|
Krzysztof Burnetko
Europejska wojna o władzę
Przewodniczącemu Konwentu Europejskiego nie udało się przeforsować radykalnych zmian w
systemie kierowania Unią Europejską. Projekt Giscarda d'Estaing - mający usprawnić
procesy decyzyjne, ale równocześnie wzmacniający pozycję Niemiec - został podczas
szczytu w Porto Carras zakwestionowany przez ponad połowę przywódców "25"
(bo poza państwami członkowskimi głos miała też dziesiątka kandydatów). Tym samym
Unię (i Polskę) czekają dopiero rzeczywiste negocjacje w tej sprawie: mają rozpocząć
się późną jesienią, a zakończyć na początku 2004 r. Jest to termin oparty na
rachubach optymistycznych, bo temat władzy w Unii stał się dziś najważniejszym i
najtrudniejszym jej problemem.
Niedawno berlińska Akademia Europejska - nie przez przypadek z inicjatywy rządów
Francji i Niemiec - zaprosiła do Sofii dziennikarzy mediów opiniotwórczych z krajów członkowskich
i kandydujących do UE, przedstawicieli centrali w Brukseli oraz parlamentów i resortów
spraw zagranicznych poszczególnych państw "25" oraz aspirujących Bułgarii i
Rumunii. Okazało się, że, po pierwsze, kalendarz tempa i zasięg integracji nie budzi
już większych emocji - najostrzejszy spór dotyczył natomiast właśnie struktury organów
decyzyjnych Unii i podziału głosów. Konferencja ujawniła nadto, po drugie, że oś
podziału w tej mierze nie przebiega między dotychczasowymi a nowymi członkami Unii, ani
nawet między dużymi a małymi państwami. Tu nie ma żadnych sentymentów: powstać mogą
nowe i nieoczekiwane sojusze, oparte o arytmetykę i handlową regułę "coś za coś".
Przecieki z kuluarów szczytu Porto Carras tylko to potwierdzają.
|
|
Michał Zieliński
Podatki po pijaku
Jedną z zasadniczych cech systemu podatkowego winna być stabilność. Obywatele mają
prawo wiedzieć, ile będą płacić fiskusowi. I nie wynika to tylko z ogólnych zasad,
na których opierać się muszą relacje państwo-obywatel. Znaczenie ma też reguła opłacalności:
jeżeli chcemy, aby ludzie pracowali więcej i lepiej, oszczędzali i inwestowali, musimy
zapewnić im poczucie bezpieczeństwa.
To, że przez ostatni rok niemal co tydzień pojawiały się nowe pomysły fiskalne,
wynikało nie tylko z "trudnego charakteru Grzegorza Kołodki" (we Lwowie przed
wojną mawiano w takich przypadkach wprost: "do Kulparkowa"). Inną przyczyną
była pustka intelektualna rządzącej formacji i brak odpowiedzi na podstawowe pytania,
dotyczące programu gospodarczego i społecznego.
System podatkowy nie może być i "sprawiedliwy społecznie" (zwłaszcza że nie
wiemy, co to znaczy), i prorozwojowy. Nie można także równocześnie zwiększać wydatków
budżetu i utrzymywać na niskim poziomie podatków i deficytu budżetowego. Na coś się
trzeba zdecydować, a decyzja ta wynikać musi z szerszych przemyśleń dotyczących roli
państwa i koncepcji polityki gospodarczej.
Polityka realizowana bez takich drogowskazów przypomina najkrótszą drogę pijanego z
knajpy do domu. W 2002 roku podwyższamy podatki dochodowe przedsiębiorstw, aby w roku
2003 je obniżać. Chcemy pobudzać inwestycje i jednocześnie opodatkowujemy oszczędności.
Zamierzamy rozwijać budownictwo i dobijamy go dodatkowym VAT-em. Rezultaty takiej
pseudo-polityki muszą być opłakane. Zaufanie do państwa maleje. Rośnie szara strefa,
której rozmiary w ostatnim pięcioleciu podwoiły się, osiągając blisko 30 proc.
Produktu Krajowego Brutto. A gospodarka legalna zachowuje się jak rower zjeżdżający ze
schodów: może i przyspiesza, ale komfort podróży staje się silnie dyskusyjny.
|