dotb.gif

„TP”, Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2816/kraj01.php

Zofia Hertz (27 II 1911 - 20 VI 2003)


Zosia, czyli dzielność

Czesław Miłosz


Zosia była osobą od pokonywania przeszkód. Jako młoda dziewczyna mimo bardzo trudnych warunków finansowych skończyła prawo na uniwersytecie w Warszawie i jako pierwsza kobieta w Polsce zdała egzamin na rejenta. Następne egzaminy były o wiele trudniejsze, bo musiała zostać drwalem na północy Rosji i od wyrobienia normy zależało przeżycie. No więc ścinała te drzewa, a była bardzo szczupła i unieść topór ogromny nie było dla niej rzeczą łatwą. Ale nigdy nie traciła nadziei, że się stamtąd wydostaną.

Była tam ze swoim mężem Zygmuntem; Zygmunt we wrześniu 1939 roku służył w artylerii, dostał się do niewoli sowieckiej i pewnie by zginął w Katyniu, ale udało mu się uciec. Później oboje zostali aresztowani we Lwowie i znaleźli się razem w Maryjskiej Republice. Kiedy przyszła amnestia po zawarciu paktu Sikorski-Stalin, z armią Andersa ruszyli do Persji, a następnie dalej. U Andersa Zosia wylądowała na stanowisku sekretarki Jerzego Giedroycia, który zajmował się oświatą i prasą wojskową. Tak się zaczęła ich współpraca. Było to wyjątkowo dobrane partnerstwo i współpraca tak ścisła, że aż dziwna. Niektórzy mówili, że musiało tam być coś erotycznego, ale nie - Hertzowie byli dobrym i kochającym się małżeństwem. Zygmunt miał ogromne możliwości, znając języki mógł zrobić karierę na Zachodzie jako biznesmen, ale poświęcił się "Kulturze" - ze względu na Zosię. Bo "Kultura" nie mogłaby istnieć bez Zosi.

Poznałem ją w lutym 1951 roku w Maisons-Laffitte, w pierwszym, wynajętym jeszcze domu "Kultury". Był to stary dom ze zrujnowanym ogrzewaniem, jedynym właściwie mieszkalnym pomieszczeniem była kuchnia, gdzie przy stole pokrytym ceratą się jadło, a Zosia robiła korekty. Nikt dzisiaj nie zdaje sobie sprawy, jak szaleńczym przedsięwzięciem było wtedy wydawanie "Kultury": bez finansowych podstaw, bez gwarancji zdobycia dostatecznej liczby prenumerat. Byłem świadkiem tych zmagań i świadkiem tej paradoksalnej sytuacji. Nikt przecież nie mógł wierzyć, że imperium sowieckie się rozpadnie - takie rzeczy się nie zdarzają. Ale Giedroyc święcie wierzył, i wierzyła Zosia, w zwycięstwo, choć oczywiście nie za ich życia. Było to jak postawienie w ruletce na cyfrę, która być może nigdy nie wyjdzie, jak gra, która na zdrowy rozum nie może się udać. Ponieważ Zygmunt Hertz był z urodzenia sceptykiem obdarzonym bardzo zdrowym rozumem, miał właściwie stosunek humorystyczny do tego, co robił i czemu poświęcił życie. Śmiał się, że jest to polowanie na niedźwiedzia, który siedzi z dubeltówką i czeka na myśliwych.

Zosia pozostała dla mnie właściwie osobą tajemniczą: żeby mieć takie zasoby energii i oddania! Gdyby to było zakochanie, gdyby to można było wytłumaczyć uczuciem miłości... Myślę jednak, że było to zafascynowanie ideą. Zrozumienie, że Giedroyc to wielki człowiek, wielki w swoim uporze, że on może przegrać, ale to, co robi, jest wielkim dziełem. I kiedy czytam, co teraz pisze się o "Kulturze", myślę sobie, że Zosia to zawsze wiedziała.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl