsze w parze
idzie jakość nauczania.
- Nie udało się zachować dobrej jakości studiów, nie mówiąc o jej podniesieniu.
Polski uniwersytet nie dostrzegł zmian po 1989 r., poza tą, że może teraz sprzedawać
wykształcenie. Nie zauważył, że musi być ono wysokiej jakości i przydatne w
praktyce. Na przykład: kształcenie specjalistów w zakresie zarządzania wymaga
poszerzenia zakresu studiów w dziedzinie nauk o człowieku - psychologii, socjologii,
filozofii itd. Tymczasem program nauczania zarządzania i marketingu skonstruowany przez
Ministerstwo Edukacji Narodowej ma więcej godzin rachunkowości, matematyki, statystyki,
ekonometrii niż wspomnianych wyżej przedmiotów. Głowy administratorów edukacji i ich
doradców - ekonomistów ciągle jeszcze tkwią w PRL.
- Czyli wciąż daleko nam do nowoczesnego społeczeństwa biorącego udział w procesie
tworzenia innowacji technologicznych i know-how?
- Duża liczba osób z wyższym wykształceniem warunkuje możliwości społeczeństwa w
tych dziedzinach. Ale to warunek niewystarczający, byśmy byli nie tylko nabywcami i użytkownikami
dóbr postępu cywilizacyjnego, ale także jego twórcami. Z winy polityków Polska w
minimalnym stopniu aktywnie uczestniczy w rozwoju cywilizacyjnym. Około 10 proc. zbiorowości
posiadające wykształcenie wyższe powoli zbliża nas do poziomu społeczeństw tworzących
cywilizację. Niezbędnym tego dopełnieniem powinno być zawieranie z inwestorami umów
zobowiązujących do rozwijania ich know-how przez zlecanie prac badawczych polskim
instytucjom naukowym. Nasze rządy lekceważyły tę sprawę przez trzynaście lat, a
teraz metodą "skoku Mao" premier Leszek Miller chce to załatwić w ramach
umowy offsetowej, związanej z zakupem samolotów F-16. To śmieszne.
- Jednym z naszych cywilizacyjnych problemów był utrwalający się podział na Polskę
"A" i Polskę "B". Czy z raportu można tu dostrzec jakąś zmianę?
- Jeśli w przyszłości coś może decydować o wyrównywaniu poziomów regionów, obok
inwestycji - to nasycenie ich ludźmi wykształconymi. Logika rozwojowa, którą przyjął
jeszcze Władysław Gomułka spowodowała, że nasycenie kadrami wysoko kwalifikowanymi było
w całej Polsce, mimo różnic poszczególnych regionów w poziomie urbanizacji i uprzemysłowienia,
stosunkowo podobne. To nie było złe. Miało jednak i negatywne skutki. Liczba ludzi z
wykształceniem wyższym w tak uprzemysłowionym regionie jak Śląsk była prawie równa
analogicznej liczbie w regionach rolniczych. Co oznaczało, że przemysł tego najwyżej w
przeszłości zindustrializowanego regionu był prymitywny. W ciągu minionych 13 lat różnice
między regionami, jeśli chodzi o nasycenie ich ludźmi z wyższym wykształceniem, się
pogłębiły. Równocześnie jednak wszędzie dostrzegamy wzrost w tej dziedzinie, także
na wsi. Podkarpackie, lubuskie, zachodniopomorskie - tam też nastąpiła poprawa. To
nadzieja i szansa rozwojowa tych regionów.
- Choć najmniej bezrobotnych jest wśród osób wykształconych, martwi olbrzymi odsetek
młodych ludzi po studiach, ale bez pracy. Czym może grozić ich frustracja? Buntem?
- Jeszcze groźniejsza byłaby ucieczka wykształconych młodych ludzi na Zachód. Tam za
rok, dwa może zacząć się nowe prosperity i Unia Europejska z przyjemnością przyjmie
młodych wykształconych Polaków. Za 10 lat możemy odkryć, że, zamiast trzech z górą,
mamy znów tylko milion ludzi z wyższym wykształceniem. To realna groźba, że będziemy
produkować ludzi z wyższym wykształceniem dla UE i USA.
Jeśli zaś miałby nastąpić bunt, to radykalizowanie się młodzieży będzie wynikać
nie tylko z braku pracy, ale także z niedostosowania się programu kształcenia do
obecnych realiów, do wymagań gospodarki i nowoczesnego państwa. Rok 1968 w Europie był
właśnie buntem przeciwko programom nauczania na uniwersytetach. I nas być może czeka
taki rok 1968 r.
Warto odwołać się do doświadczeń amerykańskich. Pod koniec lat 60. USA groził
wzrost bezrobocia. Przyspieszone zmiany technologiczne oraz spowolnienie rozwoju
gospodarczego obniżyły zapotrzebowanie na siłę roboczą. Amerykanie stanęli przed
problemem, co zrobić z rzeszami młodych ludzi. Mogli posłać ich na zasiłki dla
bezrobotnych i skazać na demoralizację, jak my to robimy. Ale James Colman, mój
najlepszy nauczyciel, profesor University of Chicago, znalazł inne wyjście: Amerykanie
zaczęli upowszechniać pełne wykształcanie średnie i dążyć do zwiększenia liczby
studentów. Postanowili przetrzymać młodzież w szkołach i college'ach. Robili
wszystko, by młody człowiek nie pętał się po ulicy, tylko się uczył. Wierzyli, że
to wywoła falę ożywienia gospodarczego. I tak się stało.
- Raport pokazuje pozytywne zjawisko wzrostu wykształcenia wśród kobiet. W jakim
stopniu wpłynie to na zmianę ich pozycji w społeczeństwie i w rodzinie?
- Mechanizmy rynkowe wywołują silne dążenie kobiet do kształcenia się i sprzyjają
ich większej aktywności zawodowej. Kobiety więcej inwestują w siebie niż mężczyźni.
I to obraca się przeciw tradycyjnym wzorcom, gdzie mężczyzna był głównym
dostarczycielem środków do życia. To dobre zjawisko. Wbrew obawom, nie wpłynęło ono
raczej na kondycję polskiej rodziny. Wzrost liczby rozwodów jest minimalny. W porównaniu
z Anglią, Francją czy Rosją polska rodzina imponuje trwałością.
- Mimo lepszego wykształcenia kobiety wciąż są dyskryminowane, np. w pracy.
- To się zmienia. W prywatnej gospodarce, nieważna jest płeć i idiotyczne
antyfeministyczne stereotypy, tylko efektywność. Obecna stagnacja gospodarcza sprzyja
kobietom. Mają one dużą siłę przebicia, bo oferują tańszą siłę roboczą o co
najmniej równej wartości. Mężczyźnie nie wypada pracować za 800 czy 1000 zł. A młoda
wykształcona kobieta mówi: mogę pracować za 800 zł, tylko pozwólcie mi pokazać, co
potrafię. I pokazuje, zapuszcza korzenie w zakładzie pracy, awansuje i zarabia potem
1200, 1500, 2000, 4000 zł.
- Jakie wnioski z raportu powinni wyciągnąć politycy odpowiedzialni za edukację Polaków?
- Powinni wreszcie docenić kapitał edukacyjny powstający przy olbrzymim udziale społeczeństwa.
Nie państwo, ale ludzie inwestują w wykształcenie, wyrzekając się zaspokojenia innych
potrzeb. Uczniów i studentów utrzymują ich rodziny. Ale ilość nie przejdzie sama w
jakość. Trzeba wierzyć, że któraś ekipa rządząca zechce zainwestować w reformę
instytucji naukowych i kształcących.
Po pierwsze, trzeba dokończyć reformę Mirosława Handkego, a nie psuć ją i wstrzymywać,
co się stało ideé fixe minister Krystyny Łybackiej. Należy przedłużyć okres obowiązkowej
nauki i jak najwięcej młodych ludzi umieścić w liceach.
Po drugie, trzeba przebudować szkoły wyższe. Polityka MEN w tym zakresie godzi w
interesy publiczne. Nędzarskie wynagrodzenia nauczycieli akademickich i w efekcie ich
pogoń za dodatkowymi zarobkami to tylko jedna z przyczyn niskiego poziomu nauczania.
Innym powodem jest zła struktura programów, budowanych na potrzeby i umiejętności wykładowców,
pod widzimisię ministerialnych biurokratów, a nie na potrzeby gospodarki i służb
publicznych.
Po trzecie, przebudować instytucje naukowe, badawcze. Obecna struktura instytucji
naukowych pobudza jedynie do pisania rozpraw na stopień. Trzeba zlikwidować idiotyzm, którym
jest habilitacja i poprawić kryteria awansu naukowego: dziś liczy się liczba a nie jakość
publikacji. Książka socjologiczna powstająca w wyniku przeżucia garści cudzych prac
naukowych, głównie amerykańskich, traktująca o artefakcie zwanym "społeczeństwem
w ogóle", liczy się bardziej niż artykuł oparty o badania empiryczne i odsłaniający
nieznany aspekt życia społeczeństwa polskiego, bo ma więcej stronnic. Instytucje
akademickie wychowują do konformizmu i petryfikowania zastanego poziomu wiedzy naukowej
oraz uprawiania nauki w oderwaniu od służby gospodarce i społeczeństwu.
Po czwarte, trzeba zwiększyć i równomiernie rozkładać nakłady na naukę, które są
śmiesznie niskie, a około 80 proc. z nich konsumują ośrodki z Warszawy. Kolejne rządy
kupują poparcie warszawskiej elity naukowej, rozdzielając środki finansowe wedle zasad
nagradzających pomysł badawczy z punktu widzenia miejsca lokalizacji uczelni, powiązań
osobistych, poprawności politycznej etc. Wzór działania w tej dziedzinie, uformowany w
PRL, nie tylko przetrwał, ale go wręcz "udoskonalono". Sekretarze partyjni
przez lata marzyli, żeby wszystkie środki finansowe skoncentrować w jednej
kontrolowanej przez centrum polityczne instytucji. Bali się i nie zrealizowali tego pomysłu.
A my mamy Komitet Badań Naukowych.
- Trudno spodziewać się, by politycy gotowi byli narazić się różnym środowiskom i
wprowadzić tak zdecydowane zmiany...
- Te zmiany mogą wymusić obywatele. Ludzie lepiej wykształceni częściej chodzą do
urn wyborczych. Przy pomocy nóg i kartki wyborczej mogą wywierać nacisk, by politycy
realizowali ich interesy. Ludzie wykształceni są lepszymi obywatelami i ich interesy są
bliższe długofalowym interesom Polski niż interesy ludzi niewykształconych, którzy łatwo
stają się ofiarami demagogów i hochsztaplerów politycznych. Brzmi to smutno i może
nawet mało demokratycznie, ale taka jest prawda.
Prof. JAN JERSCHINA jest dyrektorem prywatnego Instytutu Badań Rynku i Opinii Publicznej
CEM w Krakowie oraz kierownikiem Zakładu Stosowanych Badań Społecznych przy Wydziale
Zarządzania UJ.
|