dotb.gif

„TP”, Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2816/komentarze.php


Komentarze

Krzysztof Burnetko
Europejska wojna o władzę


Przewodniczącemu Konwentu Europejskiego nie udało się przeforsować radykalnych zmian w systemie kierowania Unią Europejską. Projekt Giscarda d'Estaing - mający usprawnić procesy decyzyjne, ale równocześnie wzmacniający pozycję Niemiec - został podczas szczytu w Porto Carras zakwestionowany przez ponad połowę przywódców "25" (bo poza państwami członkowskimi głos miała też dziesiątka kandydatów). Tym samym Unię (i Polskę) czekają dopiero rzeczywiste negocjacje w tej sprawie: mają rozpocząć się późną jesienią, a zakończyć na początku 2004 r. Jest to termin oparty na rachubach optymistycznych, bo temat władzy w Unii stał się dziś najważniejszym i najtrudniejszym jej problemem.
Niedawno berlińska Akademia Europejska - nie przez przypadek z inicjatywy rządów Francji i Niemiec - zaprosiła do Sofii dziennikarzy mediów opiniotwórczych z krajów członkowskich i kandydujących do UE, przedstawicieli centrali w Brukseli oraz parlamentów i resortów spraw zagranicznych poszczególnych państw "25" oraz aspirujących Bułgarii i Rumunii. Okazało się, że, po pierwsze, kalendarz tempa i zasięg integracji nie budzi już większych emocji - najostrzejszy spór dotyczył natomiast właśnie struktury organów decyzyjnych Unii i podziału głosów. Konferencja ujawniła nadto, po drugie, że oś podziału w tej mierze nie przebiega między dotychczasowymi a nowymi członkami Unii, ani nawet między dużymi a małymi państwami. Tu nie ma żadnych sentymentów: powstać mogą nowe i nieoczekiwane sojusze, oparte o arytmetykę i handlową regułę "coś za coś". Przecieki z kuluarów szczytu Porto Carras tylko to potwierdzają.




Michał Zieliński
Podatki po pijaku


Jedną z zasadniczych cech systemu podatkowego winna być stabilność. Obywatele mają prawo wiedzieć, ile będą płacić fiskusowi. I nie wynika to tylko z ogólnych zasad, na których opierać się muszą relacje państwo-obywatel. Znaczenie ma też reguła opłacalności: jeżeli chcemy, aby ludzie pracowali więcej i lepiej, oszczędzali i inwestowali, musimy zapewnić im poczucie bezpieczeństwa.
To, że przez ostatni rok niemal co tydzień pojawiały się nowe pomysły fiskalne, wynikało nie tylko z "trudnego charakteru Grzegorza Kołodki" (we Lwowie przed wojną mawiano w takich przypadkach wprost: "do Kulparkowa"). Inną przyczyną była pustka intelektualna rządzącej formacji i brak odpowiedzi na podstawowe pytania, dotyczące programu gospodarczego i społecznego.
System podatkowy nie może być i "sprawiedliwy społecznie" (zwłaszcza że nie wiemy, co to znaczy), i prorozwojowy. Nie można także równocześnie zwiększać wydatków budżetu i utrzymywać na niskim poziomie podatków i deficytu budżetowego. Na coś się trzeba zdecydować, a decyzja ta wynikać musi z szerszych przemyśleń dotyczących roli państwa i koncepcji polityki gospodarczej.
Polityka realizowana bez takich drogowskazów przypomina najkrótszą drogę pijanego z knajpy do domu. W 2002 roku podwyższamy podatki dochodowe przedsiębiorstw, aby w roku 2003 je obniżać. Chcemy pobudzać inwestycje i jednocześnie opodatkowujemy oszczędności. Zamierzamy rozwijać budownictwo i dobijamy go dodatkowym VAT-em. Rezultaty takiej pseudo-polityki muszą być opłakane. Zaufanie do państwa maleje. Rośnie szara strefa, której rozmiary w ostatnim pięcioleciu podwoiły się, osiągając blisko 30 proc. Produktu Krajowego Brutto. A gospodarka legalna zachowuje się jak rower zjeżdżający ze schodów: może i przyspiesza, ale komfort podróży staje się silnie dyskusyjny.


© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl